poniedziałek, 21 marca 2011

82 - audio-video


Dziś z przerażeniem odkryłam, że moi rodzice są tak zobojętniali, że nawet gdy w domu nie ma dzieci – oglądają Mini-Mini. To jest jakiś ich prywatny trip, którego nie ogarniam. Takie małe „Requiem dla snu”. Tylko sama nie wiem, czy lepiej, żeby z telewizora wyłaził im Karol Strasburger ze swoją zombie-familiadą, czy wijący się w dzikim tańcu Ciasteczkowy Potwór. 
Ale im chyba bez różnicy, tępo patrzą w ekran i nawet, gdyby w wiadomościach podali z „bulem”, że Bronek Komorowski jest mudżahedinem-transwestytą na usługach Specnazu, powieka by im nie drgnęła.

Jak dobrze, że nie mam telewizora. Jak dobrze, że jeśli mam go w pracy, to wyłączam fonię i wyobrażam sobie zupełnie inne dialogi i narracje. Wojciech Cejrowski śpiewa „Born This Way” kokietując dzikie plemiona. W „M jak Miłość” rodzinnie rozważają piercing sutków Hanny Mostowiak. Diablo Włodarczyk z oddaniem recytuje wiersze Isabel Marcinkiewicz, a Rick Forrester reklamuje lek na tasiemca…

Mniemam, że jutro będę zmuszona wyłączyć w głowie fonię na jakieś 2 godziny. W szkole rekolekcje, a ja tam przecież freski mam tworzyć. Jak znam katolickie poczucie humoru, to coś mi się widzi, że dostanę w pakiecie do sali proboszcza z jego opowieściami o lampie oliwnej. Macie jakieś pomysły na podkład audio? Chyba sobie wcisnę słuchawki do uszu, ale i tak się boję, że w przerwach pomiędzy utworami domaluję Śnieżce pentagram, a krasnoludkom paluszki ułożone w Ave Boruta. 
 
(Puchatek, z braku kota, złoży w ofierze Tygryska, rybka Nemo zapuści długie włosy, a Pocahontas zacznie używać pigułek hormonalnych, bo to przecież takie bezbożne... To będzie wyjątkowa sala dla zerówki!)

mała próbka z wielkiej ściany
dobranoc!
I pamiętajcie – szatanizm to nie rurki z kremem!
:)

wtorek, 15 marca 2011

.

niedziela, 13 marca 2011

81 - Matka Polka disneyowska


Jak na ironię, spośród wielu Matek Polek, akurat mnie wrobiono we freski naścienne w klasie „0”. Trzeba było siedzieć cicho i się nie wychylać, albo na pytania dotyczące prac ręcznych, wystawiać trzęsione początkami delirium tremens ręce. Głupia, głupia Matka Polka!

Teraz mam. Siedzę pogrążona w centrum świata Walta Disneya i czuję się jak Wednesday w II części „Addams Family”, kiedy jej zgotowali koszmar i zamknęli w disnejowskiej chatce, aby nauczyć ją grymasu uśmiechu. Bo muszę ubazgrać wielką ścianę w postaci z kreskówek. Przecież to do mnie w ogóle nie pasuje.

Trza to wszystko najpierw naszkicować na papierze. Jednocześnie kończę 3 sezon „Sons Of Anarchy”, właśnie prują facetowi bebechy, a ja dopieszczam szkic Królewny Śnieżki i rysuję słodkie zajączki w krzaczkach.  Jakoś bardziej bym wolała ilustrować fragmenty bajek braci Grimm. 

„Była sobie pewna kobieta, która miała trzy córki. Najstarsza nazywała się Jednooczka, bo miała tylko jedno oko na środku czoła, średnia – Dwuoczka, bo miała dwoje oczu, jak wszyscy ludzie, najmłodsza zaś – Trójoczka, bo miała troje oczu, z których trzecie tkwiło także na środku czoła, że zaś Dwuoczka wyglądała jak wszyscy ludzie, siostry i matka nienawidziły jej.”

Czy nie byłoby ciekawiej?

„Jutro wczesnym rankiem wyprowadzimy dzieci do lasu, gdzie jest najgęstszy, rozpalimy im ogień i damy każdemu po kawałku chleba. Potem zabierzemy się do roboty, a dzieci zostawimy same. Nie znajdą drogi do domu, a my będziemy od nich wolni. – Nie żono, powiedział mąż, - nie zrobię tego, bo serce mi pęknie z żalu, że dzieci w lesie zostawiłem, aby wnet rozszarpały je dzikie zwierzęta. – Ty głupcze, powiedziała, - W takim razie we czworo zdechniemy z głodu. Możesz zacząć heblować dechy na trumny - i nie dawała mu spokoju aż się zgodził.”

Albo:

„Poszedł więc do dziewczyny i rzekł: „Drogie dziecko, jeśli nie odrąbię tobie obu rąk, uprowadzi mnie diabeł. W strachu mu obiecałem, że to zrobię. Pomóż mi w biedzie i wybacz mi zło, które tobie czynię.” Ona zaś odpowiedziała: „Drogi ojcze, róbcie, co chcecie, jestem waszym dzieckiem.” Wyciągnęła potem oboje rąk i dała je sobie odrąbać. Diabeł przybył po raz trzeci, lecz ona płakała tak długo na swe kikuty, że mimo wszystko były nieskazitelnie czyste.”

