wtorek, 9 sierpnia 2011

106 – dzwonki wietrzne dla alkoholików


Kiedy już człowiek sobie tak popija, to należy znaleźć jakieś praktyczne zastosowanie tego hobby. Umyślnie nie użyję brzydkiego zwrotu „nałóg”, bo czuję w nim złą energię, która od razu przywołuje mało radosne przypuszczenia, że przez umiłowanie piwa, wyglądam obecnie jak Axl Rose i to nie z młodych lat. Jednak rude kłaki + nalany ryj, jeśli kto lubi „Paradise City”, może nie są tak wstrząsające jak Val Kilmer teraz niż w roli Jima Morrisona lub Miki CoMaRurkę pomiędzy „Ćmą Barową” a „Wrestlerem”. Nieważne.

Albowiem, gdybym nie miała własnych zbiorów kapsli i zawleczek, domu pełnego alkoholowych trofeów, skąd, ach skąd bym wyczarowała takie urocze dzwonki wietrzne dla alkoholików? Jasne, mogłabym, przebrana za tłustą białą mysz, zakraść się na tyły ABC i w ogródku piwnym zebrać wszelkie potrzebne rzeczy. Lecz jakoś większą frajdę czerpię z kapsli własnych, okupionych bólem, brzuchem i wypłatą. Przepis prosty jest: bierzesz piwną krwawicę, dziadka do orzechów, kombinerki, kawałek sznurka i robisz sobie dzwonki, które potem wieszasz w sobie znanym miejscu, żeby ci przyjemnie brzdękoliły jak sygnalizacja dla niewidomych: - dzyń, dzyń, nie pij więcej!




Bardziej subtelną formą są dzwoneczki z zawleczek od puszek. Kto tam będzie wiedział, czy oderwałeś je z browarów, czy z puszek po coli? Dlatego można je dla niepoznaki powiesić np. w oknie domku na drzewie. Te dzwonki mają taki miły brzęku ton. Delikatnie sobie szumią jak szuwary, w których się Pudelsi tak kochali czule, że ich nad ranem znalazł rybak w mule. No, polecam.





Pamiętacie jeszcze serial „Dharma & Greg”? Oni tam mieli w swojej japiszońsko-hipisiarskiej chacie takie koraliki na sznurkach, układające się w obraz Mona Lisa. Od tej pory mam fioła na punkcie tego gadżetu. Kiedy pomyślę, ile jeszcze przede mną rodzajów piwa, żeby zdobyć  te wszystkie odcienie i kolory potrzebne na wzór – och, od razu cieplej na serduchu :)



P.S. w następnych odcinkach: Szklane Domy Żeromskiego z butelek po Lechu – kojąca zieleń wnętrza jako lek na strapione nerwy, aluminiowe osiedle- sen złomiarza  z kolekcji  piwnicznej, oraz nowatorska kolczuga antydresiarska z zawleczek po Piaście, na nocne wypady na miacho w wypadku poczęstowania herbatkę i ciepłym słowem.


Miło było, ale lecę coś zjeść, bo pamiętam, że ostatni raz coś pichciłam gdy panierowałam Złotego Cielca. 
Nazdrawie!


105 – working, sleeping, dogging


Czuję jakbym szaleju pojadła. Szkoda, że nie jestem indiańskim srokaczem, mogłabym teraz galopować przez prerię, może bym to wypociła. Tymczasem muszę się męczyć.

Mój problem polega na tym, że jakoś tak naturalnie, traktuję gówniarzy poważnie. W sensie obdarzam zaufaniem i ogólnie mam dużo sympatii do nielotów. Pomimo, że już odleciałam dawno na pterodaktylich skrzydłach w wiek nobliwy, jeszcze mi dzwoni jaka byłam i jak czułam te 15 lat temu. No ale do wszystkich wacków, grill urodzinowy z najbliższymi koleżankami, za wiedzą starych na mojej działce a dzika, pijacka biba ze stadem debili, którzy demolują wszystek w proch, którzy hajcują moimi deskami na domek na drzewie(!) tak, że betonowy grill pęka na pół(!), dżamp bez wiedzy rodziców to jest chyba subtelna, kurwa jego mać, różnica? Czy ja się może mylę? 

