środa, 21 września 2011

115 - jeszcze dwa dni lata

Lato się kończy i przemija sezon grillowy, ale może macie ochotę wykonać sobie lampkę ogrodowo-śmieciuchową? Trzeba tylko pozbierać kilka butelek plastikowych, zakrętek, opakowań po jogurtach etc. i zakupić wkłady do zniczy. Lampki dają kolorowe, ciepłe światło, pełny efekt widać w zupełnych ciemnościach, a fotki robione były w półmroku.

lampka z zakrętek

lampka z jednorazówek
obcinamy butelki, wkładamy małą w dużą i pomiędzy upychamy kolorowe jednorazówki
wersje z korkami na zewnątrz - nawleczone na mocną nić lub patyczki do szaszłyków
lampka z plastikowych ścinków, zakrętek i pociętych opakowań
można przymocować lampki w ogródku na drzewach
lub zawiesić na altanie
można sobie zrobić przeszkadzajki z zakrętek
ze starych kaloszy można wykonać doniczki
Dużo fajnych rzeczy można zrobić ze śmieci. Inspiracje na stronie http://zycierzeczy.pl/ Polecam!


dzwonki wietrzne dla alkoholików rosną w siłę - dla zrobienia tych na zdjęciu, trzeba było wypić aż 312 piw!

wtorek, 20 września 2011

114 - Miśnia po drugiej stronie miasta



Wiem, że ludzi spotykają gorsze rzeczy, ale ja spędziłam przedwczoraj pół godziny na przystanku przy Placu Tuwima.
Był niedzielny wieczór. Surowy dla wszelkiego nieporządku prezydent naszego miasta musiał mieć wolne, co może tłumaczyć stan ścisłego śródmieścia. Myśląc o jakimkolwiek innym mieście, pewnie napisałabym przez duże „Ś”, ale śródmieście Las Węglas można skojarzyć co najwyżej z jakimś rakiem śródpiersia lub, jak kto woli, strzałem w śródstopie. 
Przemierzając moją ulubioną ulicę Moniuszki, której mieszkańcy, sądząc po stanie upojenia, jeszcze przewalają gaże za role we „Wzgórza mają oczy”, starałam się iść samym środkiem jezdni. Po pierwsze ze względu na możliwie bezpieczną odległość od licznych podwórek i bram prowadzących najpewniej do Hadesu jakiegoś, skąd nie miałabym wyjścia z racji braku przy sobie obola (bo jedyny mój majątek stanowiło 2,50 pożyczone od Ani na autobus).   
Po drugie, idąc środkiem, człowiek ma jako taką przewagę nad gołębiami, które wesoło srają z każdego gzymsu.

Kiedy już docwałowałam na przystanek, moja „5” właśnie machała mi zza zakrętu rurą spalinową na dowidzenia. Pozostało mi więc stać w deszczu, który zapłakał naraz nad mym smutnym losem i omiatać trzeźwym wzrokiem pijaną okolicę. Z budynków i zakamarów zaczęły złazić się poczwary. 

Jak na ironię, ostatnio wspominaliśmy w gronie urodzinowym, niejakiego Kolosa z centrum. Kolos to jest taki gość około 140cm wzrostu, cały w więziennych tatuażach, który chodzi po mieście, śmieszy, tumani, przestrasza, wyglądając jak to brzydkie dziecko w stroju góralskim z „Hydrozagadki”. Kolos stał z dwoma ziomalami o skorodowanych gębach i manierach pierwotniaków. Była też z nimi dziewczyna (?), w wieku nieokreślonym tak jak stężenie alkoholu w jej żyłach, widok okropny. Stali zresztą krótko, bo zaraz walali się po trawie coś bełkocząc i krzycząc w powietrze mamrotliwe wyzwiska. Wszyscy byli brudni i niemiłosiernie zachlani, ale to jeszcze nie koniec. 