To były prawdziwe bajki! Krew sikała, trzewia wylewały się z każdej kartki, dziewczynka z zapałkami śmierdziała prawdziwą spalenizną i dzieciaki po takim rozdziale na dobranoc ani myślały wychylić nosa spod kołderki, a nie – jak teraz: jeszcze jedną bajkę mi puść, siku muszę, głodna jestem, spać nie mogę itd. 
To były bajki dla prawdziwych twardzieli. Fabuła nie pozostawiała złudzeń co do prawdziwej natury tego świata. Żaden dzieciak nie lazł w krzaki za obcym za lizaka, bo nawet niepomny ludzkich podłości, bał się spotkania z czarną wołgą.

Szacunek do rodzica był. Dobrze wiedział taki berbeć, że jak matula z ojczulkiem serwują mu takie powiastki na dobry sen, to może lepiej nie zachodzić im za skórę, bo a nóż-widelec zapragną zainscenizować taką baśń w realu.
Miało to przesłanie, miało to sens, a teraz co najwyżej Teletubisie mówią pa pa.

Dobra, spadam, bo spieprzyłam nosa Arielce i muszę ponaprawiać.
Żegnam ozięble.

piątek, 4 marca 2011

80 - skeczu z Matką Polką nie będzie



Złośliwość czasu polega nie tylko na tym psikusie, że jestem teraz dzidzia-piernik skoro przekroczyłam 30-tkę, a w tym opakowaniu siedzi mentalna gówniara. Ani, że ABC czynne tylko do 20.00.

Każdy wie, że nieprzyjemne fazy żywota zdają się trwać w nieskończoność . Biegną 3-letnią sztafetą po wstędze Möbiusa, bezlitośnie rozwleczone, okrutnie spowolnione, zacięte jak filmik na YouTube.
Dopiero z perspektywy czasu widzimy ich błaha rolę – przecinki w solidnym rozdziale. Lecz gdy trwają to horror w czystej postaci - pieprzona premiera „Władcy Pierścieni” w wersji reżyserskiej.  

A więc niemowlęctwo dzieci własnych, dawno zapomniany okres dojrzewania, czas od wypłaty do wypłaty, utwór Grzegorza Markowskiego solo w radiu… Różne jeszcze okrutniejsze rzeczy przychodzą mi do głowy, lecz na pierwszym miejscu jest ta skutasiała zima!

Ale, ale! Dziś wzeszło słońce. Zimna szmata, okupująca kraj od pół roku stopiła się w błoto, wypełzły pierwsze źdźbła, radosne promyczki wystrzeliły i obnażyły moje masakrycznie brudne okna. Wiosna zagościła również w sercach:

Scenka matrymonialna:
- Wiesz, mamo, nie mogę jednak wziąć ślubu z Patrykiem.
-?!
- Bo powiedział, że on jest ze Świdnickiej…
(rdzenna mieszkanka Hrabstwa Rusinowa ma swoje zasady)
- Obawiam się, że i tak musisz z tym ślubem poczekać, aż będziesz dorosła… - odparłam lekko zdruzgotana, bo jeszcze przed tortem z 6 świeczkami, dowiedziałam się o ślubie córki.
- I to jest właśnie proGlem, bo jak on będzie dorosły, to sobie SAM wybierze żonę…
 
Scenka gwiezdno-wojenna:
- Wiesz, kłóciłyśmy się dziś z Jagodą, ale Dobro wygrało…

Scenka Leśna Góra:
Medycyna pracy. Dziś Kazimierza i pan doktor właśnie odbiera trzeci telefon z życzeniami w trakcie osłuchiwania pozostałości po moich płucach. Ile dziennie pani wypala? – wypala doktorek. A gdzieś z dziesięć będzie – wypalam ja (gruźliczy chichot). Drżę na myśl o odczytywaniu liter z tablicy na ścianie (Jezu, jakiej tablicy?), ale nie bada wzroku, krwi i reszty, kasuje 4 dyszki, składa podpis. I znów nie będzie nawet renty psychiatrycznej.
Zdolna do pracy.

Scenka – świetlik:
U Kocura w robocie przychodzi wezwanie na awarię, wdzięcznie zredagowane:
„NA TOTEMIE SKLEPU NIE ŚWIECI SIĘ OWAD”. 
To żarówka zastrajkowała w odwłoku biedronki na Biedronce.

Scenka pt. źródła ruchu sieciowego:
statystyki na tej stronie twierdzą, że ludzie znajdują mojego bloga wpisując w google takie rzeczy:
- pornobaby
- sex z pielęgniarką w szpitalu - opowiadania
- piosenka o puszku
- seba i klocu foczka muza w tle
- wielokrotny orgazm.blogspot
zastanawiające...

Scenki sceniczne (muzycznie obsceniczne):
idealny shake Siouxie & The Banshees z Ramones, obejrzę jeszcze ze 3 razy i będę les...





oraz:

sobota, 26 lutego 2011

79 - w domach z betonu nie ma wolnej miłości


Obudziłam się później niż zwykle, wstałam z łóżka, w radiu była muzyka. Najpierw zdjęłam koszulę, potem trochę tańczyłam i przez chwilę się czułam jak dziewczyna... Rydzyka.
Bo w radiu tuż po muzyce usłyszałam, że „katoliccy aptekarze” chcą ustawy pozwalającej im odmówienia sprzedaży środków antykoncepcyjnych. WTF?!
W domach z betonu nie ma wolnej miłości.