Oczywiście to moja wina, zaufanie – głupia sprawa, wiara w prawdomówność i obietnice nastolatków – kompletny kretynizm. Więc do ostatniego weekendu miałam problem z sympatia do nielotów. Ale już nie mam. Trzeba być starym zgredem, stare zgredy mają rację, nie ponoszą strat. I niech mi tylko moje dzieci spróbują zostać nastolatkami, ciężki ich czeka los, unicestwię co stworzyłam. 

Jednocześnie  w pracy mnie rozgrzano do czerwoności, bo dostałam dwie najgorsze zmiany przy długim weekendzie, kiedy inni mają wolne. Wiec się mocno pokłóciłam. Bez żadnego rezultatu i kompromisu w tej sytuacji. Poszłam się dobić w ruiny.

Stoję pośród tego szaleństwa, w zgliszczach zasranego grilla, humor mam lekko, powiedzmy, nerwowy, tik w oku, te rzeczy. Nagle spod ziemi materializuje mi się cholerny pies sąsiadów, waruje skurczybyk już dwa tygodnie pod moimi drzwiami, bo Biba raczy się pierwszą cieczką. I ten sobaka jakoś znajduje przejście pod siatką i dopada mojego psa. On za nią, ja za nimi, mój pies w seksualnym szale spierdala po okolicznych ziemiach. Odganiam psa, pies na dzieci, próbuje je pompować, dzieci piszczą, psy piszczą, ja się wydzieram. No przecież to jest totalne przegięcie, moje wnuki będą merdały ogonami! 
Chyba z kwadrans trwała szaleńcza gonitwa i jak mi się udało wszystkich połapać, pochować, przypiąć smyczą, strzelić batogiem, to już nerwowo nie wytrzymałam i się normalnie bezsilnie poryczałam. W tym czasie mój pies siedział w altanie na... stole, a dzieci rzucały się doniczka z surfinią. Czy ja się już kwalifikuję na oddział zamknięty? 

Poszłam potem do właścicieli sierściucha, nabuzowana jak oranżada po terminie ważności, mówię, że od 2 tygodni odganiamy się od tego natrętnego kundla, że wystawia na nas kły, dzieci strach wypuścić, bo je usiłuje zgwałcić więc miarka się przebrała i trzymajta to kuźwa w chałupie, bo choć kocham zwierzęta, to moja miłość ma w tej chwili wymiar dość tragiczny i zaraz zadzwonię po hycli. Odpowiedź brzmiała: - podaj mi numer, sam zadzwonię, to go zabiorą. 
No ja nie mogę, nie ogarniam tego…

Scenka czatowa:
- możesz użyć metafor w stylu, że wasz związek jest jak niedokończona wałbrzyska obwodnica, że ona jest dla ciebie jak Roman Szełemej, takie tam. Ja bym np. chciała, żeby mi mój facet mówił, że jestem dla niego jak nowa elewacja na Pankiewicza, tak odmieniłam jego beznadziejny żywot odkąd mnie położyli…
(z dziur po kopalniach wesoło śmierdzi siarkowodór, mieszkańcy klaszczą butelkami po nalewkach)


A więc, zamiast komentarza do wałbrzyskich wyborów, mówmy sobie nawzajem miłe rzeczy. Że nasze uczucia do partnera są głębokie jak dziury na Świdnickiej. Że zdemolował nasze serce jak młodzież przystanki po wyjściu z K10. Że przez tę miłość chodzisz odmóżdżony jak student z Polibudy w autobusie linii 2. Że tak cię rozgrzewa, iż chętnie pożyczył(a)byś kajdanki od Kruczkowskiego. Że czekanie na niego (na nią) jest wiecznością jak termin u specjalisty.

Pęczek zdjęć dla odreagowania:
klon matki
siora zastanawia się nad imieniem. skoro były już Rumba, Mamba, Havana, Tequila, to może LaBamba - pełnym imieniem Barlalalalajlabamba?
rozmazana kota
łaaaa! aj fil guud!
hand
made
takie tam
z deszczem


czwartek, 4 sierpnia 2011

104 – Po odejściu od kaca reklamacji nie uwzględnia się

Baner był leniwy i się nie zrobił. Za to "Opowieści z Narnii" - edycja Hrabstwo Rusinowa.
Scenka:
- Taxi (hailsatan), dzień dobry!
- Dzień dobry, jest mąż?
- Tu taxi (hailsatan), witam pana.
- Tak, taxi, a mąż jest?
- Czyj mąż? Dzwoni pan do taxi.
- Pani mąż, męża zastałem?
- Nie mam męża.
- No to kto po mnie przyjedzie? – facet posmutniał.
- Już wysyłam kierowcę…

Zaskakujące, jak wiele osób myśli, że to tak wygląda, albo zaczyna „czy może pani przyjechać na adres…” lub sądzi, że ich jakimś cudem widzimy i dlatego nie muszą mówić gdzie się znajdują, bo przecież „no TU stoją”. No ale poślubiona 70-ciu kierowcom? 

