środa, 22 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XVI - Jak zostałam Superbohaterem


Niektórzy się domagają, no to macie:

Jak zostałam superbohaterem?
Zawsze mnie ciągnęło w te rejony. Próbowałam różnych metod: szyłam na nockach w pracy obcisłe stroje z rajstop Halyny, ale puszczały oczka przy próbach wykonania nawet najmniejszej misji. 
Wkładałam więc galoty z lajkry, pożyczałam pelerynę od Żuka i nawet jeśli wyglądałam już jak superhiroł, to nagle się okazywało, że mamy tak wspaniały kraj i sprawny rząd, że nie było nic do roboty w kwestii ratowania świata i okolic. 
No, ale marzenie pozostało. Z zazdrością patrzyłam na innych superbohaterów:


Szkoda byłoby zmarnować takie czarodziejskie moce, jakie mam na wyposażeniu. 
No bo jeśli potrafię samoistnie za pomocą telekinezy (chyba) zmniejszyć rozmiar moich piersi z przyzwoitego B do wklęsłego A po urodzeniu dzieci, to czemu nie mogłabym użyć tej siły do zmniejszenia wycieku w Zatoce Meksykańskiej choćby? Albo jeśli nie jedząc i nie będąc ciężarną rozrastam się bez granic w rejonie talii, może zwiększę obszar lasów tropikalnych? 
I kiedy już myślałam, że nigdy nie będzie mi dane nawet liznąć ratowania ludzkości (nie licząc wkładu własnego w postaci radosnego rozmnażania się), stało się coś szczególnego, nieoczekiwanego, dającego do myślenia...

WTEM!

… pękło mi oko! Na skutek przykrych okoliczności gastrycznych, ale zawsze to COŚ. Bowiem jestem teraz niczem Terminator! Mam czerwone oko i chociaż dziwnie to wygląda i spotykam się z podejrzliwymi spojrzeniami pani przedszkolanki, pani w sklepie, szefa itd., to przecież nikt nie powiedział, że superbohater spotyka się z ogólnym zrozumieniem vel akceptacją. Weźmy takiego Supermana, nie? Ja wiem, że to dopiero preludium (delirium?), It's A Sign!

Miałam kiedyś takiego ptaka (tak, złośliwi, miałam ptaka, myślta co chceta!), którego najpewniej rodzice wysiudali z gniazda, bo miał właśnie jedno oko czerwone. Cóż, wychowałam go na własnej, wątłej piersi, uczyłam fruwać (przecież pisałam o nadprzyrodzonych mocach), łapać robaczki, a ten tak się przyzwyczaił, że nie chciał się zwrócić naturze. Teraz wiem, że po prostu przeczuł, że ja kiedyś też będę miała takie oko. 
On Wiedział. 
W każdym razie, źli ludzie o kiepskim poczuciu humoru, wykorzystywali jego przyjazny stosunek do dwunogich, traktowali go iście po polsku czyli jak otwierał do nich dziób, to go poili piwem i inszem trunkiem nieobyczajnem. A potem mi to to przynosili, pijane jak szpak, którym zresztą był. 

Niniejszym proszę moich znajomych, aby w związku z moim odmiennym wyglądem nie postępowali ze mną w podobny, jakże nieludzki sposób. Dziekuję!

Hasta la vista, baby!

P.S. Lucjusz wprawia się w rzemiośle kota
P.S.2 Zdjęcia z 40-tki Krzysia, które mnie rozczuliły :) Będzie więcej.

foto: ja, Daniela, Ela

poniedziałek, 20 września 2010

Gdybym ci ja miaua skrzydeuka jak gąska...

...to bym pewnie nie musiała spędzic całej nocy w objęciach muszli klozetowej po zjedzeniu kurek z jajkiem. Zapomniałam, że W Pewnym Wieku należy już bardziej uważać.
Ale nie o tym miało być. 