Umówmy się: nie jem mięsa – nie prowadzę masarni. Brzydzę się narkotykami – nie otwieram budki z dopalaczami. Mdli mnie po porannej kawie, to nie włączam ZETki z wyciem Ewy Farny od świtania. Ten kraj jednak powinny podbić jakieś cywilizowane plemiona, obić w ramkę, zamknąć w terrarium i pokazywać za 3,50 jako skansen.

Tutaj aptekarz-katolik chce prawa do indywidualnego regulowania pogłowia, kiedy dyżurując w nocy, w jedynej czynnej aptece, powie:
- Sorry, synku, sługusie Szatana, twoje nasienie jest dla mnie święte, pełne dzieci nienarodzonych, mogę ci sprzedać szklankę wody (utlenionej) zamiast. Są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne, Casanova tu u nas nie gości.

Z drugiej strony lobby myśliwych bojkotuje wreszcie-humanitarną myśl w narodzie i sprzeciwia się nowelizacji ustawy dotyczącej praw zwierząt, bo stracą frajdę strzelania do psów i kotów.
Ten z przeciwka co ma kota i rower stał przy oknie nieruchomo jak skała (nic dziwnego, pilnuje kota, bo gdy ten oddali się 200m od budynku, myśliwy nadal może go kropnąć).

A Wałęsa będzie symbolizował Polskę na targach w Berlinie obok idiotycznych bączków, wulgarnego komiksu o Chopinie i kosmitów.

Boże, ty dupku, dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

Z innej beczki. Starszy nielot powrócił do gniazda matki. Dopiero z perspektywy kilkudniowej rozłąki zauważam jak duże jest moje dziecko. I mądre. I takie... dorosłe. Oraz jak się stęskniłam. Więc ten wieczór spędzimy znów razem.

Wczoraj zabraliśmy naczelną galeriankę - Ciocię Krysię na szopping do galerii. Była zdziwiona propozycją i pytała, czy rzeczywiście chcemy ją zabrać. Wzbudziło to moje małe podejrzenia i zażartowałam, że owszem, chyba, że ma w zwyczaju robić jakieś osobliwe akcje na środku centrum handlowego. Po czym przyłapałam ją jak... wąchała majtki w Rossmanie.
Nic mnie już nie zdziwi :)



Na banerze kadr z filmu Zabriskie Point, klasyk godny polecenia.

środa, 23 lutego 2011

78 - Faster, Pussycat! Kill! Kill!


Kurcze, się porobiło. Chciałabym częściej coś tu wrzucić, ale odkąd zadebiutowałam w MMA, robię strasznie czasochłonną karierę.
Na początku pragnęłam się wyspecjalizować w walkach w kisielu, ale jedno łypnięcie w lustereczko dało trzeźwą myśl, że jednak trza do tego ciała Salmy Hayek. Ja co najwyżej tym pytonem mogłabym zostać, co to jej dyndał na szyi, gdy wiła się po stołach od zmierzchu do świtu. Mogę więc walczyć w pasztetowej ewentualnie. Stanęło na tym, że walczę w klatce. Schodowej. Oraz z własną klatką piersiową, ale to już wiecie, bo w 17 postach wołam o piersi do nieba. Lecz mam kiepskie układy z proboszczem więc raczej nic z tego nie będzie.

Wylizałam rany (wespół z psem) i wróciłam do (poza ów karierą) zwykłego żywota (dobra, przesadzam, nie było tak źle, chwała Maybelline za korektor w płynie).

W połowie ferii zostałam połową Matki Polki, bo połowa córek sieje zniszczenie w Breslau u papy.
Mimo to – lekko nie jest.
Wczesny poranek. 2,5-letnia orka wystrzeliła spod tafli wody. Groźna paszcza rozwiera się, zaraz błyskawicznie zaciśnie zęby i chrupnie na mojej głowie. Małej, przerażonej foczki uwięzionej na krze. Krystyna Czubówna beznamiętnie opisuje taniec prutych w powietrzu jelit. Tak, Jagoda is in da house.
Cierpi na brak siostry. Nie ma się z kim lać (teraz już wiem – to geny po matce). Tłuką się i kłócą na jednym terytorium, ale widać strasznie im do siebie tęskno, skoro pragną stale rozmawiać per fołn (wiadomo – to geny po matce).

Gucia idzie w filozofię i wygłasza zaskakujące frazy. Wczoraj orzekła:
„- Jesteś głupią małpą, babciu, czas tak szybko płynie...”
Kiedy taki prosty człek jak matka próbuje zgłębić światłość tych przekazów i zadaje jej pytania lub zabrania nazywać babcię odzwierzęco, zwykła kwitować z sykiem:
„- Nie mów tak do mnie. Nigdy!”.
Chyba ma maleńkie zadatki na socjopatę (wiadomo – geny po matce)...

Miło było, ale mam tu 3 sezony „Sons Of Anarchy”, a tam w dodatku babka znana szerzej jako serialowa Peggy Bundy, ma tu rolę zdartą z Pam Grier w „Jackie Brown”. A ja lubię „Jackie Brown” :)

Wasza Kung Fu Panda

A przez te buty Irregular Choice już nigdy nie zasnę!
 (jak pomyślę o pociągnięciu z taaakiego obcasa...mmmm...)


małe ocieplenie wizerunku

sobota, 19 lutego 2011

77 (oi!) - shit happens!