Oglądam Miami Ink. Czysty masochizm. Amerykanie i te ich głębokie przemyślenia w stylu: „ten tatuaż będzie mi przypominał jak kruche jest szczęście i przez co przeszedłem, kiedy w sklepie sprzedali mi zwietrzały popcorn”. „Wąż będzie prowadził mnie we właściwym kierunku w moim życiu”. „Ryba koi symbolizuje chorobę wrzodową dwunastnicy, jakiej nabawiłam się przez lata w Big Mac’u”. „Mój ojciec zginął broniąc naszej ojczyzny w Afganistanie, dlatego chcę jego postać w skali 1:1 na pośladku”. Debile.

Tymczasem w prawdziwym życiu dzieją się rzeczy dziwne. W Hrabstwie jest jakoś po czesku ostatnio, odwrotnie jakby. Kiedy człowiek wychodzi w łikend w plener z butelką piwa poszukując znajomych, oczekuje tłumów i Village People. Tymczasem dostaje Sleeping Village i sam zdziwiony żłopie na ławce. Cisza, spokój, higiena, jakby nikt tu nie pił alkoholu. Butelki w ABC zarastają mchem i pleśnią. Na tyłach sklepu, z resztek wędlin tworzy się obca cywilizacja…
Ale od poniedziałku, ho ho! W poniedziałek zaczyna się istne łikendowe szaleństwo. Na każdej ławce wre życie, w ciemnościach z każdego kąta strzelają kapsle i salwy śmiechu, czuć marychę. Tak jak we wtorek, środę czy czwartek. A wczoraj Krzysiek nawet nabawił się choroby lokomocyjnej w drodze ze sklepu na ławkę i puścił kłaczka w krzaki, co zrozumiałe, bo z zawodu jest fryzjerem (chociaż po tym jak się męczył, wnioskuję, że to był chyba łoniak anakondy). Za to już w piątek życie zamiera do niedzieli włącznie. Ja tego nie rozumiem. Przecież Rebecca Black śpiewała wyraźnie:
Yesterday was Thursday, Thursday
Today i-is Friday, Friday (Partyin’)
We-we-we so excited
We so excited
We gonna have a ball today
Tomorrow is Saturday
And Sunday comes after...wards
I don’t want this weekend to end.
Śpiewała też:
(Yeah, Ah-Ah-Ah-Ah-Ah-Ark)
Oo-ooh-ooh, hoo yeah, yeah
Yeah, yeah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah, yeah, yeah
I nikt sobie z tego nic nie robi, co za ludzie!
Wiem, to już suchar jest, dlatego przedstawiam nowe hity skradzione z komentarzy:




i jeszcze tu:
http://youtu.be/TuoLo5SKIZ0


Ogłoszenia parafialne:

Nadal poszukuję chętnych na koty! 
Jeden będąc dotychczas kotką, okazał się być jednak kocurem. Klasyczna pomyłka w stylu Doroty Stalińskiej. Więc jeden czarny kocur – już samodzielny, do oddania na pniu. Oraz jeden tygrysi, samodzielny za jakieś 2-3 tygodnie. Ten ostatni to strasznie dziwny jest, ma bardzo długie łapy, normalnie jak pająk wygląda. W dodatku jest synem Czarnej Szmaty, najbardziej porytego kota wszechświata i różne rzeczy mogą z niego wyrosnąć. Więc jak ktoś ma jakichś nielubianych znajomych, to może sobie tego kota ode mnie wziąć i im zrobić taki chujowy prezent. Ten czarny jest cudowny i polecam! Jedna kotka już się mości we Wrocławiu, dwie czekają na czarter do Niemiaszkowa i ogólnie cała świta sieje mi w chacie spustoszenie, dlatego proszę Was na kolanach – bierzcie to, bo przekraczam subtelną granicę szaleństwa.


Z poważaniem

Napoleon

Z pracy: Goryle we mgle.