Nagle gdzieś z zaplecza omiótł mnie smród przyprawiający o mdłości. Szurając nogami, pod wiatę sunął facet o lasce, niemyty od dawna, przeraźliwie brudny, z „opatrunkiem” na nodze, z którego sączyła się śmierdząca ropa. Chłopiec, który stał z ojcem na przystanku o mało nie krzyknął i ścisnął kurczowo rękę taty. Przybysz poczłapał do nich i wymusił na gościu papierosa. Ten poczęstował go zapewne w nadziei, że sobie szybko pójdzie, ale niestety tamten stał i śmierdział do nas chyba z 10 minut, wydmuchując dym prosto w twarz tego 3-latka…

I tak staliśmy w kilka osób w tym odorze, udając, że jest ok, że nie potrzeba żadnej reakcji - nawet w imię komfortu tego małego chłopca, w imię choćby namiastki normalności w tym do cna obrzydliwym mieście. Kryminaliści turlali się po trawie, laska rzucała się na szyję to jednemu, to drugiemu, facet skończył palić, zaniósł się kaszlem, splunął dziecku pod nogi i poczłapał w dół ulicy. Smród unosił się nadal w dusznym powietrzu, chłopiec stał z szeroko otwartymi ustami.   
A w mojej głowie krzyczała hitem sparafrazowana Maryla Rodowicz – „Niepodmywalni”.  Po czym przyjechał autobus-wybawienie... z hulającym na full ogrzewaniem.

The End

Trzeba sprawdzić, czy Tarantino, Rodriguez, Argento i Cronenberg nie mają przypadkiem wałbrzyskich korzeni.

EDIT! 
przepraszam wszystkich czytaczy: oczywiście Sztywny Pal Azji śpiewał "Nieprzemakalnych", pokićkało mi się z Maryli "Łatwopalnymi", bo opary alkoholu nad przystankiem mogły wywołać eksplozję na miarę "Eksplozji" Maanamu. Co za wstyd...

środa, 14 września 2011

113 - Don't be a drag – just be a queen

Photobucket

Żeby nie wyjść na całkiem płytką istotę, mogłabym napisać dziś o rozszczepianiu jądra atomowego i, co za tym idzie, emisji neutronów, ale mi się nie chce i będzie znowu o wyglądzie.

Moja ziemska powłoka przechodzi ostatnio burzliwą, dramatyczną przemianę. Wszelkie eksperymenty z włosami przegnały mnie świńskim truchtem po dziejach muzyki rozrywkowej oraz filmach grozy ostatniego 30-lecia. Po epizodycznym byciu Tiną Turner, przeszłam więc etapy Wodeckiego, Wiśniewskiego, a nawet Roda Stewarta – na szczęście krótko, bo jeśli już bym miała jarać się jakimś kurduplem, to wybór padłby na Limahla. 
Ostatecznie, kiedy już siedziałam na fotelu u Gonza-fryzjera, a on wycinał mi boki maszynką do golenia i przez chwilę byłam Demi Moore z G.I. Jane, utapirował mi z pozostałych szczątków coś na wzór B’52 w wydaniu Kate Pierson, tylko bardziej liche.
Zrobiłam w autobusie małe poruszenie wśród moherów, które popieliły mnie wzrokiem, conajmniej jakby mi wyciął samego Adama Darskiego po bokach głowy, a to przecież zwykłe zygzaki.
Problem pojawił się nazajutrz, kiedy przed wyjściem do pracy, spóźniona i zielona w temacie takich mazi rodem z „Egzistenz” czy „Videodrome”, babrałam się w gumie fryzjerskiej i rozpaczliwie czochrałam gniazdo. Bo, co by nie robić, za każdym razem wychodzi mi Gary Oldman z „Draculi” według Coppoli. Nie pokaże Wam, bo jeszcze nie doszłam do konkluzji czy to dobrze, czy fatalnie, chociaż skłaniam się ku drugiemu.

