sobota, 11 grudnia 2010

53 - niezrównoważona Matka Polka lepi porno-baby

Twarz mnie siem nie udała, ale babi łeb mi spadł na końcu i musiałam lepić drugi...


Śnieżna Baba IV
Baba + mokra Stwórczyni z nożem do rzezania bab
Baba z twarzą nader męską wyziera zza węgła kopcąc szluga...

w rozckrocku

a to ci kozak

Baba w negliżu w mroźnym paraliżu

lepmy baby aby, aby

oł jea!

to Żuk robił foty...

heloł doktor Alban!
z nożem na ptaki.. wyprujmy im oczy i flaki...

baba odległa :)

Ku przypomnieniu - baby poprzednie 








piątek, 10 grudnia 2010

52 - kowbojskie metody walki w krawiectwie ciężkim


Wczorajszy dzień zaczął się niefartem.
Najpierw – to już tradycja – zaspałam do roboty. Zdążyłam wprawdzie, ale wpadłam do biura z wywieszonym jęzorem i bez makijażu więc Michalina omal nie zemdlała (i zemdliła) na ten przykry poranny widok.
Wspomnę, że Kocuru musiał mnie prowadzić do auta, bo nawierzchnia pokryła się podstępnie pod osłoną nocy wieczną zmarzliną, a za winklem grasowały renifery, Eskimosy i łyżwiarze.
Potem okazało się, że dziecko szkolne wstało jako wyjec i miało wielki ból ucha. Na wieść, że nie idzie w związku z tym do szkoły, objawy ustąpiły natychmiast i nakazała się zaprowadzić na tajne komplety.
Po jakimś czasie dostałam radosny telefon od Halyny, która właśnie dostała równie radosny telefon od wychowawczyni potwora, że ów obficie wymiotuje i trza go odseparować do domu. Z braku matki w pobliżu, Daniela bohatersko odebrała zaślinione dziecko wraz z całą siatką rzeczy w pawie wzory.
Sromota tedy padła na mnie, bo ani do znachora ani wglądu w sytuację, skoro właśnie okupuje linie telefoniczne z ludźmi, którzy tego dnia byli okropni, wredni i wymagający ode mnie natychmiastowego usunięcia wszelkich objawów zimy. Przetrwałam umyślnie mówiąc do pań per pan, a do panów na pani jak i poszerzając w myślach i tak obrzydliwie bogaty zasób przekleństw o kolejne kombinacje ku... z chu../odp... pierwiastek ze sp... do kwadratu. Czy jakoś tak.

Ale najgorsze miało czekać w domu. Spóźniona paczka okazała się skrywać w bąblinach koperty bąbelkowej ZA DUŻE spodnie. Szlag mnie trafił na miejscu, w 3 minuty wyprałam, najadłam i pospałam dzieci, zdaje się już ozdrowiałe, po czym wywlekłam pudło z maszyną, której niemiecka instrukcja jest dla mnie równie zrozumiała co program polityczny Platformy Obywatelskiej. Plącząc się w nitkach i ściegach, dramatycznie szukałam programu do zszycia odzienia, które przeto miało mnie uwolnić z zatęchłej i dusznej dupy tekstylnej. A w instrukcji tylko same hendechochy i nichtszisseny. Szyłam więc zapamiętale i intuicyjnie, co nie było dobrym posunięciem, bo moja intuicja kiedyś podpowiadała mi, że będę piękna, zgrabna i bogata, a tymczasem jestem brzydka, biedna i niewymiarowa.

Kiedy dzieło me dobiegło finału, okazało się, że po przymiarce nie mogę uwolnić się z tych cholernych spodni, bo bardzo podstępna podszewka jest zszyta zbyt ciasno i stała się oto więzieniem dla mych odnóży. Mając w pamięci stare westerny i parobków ściągających kowbojom buty, zamknęłam się z matką-Halyną w wc i ja się zapierałam, a ona szarpała. Bezskutecznie. Po pół godziny konwulsji wychlastałam całą podszewkę i cudem umknęłam krwiożerczym galotom, które mnie chciały wchłonąć jak ta anakonda ofiarę.