Pierwsze po latach zadanie domowe odrobione :)

Trochę dreszczy na dubranouc:



i jeszcze bardzo chciałam tu wlepić Annę Nacher z płyty "Tradycja", ale nigdzie nie znalazłam, a szkoda.
Bye~!

niedziela, 19 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XV - party time!


party time!

Scenka odgrzana na użytek tego bloga
Miejsce akcji: Kurmanbajew Supermarket.
Zza węgła działu mięsnego wychyla się (chyba) kobieta. Widok mrozi krew w żyłach. Pani nie jest abstynentką, opuchnięta, przekrwione oczy, zresztą podbite. Stajemy jak wryte z Renią, ekspedientką. Kobieta ukazuje bezzębne dziąsła i pyta głosem Himilsbacha:
- A korpusy macie?
Renia z wrażenia nie może wydobyć głosu.
- Powiedz jej, że macie tylko korpus pokojowy – szepczę.
Tadam! Kurtyna, oklaski, bis.

Czytelnik zamarł był więc pełen jeszcze dreszczy i kurczy może przejść płynnie w dalszą opowieść. I może nie zauważy grzesznej interpunkcji, luk w logice oraz antytalentu aŁtorki do pisania tego bloga. Scenka powyższa przytoczona nie bez przyczyny. Dziś to ja mam głos Himilsbacha.
Niniejszym – 40tka Krzysia odbyła się. Dużo ofiar w ludziach, porównywalnie do huraganu Katrina. Ogłaszam zbiórkę na odbudowę morale.

A oto Kocuru w porannej aranżacji Kaliny a'la Ania z Zielonego Wzgórza po przejściach (vel Domek na Prerii w adaptacji kambodżańskiego reżysera horrorów):
Wiecie, ognisko, ciepły wieczór, zimne piwo, przyjaźnie pijani znajomi. No co może być lepsze od tego?
Absolutnie nic! - krzyczycie podnieceni przed monitorami.
Sex! Sex jest lepszy. I żebym to ja Wam musiała to tłumaczyć, no to istny koniec świata...

Nawiązując do końca świata, impreza była przednia i wielka. Byli chyba wszyscy, no prawie (Krystyno, bez Ciebie Krystyno, smak swój traci nawet tanie wino! Krystyno, Krystyno bez Ciebie, nie świecą już gwiazdy na niebie!). Co dziwne – przeżyłam wiele przyjemnych chwil m.in. hmm sikając z byłą żoną mojego nieaktualnego męża. Wiem, skomplikowane określenie, ale w końcu żyjemy w kraju, gdzie 20 rok leci Moda Na Sukces, a w realu mamy najdłuższą szansonadę „Gdzie jest krzyż?”. Więc siłą rzeczy jestem pod wpływem (ba! Mam ze trzy promile). Pzdr! Gosia! Arcyfajna babka, jak kiedyś zostanę lesbijką, to się musimy umówić :) 
Nad zgromadzonymi unosił się subtelny zapach naftaliny, ale to od Jubilata. Chociaż ludzi z czasem ubywało, dzięki niesamowitemu optycznemu wrażeniu wielokrotności obrazu, jakby ciągle było ich więcej. Taka odwrotność trenu o Urszulce „pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. Piotruś, zhańbiłeś się nieobecnością. Reszta jest na zdjęciach. Reszta jest milczeniem.
O poranku ktoś odpalił w mojej głowie rakiety ziemia-ziemia. Zresztą sam wyziew można uznać za broń masowego rażenia. Miejcie się teraz na baczności Niemcy, Rosjanie, Austriacy i inne prusaki. Za zabory. Za bory, za lasy.
- Rosołeeekkk – charczał Wojciech
- Barszzsszzsczyk – piszczało moje podgardle.
Przetrzepaliśmy żelazny zapas Halyny i już prawie żuliśmy bulion warzywny w kostce, bo tylko to miała, a Sylvestra Dudkova wrednie nie odbierała telefonu (Ona Na Pewno Miała Rosół!). Ostatecznie zlitował się ojciec Tadeusz i ofiarnie zakupił barszczyk firmy Winiary, która niniejszym jest sponsorem tej notki.
Miśnia, spocznij! Dobranoc.