Shit happens!

Matka Polka okazała się być McGiverowa ostatnio. Potrzeba matką (polką) wynalazków wszakże. Nie polecam udania się na 12h nockę w pracy w uroczysty dzień przyjechania tzw. cioci z Hameryki czerwonym samochodem. Bez wsparcia i osłony w postaci podpasek lub choćby paczki waty (nawet cukrowej). Paniczny pilot po szafkach i zakamarach centrali nie utulił mnie w żalu, albowiem poza Św. Graalem, Bursztynową Komnatą i poćwiartowanymi zwłokami najbardziej chamskich klientów firmy, nie znalazłam opatrunku. Ale znalazłam wkładki laktacyjne, których z lenistwa nie zutylizowałam od dwóch lat. Sprawdziłam, nadają się. Chomikowanie śmieci procentuje.

W ogóle dziwnie się czuję. Wiadomo, że kobieta, której miesiączka wre jest średnim materiałem do bombardowania miłością, ale to nie moja wina, że się wczoraj musiałam bić po mordach z dwoma osobnikami. 

Pierwszy raz jak żyję wśród wyrzutków społecznych podobnych do mnie, spotkała mnie taka sytuacja. Żeby mnie facet (na oko 18-letni) strzelił z pięści w papę na koncercie, bo go ładnie poprosiłam o ciut mniej agresywną zabawę. Kiedy już mu się zrewanżowałam w kanciapie dla Vipów (haha) gdzie go zawleczono i nawet usiłował przepraszać i udawać, że mu się rączka omsknęła (zapewne przy pierwszym goleniu), wyskoczyło do mnie coś – na oko jego babcia, bądź matka, ponoć kobieta. Jednakowoż nie była skłonna pojąć intymności naszego tetate z agresorem i subtelne aluzje co by usiadła w milczeniu na czterech literach, nie wzruszyły jej zbytnio. Zostałam więc symetrycznie przytulona z pięści w biblijny drugi policzek, a cios miało to rude stworzenie szybki i wściekły.
Nie powiem, żebym miała jakieś doświadczenie lub umiejętności w temacie walk ulicznych, ale wielki siniec na wewnętrznej stronie dłoni potwierdza, że strzeliłam panią w wielkie czoło, a że powierzchnia była dość obszerna, to się udać musiało, bo tylko ślepiec by nie trafił.
Tak więc ruda pulardo ze Świebodzic! Mam nadzieję jeszcze cię spotkać na swojej drodze i nie omieszkam poczęstować herbatką i ciepłym słowem.

Siostrzyczka Sylwia była bardzo niepocieszona, że nie miała możliwości użycia technik brutalnej chrystianizacji, ale spokojnie, Siostrzyczko, w tych dziwnych czasach jeszcze będzie nam dane, niestety.
No właśnie, co to za czasy, w których byle gówniarz może powiedzieć do wielokrotnej Matki Polki „Ni!” ? - parafrazując Pythona.

Dobra, kończę, bo jestem w pracy i muszę włożyć obolałą twarz do lodówki oraz przeliczyć pozostałe z koncertu drobne na gaz w sprayu.

Laf & Piss

P.S. właśnie się martwiłam, że zabraknie mi przygód do 100 posta, bo pisanie o przeprowadzaniu staruszek przez ulicę jest nudne. a tu proszszszę...

środa, 16 lutego 2011

76 - wspomnień czarrr...


Potrzeba mi było kilku dni leżenia na kozetce i zażywania psycholeptyków, żeby poukładać sobie w głowie ten wspaniały wieczór w domu wariatów. Spektakl postaci z różnych epok, kultur i fantazji jeszcze długo pozostanie w pamięci i jestem pełna podziwu dla ludności Hrabstwa i bytów napływowych za kreatywność na najwyższym poziomie.
Idea się sprawdziła i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jesteśmy zajebiści. Ale to przecież wjadomooo.

Wielkie ukłony dla funky-Saszki za sprzęt i DJ-kę! Specjalne laury dla Siostrzyczki Sylwii, która w pocie habitu doprowadziła ruderę do stanu lśnienia, wydawała porcje żywnościowe w przytułku i zaprowadzała ład i porządek (co z tego, że toporem Żuka? W każdym razie skutecznie!). Przy okazji podgrzewała atmosferę za pomocą kabaretek samonośnych, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na opale, bo faceci byli rozgrzani do czerwoności ;)

W ogóle spectrum rozrywek było spore. Można było zrobić sobie badania ginekologiczno-proktologiczne u Dohtora Gerula, pstryknąć zdjęcie z Białym Misiem, dostać z półobrotu od mistrza karate, potrzeć się wąsikami z Zorro, zawstydzić Turbodymomena, wychylić setę z rogu Wikinga... Długo by wymieniać.
Orbitując w rytmach starego disco pomiędzy Rambo, Super Kuszą, Leonem Zawodowcem, zombiakami, Szkotami, bracią hipisowską, czarownicami czy zakonspirowanym pod wąsem Boney M-Dudkiem, wiedziałam, że konkurs na Królową i Króla balu będzie morderczo trudny.
W gorączkowym głosowaniu laury, korony i krajowe wina Max zgarnęli:

Agnieszka jako genialna Lara Croft

oraz mocno spóźniony Melon, który kreacją Führera powalił zgromadzonych na kolana prędzej i skuteczniej niż alkohol.