Ku pokrzepieniu serc miała do mnie wpaść Dudkova na bro, ale Dudek złośliwie urwał sobie koło w samochodzie i musiała pozostać w domu by oddać się czarnej rozpaczy. Jako i ja postąpiłam i piłam w samotności, łypiąc na czarne, wredne nachy.

Efekt jest taki, że teraz muszę nosić pod spodem jakieś kalesony, a miałam być seksi mama. A żeby to obesrało (taka mała dygresja – spodnie z eko-skóry są o tyle ciekawe, że jak kto puści w nie bąka, może się nim nacieszyć nawet jeszcze następnego dnia).
Ale kogo to w ogóle interesuje?

Żegnam ozięble odwiedzających te nikczemne strony.
W następnym poście będzie dla Was epistolograficzna bomba, ale to niebawem, najpierw muszę to to rozesłać w realu. 
Preludium do posta - już dostarczona pocztuffka do Sylwestry (niniejszym starą, dobrą tradycję HR uznaję za odgrzebaną):

z twarzy podobny zupełnie do nikogo
+ bonus w postaci kalendarza:

wtorek, 7 grudnia 2010

51 - wybory, wąsy i dupa tekstylna



6 grudnia. Nad ranem dzieciary spenetrowały pakunki podrzucone przez brodatego dziada. Kalina natychmiast uruchomiła detektor darów, Jagoda zdawała się być zainteresowana jedynie smarowaniem się czekoladą. Stała tak żując i ciumkając cukry, w niebieskiej piżamce i wyglądała jak żarłacz błękitny.
 
Rzuciliśmy się z Kocurem do kompa w celu sprawdzenia kto ostatecznie został prezydentem naszego smrodliwego miasteczka. Chociaż wiadomo, że to Jah jest prezydentem, Jah jest kierownikiem, Jah Jah jest trenerem, a ja jestem jego zawodnikiem.  I już z rana załamka. I od nowa wizja czarnych wąsów wiszących jak to fatum nad czarnym miastem.

Musiałam się więc przewietrzyć i wyszłam z psem. Jednakowoż nie ukoiło to moich nerwów, bo wydeptane tiptopami ścieżki pełne były psich odchodów. Gówna czarne, brązowe, żółte gówna, Kordyliery gówien psich. Gówniana pogoda. Gówniane miasto. Nastrój gówniany. I ten pieprzony Mikołaj, który nawalił z Pocztą Polską i nie zdążył mi przysłać paczki ze spodniami z ekoskóry, w których miałam wyglądać jak wokalista Pantery lub przynajmniej jak Korneliusz Pacuda. 

Ostałam się w czarnej, zatęchłej tekstylnej dupie. I musiałam tak pójść beznamiętnie bezstylowa, zupełnie bez wyrazu do szkoły i obfotografować Mikołajki w zerówce. Horda biegających dzieci nadwyrężyła najszybszy tryb zdjęć seryjnych i plątała się smugą, kiedy ja obiecałam porobić portrety. Zapomniałam uprzednio stężeć dzieci pawulonem, bo jestem prawie pewna, że profesjonalny fotograf, który robi w szkole sesje grupowe za straszne pieniądze, używa tej metody, inaczej chodziłby biedny i głodny. 
W dodatku, jak to zwykle bywa, moje dziecko utkało sobie na głowie takie coś z opaski, że na tle schludnie wyglądających kolegów, wyglądała jak Rambo – Pierwsza Krew po wyjściu z wietnamskiego buszu. 