Fire, walk with me!

Jak ktoś rozpoznaje denatów ze zdjęć, proszę się zgłosić po odbiór

sobota, 18 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XIV - egzorcyzmy


egzorcyzmy

Nie wiem czego się spodziewaliście, ale już chyba nigdy nie uwolnię się od psalmów.
„O papamobil, o papamobil – najlepszy wóz
po drogach cię wiózł
i wyciągnięto doń dłoń
dla ciebie uścisk i kwiatów woń” - zawodzi aktualnie religijne dziecko bezbożnej matki. Moje dziecko (co to za Wrona, co własne gniazdo kala?).
Przynajmniej zmieniła repertuar. Mam jeno wąty do linii melodycznej i tematyki.
W dodatku katechetka wręczyła mi imienne zaproszenie na mszę. Odebrałam je z martwym uśmiechem nr 9 na cierpkich ustach, kulturalnie acz ozięble i przed oczami zamajaczyła mi słynna scenka ze Stalinem „a mógł zabić”.
Wiem, że przynudzam, ale Oni mnie osaczają. Zewsząd słyszę religijne śpiewy i podszepty, czekam tylko na zapach fiołków, a wtedy – opętanie murowane. Muszę więcej zacząć przebywać z Żukiem, w końcu to szatanista, nie? Albo zacząć brać KATOnal forte.
Tak czy owak, powyższą piosnkę dedykuję w podzięce mojemu Maestro (patrzaj, Andrzej - wytłuściłam Cię na czerwono!).

Rozwodnik (link po lewej), z którego piersi wyssałam konika blogowego (bez sensu, jak z piersi można wyssać konika?), wzór niedościgniony, heretyk, trzpiot i rewolucjonista, podróżnik, obrazoburca, onanista, prałat Kościoła Don Giovanniego, (nie)wierny korespondent mój. Dzięki Miszczu za dzisiejszy list, bardzo się wzruszyłam, będę miała w opiece Twą końcówkę ;) i jeszcze raz polecam jak cholera Twoje magnifico!

No skoro już tak inerpersonalnie się zrobiło, to korzystając z gratisowego komunikatora blogowego: dziękuję Ci, o Siostro ma własna choć odległa za opinię :) i jednocześnie uprzejmie donoszę, że dziś na skypie mnie nie znajdziesz, bo w planach mam bezwolne poddanie się kompletnej i wyniszczającej alkoholizacji, której powód zamieszczam poniżej. Odezwę się z chwilą śmierci ostatniego promila w organizmie. W przyszłe lato.

Ogłoszenie parafialne:
Dzisiejszego wieczora w Hrabstwie odbędą się bachanalia i orgie pod wezwaniem urodzin Krzysia! Klękajcie narody! Choć nie wygląda jak inżynier Karwowski to niestety – 40 lat minęło jak jeden dzień. A przecież całkiem niedawno zmieniałam mu pieluchy! Starzeje się w tak zatrważającym tempie, że co gorsza zaraz znowu będę musiała to robić...
40-tka - myślę i ogarnia mnie ponury lęk. Strach przed przemijaniem, utratą młodości, nieuchronnym zbliżaniem się do kresu – pomyślicie? Nie, to strach przed tą gigantyczną popijawą, w jakiej przyjdzie mi dziś uczestniczyć i w której przewidywalny jest tylko jeden punkt programu, że nie obejdzie się bez ulubionej pastorałki Jubilata:
„Gdy zardzewiałym nożem dostaniesz między żebra,
to zapamiętasz, chamie, co znaczy znak Zagłębia”
(piszę dla tych, którzy jeszcze nie nauczyli się na dzisiaj). God save the wątroba!