Na mojej szopie ukazała się Amy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Przerywnik taki. No nie mogłam się powstrzymać :)

niedziela, 31 lipca 2011

103 - tajemnica kabaczkowa


Nie ma to jak naładować sobie całą stertę filmów do pracy na pena i go nie wypiąć z portu. Praca też mi nie idzie, bo jest fatalna łączność, pewnie ją ukradli ci podludzie ze Śródmieścia, albo antena dostała jakiegoś wniebowstąpienia na tej wieży kościoła, jeśli akurat żarliwe kazanie było, kto wie.
Więc co mam robić – siedzę i rozkminiam, kto mi te kabaczki zajebuje. Czy niewyżyty kabaczkożerca bez serca jest kobietą, czy mężczyzną, czarny, biały czy różowy i czy homo albo wręcz hetero? Czy istnieje naprawdę? A może jest jedynie wymysłem mojej wyobraźni, co też trzeba wziąć pod uwagę gdy się użytkuje ziemię już 9 rok i słyszy o czym rozmawiają działkowcy i jak daleko potrafią odlecieć pod wpływem randapu lub nawozu z końskich placków. Jaka jest tajemnica zawarta w kabaczku? Czy złoczyńcę podnieca falliczny kształt tychże?

Póki co ustaliłam wstępnie, że sprawca pochodzi z nizin społecznych, bo pisze „kapustę” przez „ó” i popełnia masę rażących błędów w korespondencji, jaką w sposób ożywiony prowadzimy, zwiniętej w rulon i wbitej na patyk w samym środku pola kabaczkowego, po lewo od cukinii. Pisze „wszagrze” w poematach, w których treści życzymy sobie smacznego, pozdrawiamy i nawzajem całujemy się w dupę. Chwali się, że zjadł na „uczczcie”, a resztki „świnią” dał. Wykluczam nożownika, bo ten by miał narzędzie, żeby kabaczka odciąć, podczas gdy mój korespondent (może i sam Mariusz Max Kolonko), wyszarpuje, dureń, z korzeniami całą sadzonkę, żeby urwać warzywo, w które potem wbija kij z rulonem pełnym byków. Jest zuchwały, nie tylko w ortografii. Więc jeśli pochodzi z nizin społecznych, to ja go prędzej czy później rozpoznam, bo aktualnie inwigiluję niziny społeczne i z nizin społecznych się wywodzę.

Nazywa sam siebie Robin Hoodem, a jak pokazuje zdanie wyżej, pojebały mu się grupy społeczne i nie trafił z ideologią. Gdyby to miał być jednak Robin, to w każdym razie ja bym sobie życzyła, żeby mi wcinał warzywa konkretnie Michael Praed, broń boże Jason Connery (bo ten wyglądał jak jakaś jebana rusałka przecież, a nie chłop z krwi i kości!), ani żaden Kevin Costner – jeszcze mi z nim do pary będzie wył na polu Bryan Adams! Errol Flynn też odpada, bo się kiedyś ze mnie notorycznie nabijał były mąż, że w takich jednych spodenkach wygladam zupełnie podobnie, poza tym on już nie żyje. Tzn. mam na myśli Errola. Mąż skona dopiero po 1 września, jeśli się okaże, że jednak nie kupił córce książek do pierwszej klasy. Ale jakby co, streszczę dla was okoliczności morderstwa w osobnym poście.

Jestem na tropie tajemnicy kabaczkowej. I chuj, siedzę na nocce w pracy zamiast leżeć w truskawkach owinięta siatką maskującą, z habaziami we włosach, z pistoletem na kulki, z butelką wina dla zabicia czasu, w oczekiwaniu na przyłapaniu legendy z Sherwood ubranej w rajtuzy na gorącym uczynku posiłku.

Napisz proszę chociaż krótki list, uuu.

P.S. Pozdrawiam eeewę! :) 

Jak już jesteśmy przy teoriach spiskowych - wchodzę dziś do roboty, a tu nasza święta rozpiska kolejności brania zleceń obleczona w taki oto segregator. Danuta pojechała po bandzie :)

sobota, 30 lipca 2011

102 - Jestem magistrem (czyli witamy w Wałbrzychu)