Specjalne wyróżnienia:
zgarnęło nietypowe (i prawdopodobnie nielegalne) małżeństwo zakonnicy z wąsatym afro hipisem.

Sądząc po przedniej zabawie, późniejszych mailach, sms-ach i telefonach, ludziom się bardzo podobało.
Niedziela upłynęła na doprowadzaniu tancbudy do stanu klasy wyższej niż standard obory. Obfitowało to w cenne znaleziska, np. majtki Andrzeja i wąsy Seby. I musiało wyglądać ciekawie, ze względu na gigantyczne zakwasy, jakich się nabawiliśmy przez noc.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy lecz penetrujcie szafy, bo w wiosennych planach kolejna impreza tematyczna :)

P.S. Siostrzyczka S. udziela spowiedzi i daje srogą pokutę przed rozgrzeszeniem codziennie pomiędzy 18.00 a 20.00.

P.S.2. Kusza, mamy Twoje kalosze.

P.S.3. Mam czyjeś miski po sałatkach.

P.S. 4. Aniu, czekamy za zdjęcie grupowe!

poniedziałek, 14 lutego 2011

niech żyje bal!!!

dla tych mniej spostrzegawczych:
po prawej nowa podstrona z dokumentacją gorączki sobotniej nocy w HR :)


spadam na piwo.

czwartek, 10 lutego 2011

75 - maskarada, maskarada


Czas pomyka.
Dzionki trzaskają jeden za drugim, upływają jak upławy na normalnych czynnościach, takich jak szycie spódniczki Kocurowi i dobieraniu mu do niej torebki. Albo na przyszywaniu frędzli do rękawów, kiedy w stroju squaw odbieram telefony w pracy, licząc, że nikt z kierowców akurat tu nie wpadnie, bo na moim wypowiedzeniu będzie widniało „do szczętu jebnięta”. Lub na preparowaniu sztucznych wąsów dla Seby. Ot, proza życia.
Nie, nie biorę opiatów. Bal karnawałowy mamy w sobotę.

Przy okazji powstała grupa osób żachniętych brakiem zaproszenia, którzy nie mogą zrozumieć, że to inicjatywa bliskiego grona, które spotyka się od czasu do czasu lub przez czas cały na różnych rautach i popijawkach. Impreza - kość niezgody :)

Mamy też oczywiście kilka chorób na wychowaniu, do wyboru, do koloru. Nauczyliśmy się porozumiewać między sobą krótkimi szczeknięciami kaszlu, bo ciężko jest wpleść normalny polski pomiędzy. Mój pies wie o mnie teraz wszystko. Dajemy sobie też sygnały zapachowe zostawiane w wc-ie, bo dręczy nas coś na kształt jelitówki, sama nie wiem. Poddaję się temu i czuję nostalgię za czasami w Kuti-barze z najbardziej krejzolską biegunką na świecie po tamtejszym piwie. Ach. Jeszcze tylko zacznę łazić na czworaka i merdać ogonkiem i mogę się rzucić w leśne ostępy polując na sarenki i zajęcze bobki.

Dzikie życie wre we mnie również dziś. Bo cieszę się jak dzika świnia, dzierżąc w ręku PITa firmowego. Jak się rozliczę i US nie dojdzie ukrytych profitów z handlu organami, narkotykami i głosami w wałbrzyskich wyborach, zgarnę tysiaka i kupię dzieciakom nowe piętrowe łoże madejowe. Będę je wtedy odkładała po kolei do spania jak ręczniki na półkach. Ordnung muss sein.
Może z Kocurowego zwrotu wreszcie zeskrobiemy grzyba ze ściany, chociaż miły z niego lokator, chyba po nim mam takie halucynacje jak zakupy na kwotę tysiąc zł za gotówkę.

Pomimo starań, nie zmieniłam pracy. Nie będę biurwą (wierną na balkooonie).
Nie dla mnie gwar srebrny pył
Nie dla mnie splendor i sława
Nie dla mnie ta cała zabawa
Jak się nie ma nowej roboty, wypadałoby polubić starą. 
LOL. 
Muszę się do tego jakoś zmotywować. I wybrać pomiędzy peyotlem a tymi 3l cytrynówki, co to ją właśnie upędziłam.

No nic. Jako preludium przed delirium zdjęciowym po zbliżającej się szaleńczej sobocie (czas przyszło-przeszły) wklejam moje wild-child i kilka fotek z balu minus 18.
Howk!

3 spidermanów, 8 księżniczek, squaw wygrała konkurs na najciekawsze przebranie wśród dziewczynek
Olaf Sparrow zgarnął 1 miejsce wśród chłopców

arachnofobia
kto ci, motylku, naopowiadał takich głupot, jakobym zjadał inne owady?
mówię ci, Robin, Marion coś podejrzewa...

 miszcz densfloru
mam ich wszystkich dosyć. wprowadzam bezkrólewie!

piątek, 28 stycznia 2011

74 - egzotyczna podróż


Powtarzając za kolegą:
dyplomata to ktoś, kto powie ci spierdalaj w taki sposób, że poczujesz podniecenie w związku ze zbliżającą się podróżą.