A Tobie, Krzychu życzę dalszych 40 lat w tak doborowym towarzystwie jak nasze, wiecznie rozgrzanej żony (ale nie, że przeziębionej) i tego co chcieliście sobie zrobić z Elą, a o czym nie chce słyszeć Karolina :) Trzęsącymi się rękoma wysmażyłam dziś coś do urodzinowego giftu skwitowane smsem od Sebusia: „Znakomity pomysł Sebusia, wzorowa realizacja Miśni, super.” Ale to Kot twierdzi, że jest pomysłodawcą no i już sama nie wiem.


Scenka
- Pippi nie miała ochoty chodzić do szkoły, bo nie chciała się uczyć „tabliczki schorzenia”.
- Nie, mamo, ona źle to nazwała! Mówi się ta-blicz-ka MRO-ŻE-NIA!
Aplauz, kurtyna, tłum wiwatuje.

czwartek, 16 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział XIII - łoooz a fak?!



 Ja już nie wiem jaki tytuł


Akt I
- Mamo, muszę ci coś powiedzieć, zbyt długo to przed tobą ukrywałam.
- Co takiego ukrywałaś?
- Potrafię już sama się umyć.
- To świetnie, masz tu gąbkę i się myj. Ale dlaczego nie mówiłaś o tym wcześniej?
- Bo się obawiałam, że będziesz w zbyt wielkim szoku.
Kurtyna, oklaski.

Idąc  z dziatwą na wypas na działkę i będąc niemal u celu widzę walące w nieboskuon kuęby biauego dymu, osaczające zarośla. Nie, no żesz kurna, znowu konklawe? Habemus papam, Santo subito, papamobile, Wielka Schiz(m)a, pottajcie sie obrońcy poczty polszkiej?? – myślę ponuro, bo histeria religijna jakoś nie jest mi obca ostatnio, oj nie. Już miałam wypuścić wiadomo skąd opary siarki i odwrócić wszystkie dęby wkoło do góry nogami, ale WTEM okazało się, że znam sprawcę zjawiska.
Inżynier  Misiński bowiem postanowił OPALAĆ KABLE W GRILLU. Tak, kurva, w moim ukochanym, wysadzanym kamieniem nieszlachetnym, grillu. „A to nicpoń” – rzekłby Seba. No trupem zgniłym padłam na ten widok opłakany. Czym prędzej schowałam dzieciaki do altany, w bezsensownej nadziei, że tam ich furany i dioksyny nie dopadną. A sama, na trzęsących się nogach, poszłam się odstresować paczką Mocnych na dół włości ziemskich (Izaurę strzeliłam batem, a Leoncio dostał w ryja).  Jakie to szczęście, że żyję w Polsce, bom com ja bym biedna zrobiła bez dobra narodowego w postaci zwrotu Kuuuurwa MaaaaĆ wykrzyczanego wśród malin, róż i kompostu?!

Jak on mógł?! Przecież gdybym mogła, to ja bym spała z tym grillem zamiast poduszki, a on go Sprofanowau Plajstikiem! I co ja mam teraz zrobić – kwarantannę na obiekt nałożyć??
A przecież mieliśmy żegnać sezon i piec tam żarcie w zatrważającej ilości… No to teraz będzie się to miało ku zdrowotności jak dancing na czubku rdzenia reaktora w Czarnobylu.

Wszyscy znają niecodzienne wynalazki Inżyniera, ale jego pomysłowość rośnie dziko i staje się niebezpieczna dla otoczenia. Hu nołs, może on ma jakiś sponsoring od Josef Mengele Prodakszyn?
Uśmiechnięty, w poczuciu dobrze wykonanej misji, tato zwinął swoje miedziane skarby do siatki i pobrykał zu Hause, a ja stałam jeszcze długo na wprost żałosnej, okopconej na czarno ofiary eksperymentu, która kiedyś była moją chlubą. Chyba wrócę do domu i zapalę wirtualny znicz.