Photobucket

Scenka:
- Taxi (cośtamcośtam), dzień dobry!
- Dzień dobry, jestem magistrem! - wykrzykuje starszy pan, po czym zawiesza się w ciszy.
- Tak, czym mogę służyć?
- Jestem magistrem. Magister Tadeusz B(cośtamcośtam)...
- Witam pana, słucham?
- Magistrem. Jestem.
- Gratuluję. Potrzebuje pan taxi?
- Nie.
- Więc?...
- MAGISTER Tadeusz B...!
- Tak, słucham pana magistra - akcentuję lekko zirytowana (nie mam na to lekarstwa, psze pana, zwięźlej, mi tu dzwoni klasa robotnicza...)
- Chcę prezesa. To jest numer do prezesa taxi.
- Nie, proszę pana, to jest numer firmowy do zamawiania taksówek. Prezes jest w tej chwili na urlopie.
- Nie, to jest numer do prezesa! - upiera się pan.
- Nie, proszę pana, to jest numer firmowy do zamawiania taksówek. Prezes jest w tej chwili na urlopie. W czym mogę panu pomóc?
- Numer do prezesa CHCEM.
- Nie mogę podać, przykro mi. Co przekazać prezesowi?
- Że dzwonił magister. Że się musi skontaktować.
- Dobrze, ale w jakiej sprawie?
- A tego to ja pani nie powiem, to są sprawy pomiędzy MAGISTREM a PREZESEM, do widzenia!


Boże, coś Polskę! Czasem nie wiem, czy mi bardziej przeszkadzają w tym mieście zezwierzęcone istoty, jakie obserwuję na ulicach i słyszę przez telefon, czy wykształciuchy, doprawdy trudny wybór. Jak można całe życie mieszkać na ulicy Dubois i nadal ją wymawiać tak jak się pisze (zawsze przy tym przedstawiając się dumnie jako pani Jagiełło) ? Albo zamawiać na Władysława AnDRESA? Lub pod „Oszołoma” (Auchan)? I nie zauważyć, że już dawno zmieniono nazwy ulic Lenina, 22 Lipca itp.

Wiem co mnie najbardziej drażni w tym kraju. Wkładka – Polacy. Przykro mi, ale im dłużej tu mieszkam, tym bardziej nas nie lubię. Uważam, że szczątkowa kultura osobista, normy i zasady, szacunek to jakaś skamielina, prehistoria i kuriozum. Przynajmniej w tym mieście.

Przemawia przeze mnie żal i gorycz po niezjedzonych kabaczkach, które wyhodowałam od ziarenka, a które mi jakiś obywatel polski bezczelnie zajebał. Wszedł jak na swoje, wziął, bo leżało, zeżarł i wydalił, bo pewnie uważał, że mu się należy. Że jak nie jego, to nie trzeba szanować, że jak nie mogę ukraść, to przynajmniej zepsuję, że papierek na ulicę, a butelką o chodnik, że muzykę z telefonu to na cały regulator, a jak szczać na winklu, to przodem do przechodniów. Że kobiety bez zębów, ale z wąsami, że faceci żrą kiełbasę w autobusach, a dzieci się myje raz w tygodniu albo wcale i akurat piękną elewację musieli położyć na ul. Pankiewicza, na ulicy Moniuszki, gdzie ją obgryzą i zasrają z miejsca nie psy, nie gołębie, ale sami lokatorzy.

Żałuję, że na fali emigracji nie wyjechałam z tego kurwidołka. Pomimo że sama jestem osobą dość wulgarną, że klnę i piję piwo na ławce, jest mi wstyd, że jestem z Polski. Z tego mentalnego odbytu Europy.
Jak mi powinęli kabaczki, to w rozpaczy wbiłam między pozostałości flagę z ostrzeżeniem, że w obliczu takiego świństwa, potraktowałam część z pozostałych plonów chemią i liczę na szczęście twoje w losowaniu, złodzieju.


Photobucket
Wiem, bzdura, dziecinada, ściema. Ale z takimi ludźmi to człowiek próbuje na różne sposoby. Przychodzę następnego dnia – ktoś zabrał kartkę (nie wiatr, nie deszcz, zdjęta elegancko, odplątana, zabrana – pewnie ktoś chciał mieć dowód na wypadek, gdyby się struł biedaczek – mógłby mnie jeszcze oskarżyć!). Nawet się ubawiłam i niesiona radością z anonimowej wymiany korespondencyjnej wbiłam to (godne Królika z „Kubusia Puchatka”):

Nazajutrz idę – kartki nie ma. No wymiękłam :) 

Photobucket


Moje kabaczki w tym czasie wesoło furkotały w garze z leczo gdzieś, na Dolnym Śląsku...