Jak to dobrze, że Halyna ze Skubim uwili w tym czasie 2 gary gołąbków. Utknęłam w talerzu, w którym jestem już drugi dzień i nie zamierzam go opuszczać. „Cała jesteś w gołąbkach”, jak śpiewali Skaldowie, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką i za jedyne zmartwienie miałam czas emisji kolejnego odcinka Fraglesów zamiast wyborów, szkoły czy w co się ubrać…


niedziela, 5 grudnia 2010

Misznia jest Misznia

Patrycja robiła. Ale z tym rocznikiem, to przesadziłaś... A w ogóle, to od czasu braku "Granata" w krajowej sprzedaży, nie pijam już jabcoków.

sobota, 4 grudnia 2010

rozdz. 50 - zima na końcu świata


Wszystko co organiczne od razu zamarza. Szczególnie piwo.
Miałam okazję przekonać się o tym, kiedy wczoraj jeździłam na łopacie odśnieżając hektary osiedla, podczas gdy Skubi beztrosko robił iglo.

Polecam ten sport w ramach czynu społecznego – oczywiście odśnieżanie, nie iglo, bo tamto w końcu zawaliło się przysypując Skubiego, wpisując się w kalendarz jego nieszczęść takich jak np. słaba głowa do alkoholu czy sąsiedztwo p.Grażyny, która niechybnie właśnie knuje plan eksterminacji Skubiego po pępkowym Dawida. Odbytym u Danka.
Albowiem stała się rzecz niebywała i Edzia postanowiła jednak nie nosić córki w środku do 18-tki i uroczyście wystrzeliła ją na zewnątrz. Jeszcze raz gratulujemy!
Część sąsiadów nie podzielała naszej radości, a przecież wiadomo, że każdy nowy obywatel Hrabstwa to powód do dumy i głośnej, histerycznej wręcz wesołości z litrami Ballantines'a i tarzaniem się po podłodze oraz wyznań o tym, że wszyscy mają jakieś dzieci, nawet ci, co nie mieli :).

Wcześniej, gdy zima bombardowała mnie znienacka, zazwyczaj stałam bezradnie w środku lodowca jak ta dziewczynka z zapałkami, próbując odpalić Mocnego, którego żar dawał fatamorganę ciepła. Przechodnie niewzruszeni moim losem spieszyli się na kolejny odcinek Tańca Z Gwiazdami, potrącali moje zmarznięte ciałko. W domach trzaskały iskry w piecu, ludzie jedli kolacje, pławili się w cieple, a ja, dajmy na to musiałam sterczeć na zewnątrz wietrząc dzieci albo psa.
Więc odśnieżanie jest zbawcze. Jak człowiek macha łopatą przy -15, to jest mu super ciepło, rozpaliłam się wręcz do temperatury wrzenia, tylko co z tego, skoro Kocuru ma odbite płuco po imprezie u Danieli, cierpi i nie mogłam tego należycie wykorzystać?
Za to pomiędzy kolejnymi tonami białego gówna, chłodziłam się zamarzniętym na kość Okocimiem. Tego akurat w syberyjskiej aurze nie polecam, no chyba że ktoś lubi wrażenie wsypania do gardła potłuczonych żyletek z mega szokiem termicznym w pakiecie.

Każdy ma jakiś sposób na mroźne wieczory. Na przykład dzieci z HR umiłowały sobie pokój i na nim zjeżdżały po tym co ja odśnieżyłam:


Skubi bawił się własnym sutkiem:

A ja zawlekłam sparaliżowanego Kota do Galerii, wciskając mu kity, że stare szamańskie rytuały gwarantują natychmiastowe uzdrowienie, jeśli pojeździ się 5 razy schodami ruchomymi. Oddaliśmy się na miejscu orgii zakupów bez środków finansowych. Ale Kocuru nabył nowe zimowe pantalony, które wreszcie pozwalają wyeksponować jego zniewalające pośladki, które są przecież dobrem narodowym, bo tak mało pięknych rzeczy w tym kraju mamy. I choć nie chciał prezentować towaru na wystawie, bo stwierdził, że ma za małe parcie na szkło, i tak muszę uważać teraz na lachony i walić łopatą na oślep, ale po odśnieżaniu mam mega wprawę. Nabyliśmy też boskie kaszkiety, w których jawimy się jako para skinheadów, którymi nie jesteśmy. Choć przy Kocuru to się waham między Oi!owcem a warszawskim cińkciarzem. Długo jeszcze zastanawiał się jak ma się wykąpać w kaszkiecie.