P.S. Jagoda prawie zdrowa.

środa, 15 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział XII - tylko dla matek: nie chowaj głowy w piasek!



Nie chowaj głowy w piasek,
DO CHOLERY!

To nie był dobry dzień. 
Zły dzień poprzedzony upiorną nocą, w trakcie której nie zmrużyłam oka, bo choróbsko domowe zakleiło śluzem górną część Jagody. Próbowałam zasypiać jakoś z rurką do odflegmiania w zębach, wyciąganie jej nie miało bowiem sensu, bo w użyciu była co 5 minut. Moje dziecię, zupełnie nieprzyzwyczajone do upierdliwości stanu podgorączkowego i hektolitrów smaru w nosie, ciężko to wszystko zniosło. A  że za dnia nie było jakoś dużo lepiej, postanowiłam udać się do pediatry. 
Nie licząc mierzenia, ważenia i szczepień (których zresztą zaniechałam, ale to już inna bajka), to nie odwiedzałam pediatry, bo nie mam takiej potrzeby, na szczęście.  

Ubłagałam telefonicznie o przyjęcie małej godzinę przed jedynym wolnym terminem, bo o proponowanej porze powinnam już zmierzać autobusem na szychtę nocną w taxi. Kocuru, radośnie wystrzelony przez firmę w 3-dniową delegację, nie mógłby dziś doglądać małej, a oczami wyobraźni widziałam już spanikowaną i bezradną matkę-Halynę, która w obliczu sytuacji odbiegających od normy przewidzianej w Super Expressie kapituluje z wielkim hukiem. Wizja powtórki z rozrywki poprzedniej nocy kazała mi uprzedzić szefa o mojej absencji, azaliż wżdy Halyna albo uśpi dziecko chloroformem, albo JahGooda udusi się lub babcią gilem na wieki wieków. 

Pani pediatra raczyła spóźnić się do gabinetu tylko 20 minut. Ale OK., rozumiem, sezon zachorowań na przesilenie jesienne w pełni. W końcu włazimy. Opowiadam pani, że córka jest przeziębiona, w sumie niby nic, ale całą noc nie spała, bo dużo wydzieliny i jestem trochę zaniepokojona, chcę ją osłuchać czy aby nie ma zapalenia oskrzeli na przykład etc. Podczas badania lekarka zachowuje się dość arogancko, ciągle mnie poucza, że dziecko źle trzymam, że nie opanowałam "dźwigni" i w ogóle mam milczeć, że to,że tamto. Lekko podnosi mi ciśnienie. Po czym (wśród wycia potępieńczego rozsierdzonej dotykiem obcej osoby Jagody, która akurat ma taką fazę, że boi się ludzi nieznajomych), nie próbując w żaden sposób nawet przemówić do dziecka oraz bombardując moje próby uspokojenia córki, chyba stwierdza, że jest w stanie w tych decybelach usłyszeć jakieś szmery w klatce piersiowej i wyrokuje:
-  Dajemy antybiotyk.
- Ale co jej dolega, czy ma zajęte oskrzela, płuca,  w jakim stopniu i czy nie można innymi sposobami?
- Ach, tak?! Bez antybiotyku by się chciało?! To tylko na pani odpowiedzialność! - dosłownie krzyczy na mnie kobieta.
- Proszę pani, to moje dziecko i jasna sprawa, że moja za nie odpowiedzialność, pytam uprzejmie czy są jakieś inne metody na walkę z tą infekcją zamiast pójścia w kanał antybiotykowy? 
(bom jako matka żem niezmiernie pierdolnięta na punkcie bezsensownego walenia antybiotykiem, sterydem i inszym guanem po dziecku, które wystarczy zdiagnozować i w miarę nieszkodliwie wspomóc)
- Ma troszkę wydzieliny w oskrzelach. Jeśli się pani nie zgodzi na antybiotyk, bierze pani na siebie ewentualne powikłania!