Photobucket

poniedziałek, 25 lipca 2011

101 - psychodrama urlopowa - część 2


Kochany pamiętniczku!
Licznik odbił stówę i pora nadgryźć następną, bo jesteś jako ta blogurodzica dziewica.
Ciężko sklejać notki w samym centrum trąby powietrznej, jak bez cienia przesady można nazwać te trzy żądne krwi istoty, któreśmy chyba w szale jakimś kiedyś spłodzili. Kiepsko się notuje podczas wodowania tychże, zwłaszcza jeśli samemu się nie tylko wygląda lecz i pływa jak „Kursk”. I równie źle choćby udawać rusałkę z długopisem i notesem w zębach.

Podczas gdy na zewnątrz hulała rozdzierająca czarną noc burza, a ja znad szkła zerkałam na mojego faceta, który kiwał się na werandzie w przód i w tył (z zamkniętymi oczami, zamkniętym sercem i zamkniętym libido), jednak mnie najszło na pisanie. Gdyż najpierw nie wyszło mi wkręcanie sobie, że to scenka rodem z amerykańskich filmów. Że to weranda tuż nad brzegiem Missisipi, a powodem kiwania się na ogrodowym krześle jest pobrzękiwanie bluegrassowego banjo w pobliskich zaroślach, a nie 0,7 wódki polskiej Sobieski. Że przyczyną permanentnego opadu z sił była mordercza walka z trzema nowoorleańskimi aligatorami, a nie z dziećmi własnymi.

Jednak, co tam, jest klimatycznie. Napierdalucha jak w Pearl Harbour. Gdybym akurat miała bosmana, to tylko zapięłabym mu płaszcz. Przynajmniej chwilowo wymiotło komary, których jest tyle, że podobno ludzie w pobliskiej filharmonii po skończonych owacjach, mają całe dłonie oblepione martwymi owadami. Rodzi to pewnie wiele nieporozumień, ponoć artyści grają na bis do bladego świtu, podczas gdy chóralne oklaski są jedynie próbami załatwienia brzęczących niedobitków.

Mamy tu własne Lemony Snicket – serię niefortunnych zdarzeń. A zaczęło się w sposób iście gówniany. Równo 1km przed celem podróży, gromada zażądała postoju na siku. Na poboczu otworzyliśmy wszystkie wejścia tostera marki opel astra, dzieciaki rozbiegły się po rowach. Kiedy wróciliśmy się zainstalować na nowo, odkryliśmy, że pierwsze zrobiły to muchy – jakieś 200 sztuk, przybyłe z wielkiej kopy łajna na pobliskim polu.
Tematy okołofekalne nie opuszczały nas zresztą do końca. Kalina na przykład przez część pobytu za cel postawiła sobie wypierdzieć „Laleczkę z saskiej porcelany”. Innym razem, widząc z daleka okrągłe bele siana na polach, zawołała „Och, owce! A nie, to tylko kupy po słoniu...”. Albo gdy człowiek odbywał ważne posiedzenie w kibelku, cała trójka podsłuchiwała pod drzwiami lub przez tunele grzewcze.

Drugiego dnia, jak już wiecie, spłynął na nas remake zarazy. Ledwie co ochłonęłam po ostatniej, a tu znowu biała supremacja Pudrodermem. Jako matka niepoprawna i zrozpaczona, za dnia moczyłam dziecko w ogrodowym basenie, wieczorami malowałam w kropki i nagusieńkie wyganiałam na dwór aby wyschło. Kwarantanna od ludzi czyli też jezior i pieszych wycieczek po przyschnięciu do strupa została zdjęta i tylko dla niepoznaki myliśmy dziecko z białych plam. Co by nie wzbudzać ogólnej paniki, bo ja wiedziałam, że już nie zaraża, a obcy lud niekoniecznie. Zimny chów, zimna woda z jeziora i kąpiele na zimnym wietrze pomogły i to cholerstwo chyba się wystraszyło i wywietrzało prędzej niż poprzednie. Z tego miejsca trzymam kciuki za kobiety z forum zwariowanych mamusiek, które w trosce o odporność dzieci w czasie i po ospie, nie wypuszczają ich z domu przez MIESIĄC.