Jednak gdy się ma tak niewyjściową gębę i urok w stylu Nessie, czyli nikt go nie widział, a ci, co twierdzą inaczej to najpewniej heroiniści, albo pijani szkoccy wędkarze, to, kurwa, nic nie pomagają żadne zabiegi stylistyczne. Musiałabym dorwać tych ludzi, co to nawet z Agnieszki Chylińskiej zrobili obłędną lufę, ale nie chcę wiedzieć ile to kosztuje. Plan B podpowiada, że mogę ich porwać i trzymać w piwnicy, a Inżynier swoimi sposobami zmusi ich do mówienia. Zapasowo, w planie C mam zamiar wpuścić do piwnicy Halynę i niech ona po prostu mówi, a pękną prędzej czy później. Jest jeszcze plan D, że jeśli nie pękną, pęknie znowu jakiś wężyk lub rura, zaleje piwnicę i wtedy wszystko elegancko wyśpiewają.
W każdym razie, otwieram fundusz na odsysanie tłuszczu, nowe balony i inszą facjatę, bo nawet przeszczepiona od jakiegoś nieboszczyka po skoku z wieżowca, prezentowałaby się lepiej. Innych sposobów poprawy samooceny nie znam, a jak znam, to są niezdrowe i się zapiję.

Właśnie siedzę w pracy i tak sobie myślę, odbierając zlecenie na ulicę Żytnią, o ile bardziej to miasto byłoby szczęśliwe, jeśli w zgodzie z naturą jego mieszkańców, pozmieniać nazwy ulic na Żołądkową, Starogardzką czy Wyborową?

Scenka parkowa Jehowa:
Wracamy ze spaceru, na ławce siedzi para staruszków i podejrzanie się uśmiechają. Kiedy ich mijamy, kobieta przechodzi do ofensywy i wyciąga w kierunku Kocura egzemplarz „Przebudźcie się”. 
Jagoda błyskawicznie wskazuje palcem na kubeł i mówi stanowczo:
- Tam jest śmietnik.

Photobucket

włącz dźwięk i KLIKNIJ SE W KONIKA:

czwartek, 8 września 2011

112 - Irena to dziwka

…tak zwykli mawiać ci, co jej nie mieli, a bardzo chcieliby mieć…

Wystarczyło, że poniżej wspomniałam tylko o Irenie, a ta bitch od razu się zemściła.
Mały huragan rozpętał się w moim kiblu, kiedy byłam w pracy, a reszta spała w najlepsze. Pęknięty wężyk od junkersa zrobił w chacie tyle zła, co junkers-bombowiec, wesoło chlustając wodą od sufitu w-c po podłogę piwnicy sąsiada.
Zamiast rzucić się do łóżka po nocce, brodziłam więc w rozlewisku – Dolinie Rospudy kibelka jak ta klempa na bagnach. Klempy podczas brodzenia chyba tyle nie przeklinają, bo inaczej myśliwi mieliby łatwe używanie. Tak na marginesie – to by nie było głupie, o ile przy okazji zlikwidowaliby jakieś 80% społeczeństwa, mierząc celnie do wszystkiego co bluzga na głos i wzywa pod niebiosa wszystkie wszechkurwy macie.

Gdy już z grubsza odessałam morza cieczy, wyrzuciłam rozmokłe kosmetyki i proszki do prania, odklejone regipsy i zalane w trupa papiery toaletowe, Kocuru, przerażony ogromem mokrych ręczników i szmat, włączył pralkę. Po czym spektakularnie jebła zamokła instalacja i na długie godziny zostaliśmy pozbawieni i wody i prądu.
Jakoś się przyzwyczaję do życia jak za króla Ćwieczka, skoro i tak Halyna wiąże drzwi na bandaże, odkrywa penicylinę na serkach w lodówce, a ja nie od parady robiłam klosze na świeczki z zakrętek PCV – pomyślałam, kołysząc do snu gigantyczny wkurw na wytęsknionej poduszce. I zasnęłam z wesołym spostrzeżeniem, że mogę spać do oporu, jeśli teraz będzie ciemno 18h na dobę i nie ma się jak umyć.

Szczęście, że Kocur para się hydrauliką i jeździ w zespole z elektrykiem, bo w czasie gdy śniłam o podstawowych mediach, oni jakoś wskrzesili Frankensteina ze starych kabli i rur.