Baba jest tak arogancka, przez całą wizytę ani razu nie wypowiada słowa do dwuletniej, przestraszonej akcją dziewczynki. Ani razu nie patrzy mi w oczy, tylko nimi w kółko przewraca, okazując wyraźną irytację. Mimo jej wcześniejszego potwierdzenia, że to tylko mocne przeziębienie, dla świętego spokoju odbieram receptę, bo ruga mnie przy tym jak Obersturmführer wilczura, nie przymierzając. 
Przy okazji pyta mnie czy mała brała już kiedyś te leki. Nie, nie brała żadnych antybiotyków, ani w ogóle żadnych leków poza (może ze 2 razy w życiu Nurofenem). W babie zawrzało, spojrzała na mnie jak na sekciarę, która żyjąc w komunie Amiszów zapewne ukrywa jakieś straszne choroby, a ospę leczy zarżnięciem koguta o północy, polaniem się rosołem i posypaniem piórami. Chyba ją wkurzyłam tym, że mam raczej zahartowane dzieci i że to pierwsza infekcja w tym roku. To nie uchodzi, ta matka jakaś podejrzana musi być, psze pani. Dopytuje się w dodatku, waryatka!

Tłumaczyła mi pół godziny jak mam szprycować dziecko, co chwila strasząc, że jak nie pomoże, to umówimy się na zastrzyki i jednocześnie w kółko powtarzając, że ona nie daje, broń boże żadnej gwarancji, że te leki pomogą.

ALE  jak wystrzeliła z tekstem po kaszlnięciu małej, że mam na siłę obrócić jej głowę w inną stronę, bo przecież zaraz ją dziecko zarazi i wtedy ONA będzie chora, to mnie zatkało. Na tyle szczelnie, że ani nie zapytałam o sens jej pracy w poradni dzieci chorych, ani nie poprosiłam o antybiogram, no wzięłam i wyszłam po prostu, dzierżąc receptę… I jeszcze jej, kurwać, podziękowałam! Chyba rzeczywiście specyfika mojej pracy nauczyła mnie chorej uprzejmości w stosunku do buraków, chamów i cwaniaków.

Co prawda wyobrażałam sobie wcześniej scenariusz tej wizyty, ale i tak w drodze do apteki z nosa buchała mi para, a z ust toczyłam pianę, a z innych otworów, to lepiej nie wspominać. Jedynym potwierdzeniem na zasadność upuszczanych przeze mnie płynów i gazów był tekst pani farmaceutki w aptece. Okazało się, że nie mają tego antybiotyku, będzie jutro, na co ja, że nic nie szkodzi, bo i tak ze 3 dni zamierzam spróbować wyleczyć dziecko jakoś normalniej. Pani powiedziała, że to bardzo rozsądne podejście, poprosiłam o jakiś syrop ziołowy, krople do nosa i wit. C w kropelkach. A potem, przeglądając receptę, spytała zdumiona dlaczego dwuletniemu dziecku lekarz wypisał tak silny antybiotyk i to od razu dwie kuracje?

I nie wiem ile krwi mam sobie upuścić dziś pijawkami, żeby irytacja ze mnie zeszła? Ile zdrowasiek w piecu przesiedzieć, żebym nie musiała myśleć o ignorancji, szkodliwości, niewiedzy osób, które mają być podobno pomocne? Nie, nie jestem lekarzem, nie pozjadałam wszystkich rozumów, ale, do jasnej cholery, staram się ODPOWIEDZIALNIE i ŚWIADOMIE dbać o moje dzieci. I nigdy nie zrozumiem tego oporu i wrogości, z jakimi spotykam się zadając mniej lub bardziej wnikliwe (niewygodne?) pytania, bo świadoma pewnych zagrożeń matka jest tu stale traktowana jak intruz, wróg i szaleniec, a nie jako sprzymierzeniec.