Dziś się podnieciłam. Byłam w moim ulubionym Chińskim Sklepie, który tu szeroko i długo wspominam. I tak walałam się pomiędzy upiornym towarem – ordynarne tkaniny i kolory, ciuchy dla dzieci robione chyba z plastikowych butelek, smrodek pcv, psychiczne chińskie kotki na każdej bluzce, każdym rajtku...
I obsługa sobie tak głośno perorowała przez ten hangar cały. Krzyczeli i śmiali się po chińsku, a sądząc po gestykulacji, nabijali się z klientów. Tak się przypatrywałam spode łba i nawet miałam nic nie kupić, kiedy mi pani z panem przy kasie coś tam zaczęli pokazywać, a cały czas chichotali złośliwie. I tak mi dyplomatycznie wcisnęli kilka suwenirów, a jestem prawie pewna, że mówili przy tym „weź to badziewie i spierdalaj pani; jak tylko opuścisz przybytek, to się popsuje i połamie, a resztki tego będą ci w domu śmierdziały paloną gumą po wsze czasy!”. 
A ten język był taki dziwny, hipnotyczny, że normalnie poczułam podniecającą egzotykę w centrum szmiry i kiczu, otulił mnie zapach kwiatu wschodu, mur chiński wokół serca zwalił się w gruzy jak w Berlinie i wyszłam z naręczem trujących spinek do włosia, które natychmiast po zakupie uległy defragmentacji...

I facety się do mnie uśmiechały na mieście. Dziwne to uczucie platonicznej adoracji, gdy się jest takim strasznym pasztetem. Ale miło, ludzie jacyś tacy mili podejrzanie, rozbawienie na twarzach wręcz. W Wałbrzychu! I kolega mnie taryfą podrzucił, nawet musiał się kilkaset metrów cofnąć po mnie. Że niby przysługa, lecz mogłabym czasem sms-ka wysłać w nocy. Hm. Teraz zadzwonił po taxi pan, wspominając nasze wczorajsze spotkanie, bo on zakładał w biurze kablówkę, a ja w tym czasie wylewałam cały kubek kawy na klawiaturę. Pan podrywał per fołn. Następny klient chciał uprawiać sex-telefon oraz znać me imię szpetne i godzinę zakończenia szychty. Na pewno mnie kitajce w Chińskim Sklepie spryskały jakąś ohydną perfumą z feromonem piżmoszczura, albo wielkie Hello Kity przykleiły gdzieś pokątnie, coś jest na rzeczy...

Niemniej jednak nadal tkwię w ekstazie za sprawą wycieczki do zagłębia lumpexowego. 3-godzinny tekstylny orgazm wielokrotny, resztka wypłaty w plecy, ale już przynajmniej nie muszę chodzić do pracy w piżamie Kocura, ani dziecka ubierać do szkoły w ubranka po Ludwiku XVI.

Ogłoszenia parafialne:
  1. kto ma pożyczyć sprzęt grający na imprezę w tancbudzie? (głośniki, mixer)
  2. szykujcie muzę skoczną i taneczną.
  3. młode kocię pilnie poszukiwane w celu zasiedlenia koleżanki.

czwartek, 27 stycznia 2011

73 - wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać


Na początek mały zawód. Tytuł i baner są kłamliwe, słowo seks użyte tylko dla przyciągnięcia czytelnika, ponieważ właściwa notka jest masakrycznie nudna.

Ostatnio narzekałam, to teraz tęsknię. Mam nowe zajęcie – wnikliwa obserwacja i analiza odchodów psa, który skrywa w środku worek śniadaniowy, połknięty w całości. Worek się chyba w psie zadomowił, i nic mnie tak nie ucieszy jak tipi z gówna, nawet na środku pokoju. Byle z workiem w zawartości. Lepsze to niż pies na stole operacyjnym.

Nie wiem co to się porobiło, ale moje notki ostatnio zdominował temat klocków, placków i obstrukcji wszelkiej, rychło zostanę twarzą marki Stoperan.
Ewentualnie jest o psie, to dla odmiany o dzieciach dzisiaj.

Byłam na występach u córki, z okazji Dnia Babci i Dziadka. Nie w roli jubilata, jak sobie złośliwie pomyśleliście (dziś sama jestem babcią więc cóż mogłabym dać mojemu wnuczkowi jeśli nie kolejną głupkowatą notkę na blogu?). Się pośmiałyśmy z matką-Halyną, zwłaszcza z portretu babci. Młoda zaszalała i Halyna jawi się jako ten ptak drapieżny z haczykowatym dziobem i srogim spojrzeniem przekrwionych oczu. Brakowało tylko upolowanego Inżyniera trzymanego w szponach. Ale nie – Inżynier był na osobnym portrecie, z największym uśmiechem na świecie. Musiała mieć niezły odjazd twórczy, normalnie Witkacy klęka - przecież wiadomo, że Tadeo przenigdy się nie uśmiecha.