Co by nie mówić: obraz mojej latryny po tym wszystkim, dopełnia teraz idealnie klimat grozy i 6 stopni na plusie. Można powiedzieć, że mam wręcz niebywałe szczęście, bo np. tacy filmowcy w USA muszą usychać tygodniami na pustyni w Arizonie, czekając na odpowiednie światło i scenerię. A my tu: rach-ciach, jedna nocka z małym grzechotnikiem z Termetu i wnętrze wygląda idealnie jak ten dom z remaku „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”, w którym zamordowano większość bohaterów. Czyli zgodnie z atmosferą kalendarzowo-rodzinną.

P.S. Wszystkie gacie mokre. Irena moczy bieliznę na widok której, zwykłe kobiety ze wstydu się rumienią. Kołysze biodrami w takt tylko sobie znanej melodii, lecz wystarczy na nia spojrzeć, by wiedzieć, że to szlagier…



Scenka religijno-siostrzana:
J.: - o Jezu!
K: - powiedziałaś święte imię, zaraz po ciebie przyjdzie Jezus!
J.: - o Jezu!
K.: - znowu to powiedziałaś, teraz przyjdą tu dwa Jezusy!
(pędzą ciemne chmury, nad Polską przetacza się wołanie świebodzińskiego Jezu, który wzywa na zbiórkę...) 

EDIT:
za chwilę test bojowy pralki. jeśli zobaczycie gdzieś mokrą kobietę w łachmanach, która mruży oczy przy świetle - to będę ja. 

111 - Halinami jesień się zaczyna

Photobucket

Stęsknieni? Nie ma się czego wstydzić! Ja sama tuż po przebudzeniu szybko sprawdzam bloga, tak jestem ciekawa, co też nowego napisałam.

Kto czyta, ten pamięta, że matka-Halyna z sobie tylko znanych względów, wyziera w plener jedynie w sytuacjach absolutnie rzadkich i wiekopomnych. Granice obejścia działają na nią jak okrąg z soli na różnej maści demony. Jej rewir kończy się w progu, gdzie podkłada listwę boazeryjną pod drzwi wejściowe klatki schodowej, żeby wiecznie kręcace się dzieci nie dzwoniły co rusz domofonem. Listwa zapewne została wyrwana kiedyś w szale z przedpokoju, gdy Halyna usiłowała barykadować się przed jakimś nadchodzącym latem czy innym podmuchem świeżego powietrza.
Rodzinna legenda głosi, że ponoć ostatni raz zapędziła się za ganek chałupy, na okoliczność wylewania fundamentów pod Bryłę Doktora Kurmanbajewa i co za tym idzie przylotu UFO, które mierzyło i fotografowało owe dziwo na potrzeby budowy prototypu lotniskowca międzygalaktycznego.

Kto z nią mieszka, ten wie, że m-H. żyje w barwnym świecie fantasy pełnym postaci z „Dlaczego ja?”, „Trudnych Spraw”, a do snu przytula stopkę redakcyjną wyciętą z gazety „Fakt”.

Jest ona również ewenementem na skalę światową jak chodzi o dogłębne przeżywanie warunków pogodowych bez potrzeby wychodzenia z domu. Kiedy mój ojciec, dajmy na to, zasuwa w śniegu po kolana do sklepu, a ja brnę w tym czasie z zamrożonymi w danonki dziećmi na jakimś spacerze i mroźny wiatr chlasta mnie po pysku, po powrocie zawsze okazuje się, że najbardziej zmarzła Halyna. W nagrzanej chacie, w czterech kufajkach, rozpalona jakimś kataklizmem z tvn.
Gdy na zewnątrz upał lasuje mnie i haczkę w truskawkach w jedno ciało, a dzieci na polu właśnie ścięły się w galaretę; kiedy Inżynier nie może powiesić za blokiem prania, bo to wysycha w misce po drodze na sznur, Halyna-matka cierpi największe katusze. W zacienionym, klimatyzowanym przeciągami mieszkaniu, nad szklaneczką zmrożonego piwa.

W sytuacji, kiedy moja wątła psyche kojarzy słowa „jesień” i „skrajna depresja” jako synonim, ciężko się budzić we wrześniu z Halyną na stanie. Ledwie otwierasz oko, a tu złowróżbny krzyk z kuchni:
- Tadziu, 9 stopni! O boże, Tadziu, co to będzie?! O boże! O Jezu! O boże! O Jezu!
Od razu czuję jakbym wpadła ze snu wprost w wyrżnięty przerębel. Już po plecach skrobie mnie pazurem niedźwiedź polarny. A nie, to tylko pies...