Przepraszam, że ten rozdział tak na poważnie, ale niezmiernie mnie to wkurza i przynajmniej mogłam wykrzyczeć się w wirtualną przestrzeń. Nie chcę chwalić nocy przed zachodem Księżyca, ale po podaniu leków od farmaceutki,  Jagodzianka śpi jak suseł od 4 godzin, zupełnie spokojnie.

wtorek, 14 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XI

 katar


W pracy bywa zabawnie. Jak już człowiek jedzie w taxi, może sobie posłuchać dwuznacznych dialogów w stylu „- wiesz, Bogdan, pytałem o tą twoją rurę tam, gdzie chciałeś, ale niestety mają tylko rury w tak fatalnym stanie jak twoja.” Albo w odpowiedzi na prośbę o powiadomienie klienta: „- pan już dochodzi” lub „- klientka już zeszła”. Co ciekawe, kiedyś odkryłysmy z koleżanką z konkurencji że, w „19-tkach” dziewczyny mają w zwyczaju informować o tym, że klienci dochodzą, ja mam bardziej nekromankie ciągotki, bo moi klienci albo już zeszli, albo zaraz zejdą :) Tak że – lepiej do mnie nie dzwońcie.
Coś jest mrocznego w tej pracy, bo ostatnio jak kierowca poprosił „- Zero-jeden, możemy tego Kopernika powiadomić?”, to mi się wyrwało, że owszem, spróbuję, ale obawiam się, że Kopernik raczej nie żyje. 
A teraz na dodatek od pół godziny wydzwania jakiś pan, chyba pomylił numery, z pytaniem czy dzisiaj jest jakiś pogrzeb...

Ale dzisiaj nie będzie tak zabawnie, bo choróbsko domowe ma się dobrze i w całości zaskłotowało mój nos. Więc brzmię jak Maja Komorowska (w dodatku zakneblowana szmatą), i kierowcy chyba jeżdżą na totolotka czyli na chybił-trafił, bo nie wierzę, żeby rozumieli jaką ulicę i z jakim numerem im nadałam. Ma to swoje plusy, bo zamiast wymieniać męczące uprzejmości przez telefon i radio, po prostu wydaję stłumiony bełkot a'la Marsellus Wallace z piłeczką w ustach, w piwnicy u Zeda.

Aż dziw bierze, że to tylko katar, a nie grzybica, biorąc pod uwagę poziom zagrzybienia w moim domostwie słodkim i nadobnym. I nie mam na myśli obcowania z moimi znajomymi – starymi grzybami ;), ani grzyba naściennego, mam na myśli to:


Ha! Jak mi wyrośnie kapelusz, znaczy, żem się przeżarła. I weź to człowieku nawlecz wszystko na nitkę, weź zmuś inżyniera Misińskiego, żeby postawił dobudówkę, co by było gdzie to suszyć i mrozić. Już tyle tego nanizałam, że mamy więcej kilometrów sznurków z grzybami niż rząd Tuska autostrad na Euro 2012. Zadziałało zaklęcie Jagody, która zawsze na spacerach woła „taś, taś, gzibki, choćće do mamy!”.
Wepchnę sobie w nozdrza dwa tampony i idę rzucić się na słoik z grzybami, a potem poczekam na jakieś niepokojące wieści, bo przecież za godzinę Kalinescu kończy szkołę. Brrr!


piątek, 10 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział X


Rosemary's Babies


Dzień zaczął się dziwnie. W skrzynce znalazłam jeszcze pachnący oparami absurdu list od Adriana Fabryki Rajstop. Zapraszał mnie do odwiedzin swojego sklepu o wdzięcznej, gejowskiej nazwie Adrian Rajstopy. Facet w rajtuzach kusił, że przy zamówieniu powyżej 50 zł dołoży mi kolejne rajstopy-niespodziankę, wzorzyste 20 den.