Fajny występ, szczególnie mnie ujął moment gdy Kalina brutalnie wyszarpywała z objęć innego chłopca swojego partnera do krakowiaczka. Widać, że sobie dziewczyna w życiu poradzi z facetami jeśli już stosuje pradawne „pałą i wleczone do jaskini”. Przy okazji wyjaśniło się skąd u Kaliny przekonanie, że kocha piosenkę Sto Lat. Na próbach ćwiczyli, a ja już sobie insynuowałam błąd wychowawczy :)

Maja Sablewska po kolejnej kłótni z Edzią, postawiła na małą dziewczynkę z rogami
- zrozum, Piotruś, to nie izraelski TZG, tu są pary koedukacyjne!
babcie przyszły, poddajemy się!

atak klonów
 fociła Daniela

Scenka:
Wieczorny browar. Kocur zasępia się nad Piastem, ale po chwili rozchmurza oblicze i stwierdza:
- Niedługo za to spożycie dostanę Platynową Puszkę!
oklaski, uroczysta gala, Feel płacze za kulisami, wszyscy radośnie bekają...

niedziela, 23 stycznia 2011

72 - na kolana, chamy!


Jako, że mój pies okazał się wszystkożerny, ze szczególnym uwzględnieniem rarytasków w stanie gnilnym, wyłażących spod śniegu, dwa poranki spędziłam na klęczkach jak mnich buddyjski i wywabiałam brązowe plamy z dywanu.
Dnia trzeciego powstałam z łoża strwożona już samą myślą, co zastanę w kuchni, gdzie noclegowało psisko. A że mam ostatnio sny-thillery psychologiczne, spodziewałam się najgorszego – z inwazją kosmitów i Katarzyną Skrzynecką w swojej najgorszej kiecce włącznie.

Przewlekałam więc ten przykry moment jak mogłam: prysznic, suszarka, papierosek, sweter na drutach, puzzle 1000 elementów, te sprawy. Ale zbliżała się 6.00 i trza było ruszać do roboty więc stanęłam w drzwiach kuchni i padłam na kolana...
Pozornie pies, a w rzeczywistości diabeł tasmański, dorwał się bowiem do śmietnika i całą noc musiał zabawiać się w niszczarkę. Całość pomieszczenia usłana była wiórami ze śmieci, zużytych pieluch, siatek jednorazowych itd. W kąciku, na posłanku leżał sobie piesek z ogromnym uśmiechem na pysku, łypiąc z dumą wielkimi, sarnimi oczami. No i jak tu się gniewać?
Oddałam się w milczeniu mojej już chyba naturalnej pozycji i na klęczkach zaczęłam zmiatać śmieciowy plankton. Jak tak dalej pójdzie, to mnie pies wytresuje na rasowego pielgrzyma do Częstochowy, zamiast ja psa wyprowadzić na ludzi.
Na kolana chamy, śpiewał Lucjan Pavarotti - chciałoby się zanucić. Tymczasem Lucjan kot siedział i zacieszał, a ja go podejrzewam o współudział.

No i odbyło się spotkanie z cyklu „Zerwane Więzi”, a raczej „Zerwane z Uwięzi”, bo Bibkę odwiedziła siostra – Suzi. Do tej pory chyba jeszcze ścieka z nich ślina, której hektolitry wysączyły na sierść i nawzajem przy tym szaleństwie, w jakie popadły. Duszenie, przewracanie, podgryzanie, wąchanie pod ogonkiem, nie wiem – ja się tak z siostrą nie witam, ale może jeszcze wszystko przed nami.

O czymś jeszcze miałam napisać, ale mam sklerozę. To może ja się zajmę oglądaniem po raz kolejny moich ukochanych filmideł, które strasznie polecam, chociaż pewnie je znacie.
Trzymta się!

"DRÓŻNIK":




+ bonus: Matka Polka jako skrzyżowanie "Lśnienia" z "Myszką Miki" :)

piątek, 21 stycznia 2011

AKCJA! AKCJA! AKCJA!

Dziś chciałam przedstawić Wam małego Mikołajka:

Mikuś jest pogodnym, radosnym, dzielnym, bystrym chłopczykiem o najpiękniejszym na świecie uśmiechu i najdłuższych na świecie rzęsach... mimo swoich 7 miesięcy zdobył już serca wielu wielbicielek. Mikuś wrócił właśnie do domku z OIOM'u - na którym spędził siedem tygodni. Pomóżcie proszę w jego codziennej walce z rdzeniowym zanikiem mięśni - SMA1.
Żeby mógł poddawać się codziennej rehabilitacji i bezpiecznie funkcjonować otoczony miłością i opieka swoich rodziców, potrzebuje sprzętu wartości 100 tys. złotych, to ogromna kwota...


Więcej o Mikołajku na jego blogu:
http://mikolajkowo.blogspot.com/

I tu pojawiła się ze świetnym pomysłem Chuda-O-Wielkim-Sercu wymyślając akcję, mającą pomóc Mikołajkowi :)
Stworzyła projekt "Macierzyństwo bez lukru", w którym wzięły udział mamy-blogerki, piszące o trudach i zawirowaniach macierzyństwa, ze szczególnym uwzględnieniem szaleństwa :) Powstała więc antologia tekstów humorystycznych, sympatycznych, ale też bezkompromisowych. Forma dość oryginalna, pozbawiona patosu i z dużą dozą dystansu do świata, macierzyństwa i dzieci własnych, jak i własnych słabości. Mam tam swój skromny udział i jestem dumna, że moja pisanina mogła znaleźć się obok takich tuz jak a-kocica-papierosa czy Ewa, a będę jeszcze bardziej szczęśliwa, jeśli uda nam się zebrać pieniążki potrzebne Mikołajkowi.