Na wszelki wypadek więc, owinięta tym psem, czołgam się do szafek z ubraniami dzieci.
- Ile jest stopni? - pokrzykuje w stronę meteo-medium, Omeny, Kreta i Puszki Pandory w jednym (żeby znowu nie było, że młoda pójdzie do szkoły w piankach i ruskiej uszance).
- 21! - odkrzykuje termomatka, a jej ton brzmi zupełnie jakby właśnie się dowiedziała, iż huragan Irene zmiótł z powierzchni Stany Zjednoczone.
Albo:
- 30 w słońcu! - na modłę „Dobry Jezu, a nasz panie”.

I chcąc – nie chcąc, momentalnie człowiekowi zimno.
Nie przeżyję tej jesieni, muszę się jakoś bronić. Właśnie drukuję na papierze samoprzylepnym skalę termometru zatrzymaną na 36,6. Może tożsama z temperaturą Halyny przejdzie po domu jakoś neutralnie? No chyba, że H. to gad zmiennocieplny, bo wszystko na to wskazuje.
Nie chcę jesieni!

Biały miś,
spierdolił majstra z dachu!
(by Kocuru)


Photobucket

piątek, 2 września 2011

110 - call of beauty


Dziś będzie o samozadowalaniu się zabiegami upiększającymi.
Niestety – nie mogłam tak po prostu przejrzeć się w szybie osiedlowego zakładu fryzjerskiego, bo usłyszałam, że ta pani bierze 7 dych za farbowanie i się wystraszyłam, że za uporczywe stanie przed wystawą, może mnie skasować 35 zł. Musiałam więc po raz kolejny zaufać rozjaśniaczowi Joanna, farbie Garnier i rękom sąsiadki Elżbiety. Czarno-szare odrosty na moim rudym runie zaczęły mnie bowiem niebezpiecznie upodabniać do siwiejącego tygrysa, którego jara minimalizm, bo ma tylko jeden pasek.
W trakcie wielogodzinnego procesu, jaki turkusową, , dymiącą papką z perhydrolu, zamieniał mnie właśnie w rudą bestię w wieku średnim, odkryłam w sobie inkarnację Tiny Turner z czasów „Mad Maxa”:


W ogóle poprawianie natury sposobami chałupniczymi bywa bardzo odkrywcze.
Np. mogę Wam zdradzić domowy przepis na całun turyński: 
1. późnym wieczorem wysmaruj się samoopalaczem 
2. połóż się spać szczelnie owinięty pościelą.
Używam tutaj formy męskiej, bo na Pudlu wyczytałam, że Maciej Dowbor pożycza puder od swojej żony – Joanny i jestem teraz bardzo ciekawa: czy Madonna pożycza ręce od swojego trenera, a Sarah Jessica Parker twarz od ulubionej kasztanki? Czy to kasztanka marszałka Piłsudskiego?
Podobnie, nie rozwiązałam jeszcze zagadki, kto ode mnie pożyczył względnie grzeczne dzieci i je zamienił na dwie zdziczałe małpiatki? Dlaczego pożyczyłam buty od Dody, skoro je zakładam tylko na pracowe nocki i uczę się w nich chodzić, rozjeżdżając się na kafelkach w wc? Z kolei od kogo Doda pożyczyła członka, do którego dokleiła swoją głowę na okładce swojej najnowszej p(ł)yty? I wreszcie – czy męski tors na niej widniejący został podmieniony z moją klatką piersiową, kto ją pożyczył i czemu nigdy nie oddał, bo choć mam chwilową przerwę w szołbiznesie, wszystko na to wskazuje.


Futrzanych bamboszy też sobie nie zrobię, bo jakimś cudem rozsiałam wszystkie małe koty po Polsce i państwach ościennych. Ostatni właśnie pojechał do Jaworzyny. Dwa zgodnie z obietnicą zabrała do Niemiec siorka i kiedy tak jechali z powrotem, robiąc łącznie 1400 km, zabili na drodze bogu ducha winnego lisa. I tak się właśnie bez sensu kręci w tej szalonej naturze.