Ale przedtem jeszcze śniły mi się dzieci na trakcji elektrycznej. We śnie zawodziłam pod słupem z kablami wysokiego napięcia i prosiłam dzieci, żeby się nie ruszały, że wezwę pomoc! Łkałam zagubiona w szczerym polu, wyglądającym jak plener strasznego odcinka Archiwum-X, a mój Mr. Hyde zastanawiał się gorączkowo, czy ewentualna awaria prądu nie spali mi znów komputera i na wszelki wypadek pomstowałam, że wtedy to już, bez jaj, wszyscy z EnergiiPro zginą śmiercią męczeńską. Sen minął, ale jakiś taki nerw pozostał.

Najpierw w szkole okazało się, że moja słodka potomkini zrobiła zadymę o strój do w-fu, który jej spakowałam do plecaka, mówiąc jej o tym na wszelki wypadek jakieś 386 razy. Of course zapomniała o fakcie, ćwiczyła w ciuchach i była bardzo niezadowolona. Ja również byłam bardzo niezadowolona z jej niezadowolenia i ku memu niezadowoleniu muszę chyba zacząć pożyczać od Halyny te małe tableteczki, które wprowadzają człowieka w nastrój umiłowania otoczenia z rozkładającymi się w lodówce pomidorami włącznie.

Zabrałam dzieci na łono natury, bo jako chłop małorolny, byłam rada grabić hektar skoszonej trawy, wystarczającej byśmy mogli przerzucić się z kotów i psów na parzystokopytne.
Z głośnika telefonu ryczał Ozzy Osbourne i wprowadzał mnie w stan zen. Ale z daleka, z grymasem na małej buzi już sunęła Jagoda – dziecko, które urodziło się 40 lat za późno, bo miało duże szanse na wygranie castingu na tytułowego bohatera „Dziecka Rosemary”. A tak mi już było dobrze...
I'm going through changes – zawodził Ozzy.
W tle słyszałam już, że Jagoda zawodzi również. Głośniej.
- Oh, no, no please God help me! Próbowałam czym prędzej zniknąć z jej pola widzenia, ale dopatrzyła się mnie za drzewkiem gruszkowym.
„Is it the end, my friend?
Satan's come around the bend,
People running 'cos they're scared
Ya people better go and beware
No! No! Please! No!” - ćwierkał Black Sabbath.
Mała gulgotała i wiła się w złości na to, że nie chodzę z nią cały czas za rączkę. Ciężko się grabi jedną ręką, wiem, bo próbowałam. A rozsierdzona córka knuła, piszczła, wysysała moją energię. Miałam jej coraz mniej.
- Nieee, zostaw mnie proszę, zostaw mi chociaż troszkę energii – wyszeptałam resztką tchu – chociaż na jedno piwko wieczorem... - próbowałam negocjować.
Zero litości. W poczuciu niespełnionej misji gruntowej musiałam opuścić więc łono natury i udałam się w domowe pielesze, w których wyszło na jaw, że dopadł nas jakiś wirus. Na początek powaliło Kalinę. Sama nie wiem czy gorzej mieć w domu chore dziecko, faceta z przeziębieniem czy stado zbzikowanych lemurów, ale wszystkie te opcje są poza moimi siłami.

W każdym razie na drugi dzień miałam z głowy problem zachowania Kaliny w szkole, bo do szkoły pójść nie mogła. Pomiędzy wycieraniem nosa a wycieraniem nosa, zostałam wrobiona w drylowanie 30kg brzoskwiń. A potem zataszczyliśmy to do podziemnej manufaktury alkoholowej u Rapów. Umościliśmy wszystko w butli i zaczęło się radosne oczekiwanie na brzoskwiniówkę. Chociaż przeczuwam, że to będzie niezły zajzajer, mam przynajmniej nadzieję, że o właściwościach podobnie uspokajających, co pastylki Halyny.
GRY