Dlatego serdecznie was zachęcam do wsparcia tego małego człowieczka i kupna zbiorku za kwotę, którą uważacie za właściwą.

Antologia "Macierzyństwo bez lukru" jest już dostępna dla każdego chętnego :-) Zapewniam Was, że warto!

Co trzeba zrobić, żeby ją zdobyć?

Proszę wpłacić kwotę, jaką uważacie za stosowne na konto Mikołajka, podając w tytule wpłaty swój e-mail. Na podany adres zostanie wysłany zbiór naszych tekstów.

nr konta założonego specjalnie na potrzeby Mikołajka:

50 1140 2004 0000 3402 1647 6204

do przelewów z zagranicy:
PL74 1140 2004 0000 3002 1411 7025 
swift BREXPLPWMBK


BRE Bank SA
Al. Piłsudskiego 3
90-368 Łódź
właściciel konta: Anna Kamińska
ul. Wojska Polskiego 10/11
41-400 Mysłowice

Pozdrawiam i trzymam kciuki za owocny przebieg akcji i przede wszystkim za Mikołajka! Proszę, prześlijcie dalej!

wtorek, 18 stycznia 2011

71 - (pre)historia pewnej znajomości


Ela wkleiła na Fejszbuku łańcuszek:
„Ilu z was zna naprawdę wszystkich FB´-Przyjaciół? Tu jest zadanie dla was:) proszę aby wszyscy moi FB´Przyjaciele, dali komentarz do tego wpisu -JAK MNIE POZNALIŚCIE????? Potem wstawcie to zadanie w swój status abym ja też mogła wam dać komentarz. Wyniki będą zaskakujące. Miłej Zabawy!!”

Odpisałam pokrótce, ale pragnę rozwinąć ten jakże historyczny wątek.

To było bardzo dawno temu. Wracałam akurat z dr Piotrem i Siłaczką do piwnicznej izby Marii Konopnickiej. Siłaczka szła z elektryfikacji wsi i była niemiłosiernie zjebana, bo od 4 lat pracowała u podstaw. Dr Piotr musiał pomóc Jagience z Krzyżaków, bo rozwaliła sobie kopyto o jeden ze szklanych domów Żeromskiego. 
I tak staliśmy pod GeeSem, wesoło gawędząc o szkarlatynie i Trędowatej, czy to oby na serio, że ozdrowiała jak ją Anielka na trzy zdrowaśki czarterowała do pieca. Ale to akurat prawda była, bo węgiel od Łyska z Pokładu Idy był rzeczywiście nieoceniony. W tle cichutko pobrzękiwały skrzypeczki Janka Muzykanta, który akurat grał Balladę o Januszku. Wokulski cichcem wychodził z lokalnego sex-shopu, wlokąc za sobą Lalkę.

Ciepły wieczór, wiecie - coraz więcej ludzi pod sklepem. Nagle wyskakuje kompletnie zalany Boryna i do Dr Piotra w te słowy uderza: - ty złamasie pieruński, felczerze jeden! - bo mu doktor rzekomo Kamizelkę Bolesława Prusa zawinął; i że to jego jedyne odzienie było, bo przez przypadek Jurand na ślepo na nim szaty rozdarł, zamiast na sobie, jak się zżymał na PCK. Wrzawa się podniosła niesamowita! Eliza Orzeszkowa to aż się z wrażenia wyjebała i wpadła do Niemna, gdzie zresztą już pluskał się Niemen Czesław z Rodowicz Marylą i oglądali pierzastego kogucika w baloniku na druciku.

Widząc te anse, na Dr Piotra rzucił się Doktor Wilczur i dotkliwie jął go gryźć, bo od zawsze zazdrościł mu kolekcji pijawek. Mniszkówka, długo się nie zastanawiając, wyrwała sztachetę z budy Reksia i zaczęła pacyfikować Wilczura tak, że aż Bambi upadł zemdlony. Latarnik szybko pogasił światła na ulicy, ale, że była Siłaczka, to stale płonął kaganek oświaty więc i tak było widać jak Azja wbija na pal Mniszkównę, ale zaraz dostaje w łeb Katarynką od Kiwaczka.

Jedna wielka bijatyka: krew się leje, sztachety latają, Siłaczka leży w rowie w rozchełstanym gorsecie. Szarik czołgiem rozjeżdża Krzyżaków. Po Ulrichu Von Jungingenie pozostaje tylko wprasowana w kocie łby kolczuga. Przyjeżdża porucznik Borewicz, przylatują Matki, Żony i Kochanki, Tulipan już obczaja bazę, zaciera ręce. Ktoś, korzystając z zamieszania, kradnie Kojakowi lizaka, a Blake z Crystal znowu się pobierają i wykupują cały alkohol z GeeSu na przyjęcie. Dopiero w obliczu tej tragedii, całe towarzystwo zakopuje topór i łączy się w bólu. Słychać szloch, płacze też pierwsza polska Tap Madl, chlipie Ewa Drzyzga, latają trzy brody Ich Troje...

I właśnie wtedy zza węgła wychyla się Ela, niosąc półlitrówkę i jeszcze ciepłą zapiekankę ze szpinakiem...
Ot – i cała historia.
GRY