Czy mi ktoś uwierzy jak napiszę, że Janusz L. tańczył wczoraj w mojej kuchni w moich stringach, które mu komisyjnie podarowałam? Bo jak już jesteśmy przy męskich tyłkach, to uznałam, że jednak on w nich lepiej wygląda niż ja, zważywszy, że nie nawykłam chodzić w procy. Janusz docenił gest i zauważył ekonomicznie pozytywne aspekty noszenia stringów – mniej prania.

Z innowacji, polecam farbę do włosów z Joanny - Soczysta Malyna. Znów mam ostrzegawcze barwy na głowie, co przypomniało mi nazwę ciekawej kapeli - Blonde Redhead, którą Wam prezentuję:



i jeszcze TU

Scenka drastyczna z pracy:
Kierowca: - zwolniłem się niedaleko, mogę podjąć.
Ja: - to proszę, 133, przystanek przy przychodni, pani o kulach.
Kierowca: - no dzięki, może nie ucieknie...
Brawa na mrozie, kule rozjeżdżają się na lodzie...

Enyłej, muszę kończyć, bo pisanie utrudnia mi kot skaczący z łóżka piętrowego na moją głowę :) Do poczytania!

Photobucket

niedziela, 28 listopada 2010

49 - PRL-u czarrr


Rzutnik „Ania” w użyciu i na fali. W myśl idei zapoznania dzieci z zatęchłą myślą techniczną. Łza się w oku kręci, bo przecież Inżynier wyprodukował mnie w '80-tym.

U mnie panują idealne warunki do cofnięcia dzieci w czasie. Pomijam już pozostałości wiana męża w postaci starych kaseciaków i adapterów, jakie porzucił uciekając w popłochu. Wystrój chałupy oscyluje pomiędzy późnym średniowieczem, a kwitnącym PRL-em.
Pionierskie sprzęty RTV-AGD, gustowne gumoleum, meblościanka, swetry Halyny, dywan pamiętający podrygi big-beatu (lata 80-te).
Czarne zwisy pajęczyn, ponury nastrój, półmrok, brudne hordy zwierząt domowych latające po klepisku, a w ciemnym kącie udręczona i umorusona Matka Polka usiłuje oddzielić mak od piasku vide posprzątać bałagan po licznej dziatwie (średniowiecze).

Historia zatacza koła i skrycie liczę na to, że ten szyk niebawem znów będzie głośnym krzykiem mody i że bez skrupułów odłożę plan remontu na zsiadłe. No ale nie będę kryć, że tak żyć się nie da. Z rzeczy zakupionych w ostatniej dekadzie przypominam sobie tylko okna pcv, drzwi wejściowe i 2000 paczek papierosów Mocne z filtrem. Reszta jest przynajmniej tak stara jak ja. Czuję się w tej scenerii jak mastodont, w ogóle zacznę słuchać Urszuli Sipińskiej, pryskać się „Być może” i hodować gerbery.

W porywach frustracji nienawidzę katalogu IKEA i najchętniej podmieniłabym go z papierem w toalecie, albo przynajmniej przetworzyła w konfetti. Żeby uzbroić tą chatę w coś nowoczesnego (i nie chodzi mi tym razem o gejowskie trójkąty lub inteligentną lodówkę z tacz-padem), muszę się zadłużyć na trzy pokolenia wprzód najbliższej wiosny. A więc zimo, trwaj!

48 - papierowy księżyc z nieba spadł


Jak to dobrze, że mam bloga. Zawsze to jakaś forma komunikacji ze światem, skoro Sylwia przegryzła mi wędzidełko w języku.

Nie, nie opublikuje naszych hardkorowych, lesbijskich zdjęć, bo będziemy skończone w szołbiznesie. W ogóle rzecz się ma do urodzin Danieli, które niebawem nadejdą, ale my już je hucznie obeszliśmy. Współczujemy sąsiadom.