Jakby mało mi było wrażeń, dnia trzeciego zadzwoniła matka-Halyna z informacją, że druga kocica, Czarna Szmata również wydała na świat potomstwo. No to już jest kurwa arcyniemożliwe! W każdym razie kompletnie odechciało mi się wracać tam kiedykolwiek i w jednym momencie zrewidowałam swoje podejście, uznając, że jednak trójka dzikich, chorobotwórczych dzieci, banda insektów, 3 zmiany gaci + dobrze zmrożona krata browarów w zupełności mogą robić za szczyty wykwintnej egzystencji i zostaję tu na zawsze. 

Nie było mi dane jednak długo żyć bez zwierząt, bo naturalnie, dnia czwartego, przypałętał się do mnie mały kot, który się chwile wcześniej topił w oczku wodnym sąsiadów. A jak znalazł już frajera, co go wykręcił, ogrzał i dał jeść, to nie zamierzał się pożegnać. Na szczęście ktoś go powinął w jasyr po kilku dniach i dzięki temu nie został przypadkiem spakowany do torby. Byłby wtedy dziewiąty.

No i tak sobie dalej stukały stuknięte dni, dużo wody, słodkie lenistwo, grillowanie, dzieci, jezioro, dzieci, rowery wodne, dzieci, dzieci, dużo dzieci, wieżyczka strzelnicza etc. Nie będę Was dalej zanudzać.
A żeby ta notka się chociaż do czegoś przydała, to zamieszczam przepis na genialną przekąskę z grilla:

- CZOSNKOWE MARCHEWKI-
  • kilka marchewek, najlepiej młodych i niewielkich, ale mogą być większe (wtedy przeciąć wzdłuż)
  • masło
  • czosnek
  • czosnek granulowany, przeprawa grillowa, pieprz, maggi, co kto lubi.

Marchewki wysmarować masłem i wyciśniętym czosnkiem, oprószyć przyprawami, zawinąć w folię aluminiową i rzucić na ruszt. Grillować do miękkości. Na zdrowie! I nie chuchać innym w twarz. Jak się chce mieć seks wieczorem.

ugrillowana już marchewka -matka, otoczona gromadką dręczycieli, sunie posępnie brzegiem kąpieliska
córka Hogata
córka Arriva jeszcze przedwypryskowa





M.P. przygotowuje się do skoku przez płonące koło ratownicze
+ 15 stopni ma tę zaletę, że ma się całą plażę dla siebie



piątek, 22 lipca 2011

100 - psychodrama urlopowa - część 1

Wyjazd - dzień drugi:





Czyli dotrzymałam słowa na 100 odcinek :)






 Glitter Gify.com

BLOGU!
c.d. niebawem

piątek, 8 lipca 2011

99 - kino familijne


Dzieci mają tak upiorną fazę, że w tych okolicznościach podniecanie się urlopem jest równie słuszne, co wiara w to, że zespoły Habakuk , Happy Sad czy też inna Majka Jeżowska rodzimej sceny reggae, zaczną wreszcie grać muzykę dla dorosłych ludzi.


Ja nie wiem, może już przekwitam, ale drażni mnie absolutnie wszystko, własne dzieci w szczególności. Widzę dwa obce ciała, które łażą za mną w kółko, waląc się po twarzach, piszcząc, miaucząc, bucząc i bijąc rekordy w robieniu mi na złość. Jeśli więc jakimś cudem uda się nam wyjechać, perspektywa zsyłki z istotami, które polane wodą z jeziora mogą zacząć zachowywać się jeszcze bardziej jak Gremliny, wydaje się przerażająca. 

Zwłaszcza, że doświadczenie poprzednich wakacji uczy, iż żadna ilość alkoholu wypita w województwie wielkopolskim, nie jest w stanie zwalić człowieka z nóg, ani nawet mu tych nóg zwatolić. Pewnie dlatego rdzenna ludność ma ład i porządek w obejściu, na ulicach nie walają się odpadki, nie zalegają żule, wszyscy chodzą uśmiechnięci, a gwarą zaciągają, bo zwyczajnie nie potrafią bełkotać.


No, niestety -  jestem z innych szerokości geograficznych. Już mnie boli, gdy pomyślę o jedynej opcji zresetowania się pod postacią gry do upadłego w chińczyka, małpki i labirynt. Z rozrywek czekają mnie też liczne ucieczki przed naukowcami, bo jak tak na siebie patrzę, mogą mieć podstawy, by mnie uznać za brakujące ogniwo pomiędzy człowiekiem a Potworem z Loch Ness.