Cieszę się, że Jubilatka dożyła w zdrowiu takiego wieku, ale niestety muszę ją dziś jeszcze zabić, ponieważ dysponuje zdjęciami z imprezy. Moją kartę SD zakopałam nad ranem 100m pod ziemią, a nie było łatwo, bo gleba zmrożona, śnieg i te całe agresywne pingwiny. Poza kilkoma zdjęciami, które tutaj wklejam kupa mięci, będzie lepiej jeśli po ludzkości nie zostanie Taki Ślad, bo ufoludy pomyślą, że nieodpowiednio dzierżawiliśmy ten glob.

Pomijam już takie wybryki jak np. taniec z paskiem, tam były gorsze rzeczy. I nie robił ich Skubi, bo tradycyjnie spał już w swoim przedpokoju, gdyż jako organizator napaści na domostwo Szczęśliwie Urodzonej, zasnął 3 razy obmacując Żołądkową na bazie zamiast wpuścić nas do domu na Before Party, a nawet jeśli był chwilkę na imprezie, powóz z Morfeuszem odwiózł go ukradkiem do łóżka, zahaczając najpewniej o oddział leczenia narkolepsji w szpitalu im. Alfreda Sokołowskiego.

Nie to co ja. Ja mam kurna siły, żeby wstać przed 5.00 i zmierzyć się w pracy na łączach z ludnością tubylczą tego wesołego miasta. Ciężko jest nawiązać nić porozumienia per fołn, jeśli mam uszkodzony narząd mowy (i perwersji), ale zawsze mogę poprosić szefa, żeby w razie skarg tłumaczył, że zatrudnili stażystkę z Budapesztu.

Oficjalnie zatruwałam zęba, który mnie napi...ętnował i boli drugą dobę. Setki drażetek z ibuprofenem, nimesil i wódka, wszystko to ku zdrowotności. Nie po to człowiek ma tyle organów, żeby się w kółko przejmować jedną wątrobą, nie?

Szkoda, że Andrzej nie dotarł, ale w związku z II turą wyborów stał właśnie na drabinie i wąchał klej do tapet przyklejając Kruczkowskiemu na plakacie nowe, okazałe wąsy. Miałby uciechę, dobre żarcie i muzykę, krew, pot i łzy. Młodzież z Hrabstwa potrafi się bawić. Niejednemu pękły hemoroidy.


Za to był Dawid, wycieńczony stanem oczekiwania na córkę, którą to jego żona podstępnie zakociuchała w meandrach macicy i pomimo 2 tygodni wczasów w szpitalu położniczym, nie zamierza wydobyć jej na zewnętrzną polubownie.

Co dziwne, w sali VIPów zasiadł też Saszka, przez którego przegrałam zakład, bo powiedziałam, że jak obiecał, że przyjdzie, to na bank nie wpadnie, a on mi tak na złość. Kładę więc na jego wątłe barki (to u nas rodzinne) obowiązek zrzucenia obciążających materiałów audio z praczasów HR z kaset na CD.
Pojawił się również Melon, Prison Break, zażywając takich osiągnięć wolności jednostki jak swing towarzyski, zapiekanki i toaleta w osobnym pomieszczeniu.

Ponieważ muszę Was pożegnać, bo obok leży igła z nitką na fastrygę języka, postrafiam ciule i informuję nieuważnych, że po prawej na dole pojawiła się playlista. Adijos!

Mara Marka w lampce
Ola zza cieczy
Kocuru...
... robił zdjęcia o podobnej tematyce
Artretyzm Sebusia robi z jego ciałem rzeczy niemożliwe
Jubilatka w morzu toastów
gombrowiczowski pojedynek na miny
obowiązkowa gimnastyka dobra na krążenie u seniorów
w oczekiwaniu na dziecko, Dawid ćwiczy się na kocie
kot zdaje się być kontent
pan Sobieski miał 3 pieski: czerwony, zielony, niebieski
na wniosek IPNu wszystkie domówki w HR są szczegółowo udokumentowane
ciężko wśród płynów znaleźć człowieka

GRY