Na razie ściągam filmy polecone przez dobrych ludzi na fb. Jeszcze nie wiem kiedy będziemy je oglądać, bo jedyna pora to późna noc, kiedy dziewczynki z „Ringu” i Dejmian z „Omena” pójdą spać. Lecz przecież wtedy będziemy leżeć wycieńczeni w oparach dogasającego grilla.


Ale o tym Babcia Miśnia Wam opowie jak pojedzie i wróci. O ile pojedzie. I o ile wróci.


Buzi!

poniedziałek, 4 lipca 2011

98- będąc młodą lekarka...


Od chwili, w której  jak anioła głos ex męża zadziałał lepiej niż – nie przymierzając – lewatywa z kawy, mam myślówy. Wszystko mi się jakoby, tak po staropolsku, wzięło i zesrało. Norma. 
Czuję się jak w teledysku Annie Lenox, tyle że puszczonym od tyłu, w przyspieszonym tempie. Wiecie, ten klip, gdzie ona z całkiem przeciętnej pasztetowej zamienia się w divę na bazie różnych podkładów, fluidów, eyelinerów, unigruntów, regipsów oraz boa z kolorystycznie niestabilnego ptactwa gospodarskiego.
Tak mnie właśnie obrało z planów i złudzeń na lato. 

Trzeba znaleźć jakieś pozytywy tej sytuacji. Że kolejne tygodnie spędzę w 4 ścianach. Że piątą ścianą jest ściana deszczu za oknem. Że przecież mogę bez żadnego stresu (jakie parcie na ulop?!!) łączyć Pudrodermem punkty na małym ciele w skomplikowane konstelacje. Na spokojnie nauczę koty samodzielnie jeść. Będę miała pod kontrolą ilość ptaków i gryzoni, które Rumba zaraz zacznie znosić dla swej dziatwy, pragnąc zrobić z potomnych morderczy, koci SPECNAZ. Kibel umyję. Podłogę wypastuję. Nagram ścieżkę grindcore z wrzasków nudzących się dzieci. Trza się cieszyć życiem!


sobota, 2 lipca 2011

97 - wynieście swoich zmarłych AKA Wielki Wybuch

Photobucket

Ostatnia nocka w pracy przed urlopem. Cisza, spokój, higiena - myślę sobie naiwnie. Jednak nawet radosna  fatamorgana jutrzejszego urlopu oraz nagły wybuch ciepłych uczuć w stosunku do klientów i kierowców nie jest w stanie ogrzać pomieszczenia w tę kurewsko zimną lipcową noc. Opatulona w koc podłączam grzejnik elektryczny.
BUM! Wywala wszystkie sprzęty w kosmos. Rzeczywiście, śmieszne, kurwa, bardzo śmieszne. Kolejne godziny spędzam w sałacie kabli, listew, dzyndzli i przełączników walcząc z zasilaniem awaryjnym, które zamiast działać od biedy około doby, wydaje dźwięki podobne do EKG na oddziale ratunkowym. Wielokrotna śmierć kliniczna centralki i świdrujący pisk w uszach doprowadza do szału. 
O 3 a.m., bezradna, wykonuję sadystyczną pobudkę telefoniczną na szefie, który przemierza wpół przytomny całe miasto żeby …włączyć ukryty korek. Facet musi mnie teraz nienawidzić. Ale co tam – przecież już za godzinę MAM URLOP!

Rano ze snu wyrywa mnie telefon alarmowy od ex męża u którego od wczoraj stacjonuje mała Wrona. Fotki na poczcie, pełne krost i wybroczyn dają tylko dwie możliwe opcje: albo Mulder & Scully mają materiał na kolejny odcinek, albo fantazje literackie na potrzeby tego bloga przejmują kontrolę nad rzeczywistością. Ospa w pełnym rozkwicie, eksplozja bąbli surowiczych.

Ja się jednak boję pisać te posty. Jeżeli to wszystko dzieje się naprawdę, konsekwentnie oczekuję pogrzebania żywcem, walk w kisielu, pożarcia przez pluszowego misia i wielkiej bitwy Godzilli z Jezusem ze Świebodzina oraz kilku innych zaskakujących zwrotów historii, odnotowanych małym druczkiem w Fakcie, pod zdjęciem pierwszej zmarszczki Ibisza. 

No dobra. Kończę zatem i walę do Wrocławia po odbiór bomby biologicznej. I chyba chce mi się tak zwyczajnie ryczeć z bezsilności. Żegnaj urlopie – ażeby cię obesrało!
GRY