Natura matka nie jest naturalnie tak szalona jak matka-Halyna, która właśnie zastanawia się nad pancernymi haczykami i zamkami gerda do drzwi kuchennych. Wszystko po to, by ukrócić zapędy Czarnej Szmaty, która po krótkim okresie macierzyństwa czyli remisji szaleńczych zachowań, powróciła do ulubionych zajęć takich jak włamywanie się do różnych pomieszczeń, gdyż posiada talent otwierania drzwi klamką, oraz srania z wysokości. Nie jest łatwo upilnować kota w mieszkaniu, gdzie zamiast prostych rozwiązań moi rodzice zainstalowali system stołków i zapadni do nikąd, bo mają swoje własne, tajemnicze wizje. Zapewne niebanalne dla ich planu znaczenie mają takie drobiazgi jak ten, że na suszarce do naczyń nadal suszy się pojemnik na ziarno dla koszatniczki Sticha, który nie żyje już z piąty rok. No, ale ja się nie wtrącam.

już miałam wpaść w zły humor, gdy wtem! przekąska na działce uśmiechnęła się rozbrajająco...

piątek, 26 sierpnia 2011

109 – glass diet



W obliczu ludowej mądrości, że z wiekiem nie przybywa rozumu, przyjaciół czy kasy, ale za to przybywa na wadze, postanowiłam uknuć autorską dietę. Bez ograniczeń, wyrzutów sumienia, bez zbędnych ćwiczeń i łkania po nocach przed zaplombowaną lodówką. Z powodzeniem stosuję Glass Diet.

Szyba w drzwiach sklepu ABC, jeśli się w niej przejrzeć, pogrubia i skraca sylwetkę, dlatego uczęszczam tam tylko wieczorami po piwo i wychodzą z zamkniętymi oczami, żeby oszczędzić sobie przykrego widoku. Podobnie rzecz się ma ze szklanymi wrotami do mojej roboty. Idąc ku nim, z pękiem kluczy do komnat centrali, widzę naprzeciw rubensowską tłustą muzę skrzyżowaną z Jerzym Urbanem.Dlatego chronicznie nienawidzę chodzić do pracy.
Ale już taka wystawa sklepu warzywnego Witaminka jest bardzo przyjazna rozlazłym babom po 30-tce. Odbijam się w niej łudząco jako całkiem zdrowa lufa o szczupłej kibici, obłędnych nogach i fatamorganie cycka. Jeszcze lepiej wejść do środka i ukazać się sobie w szybie regału na chleb i rogale! Można się w sobie nawet zakochać. Nie polecam jednak nachylania się nad zamrażalką po loda, bo od razu atakuje człowieka widok trzech podbródków i nalanej, lśniącej papy. Tak że – polecam metodę, polecam Witaminkę, do której często wpadam się przejrzeć pod pozorem drobnych zakupów.

Na przykład teraz, kiedy to piszę, miałam skwierczeć w słoneczku, żeby się opalić i zyskać nieco na zajebistości, którą mam w deficycie i tylko będąc marą na odpowiedniej szybie. Tymczasem leżę sobie w cieniu na hamaku, bo zamiast się męczyć, postanowiłam po prostu przejrzeć się na mieście w jakiejś przyciemnianej szybie.
Idąc dalej tym tropem: zamiast trwonić fortunę na różne zabiegi kosmetyczne – przejrzyj się w oknie salonu piękności. Miast golić się niepotrzebnie – odbij nogi, pachy i okolice bikini w żyletce. Nie trać wolnego czasu na mycie – ukaż się w tafli wody z wanny. Przejrzyj to sam. I od razu życie staje się prostsze!

Z innej beczki: koty obróciły moją chałupę w niwecz i kloakę. Wiem, ci, którzy mnie odwiedzają, pewnie pacnęli się w czoło – ona przecież nigdy nie wyglądała inaczej! Koci mocz jest wszędzie, pożarte zostały storczyki, kable, ładowarki, osrane pluszowe zajączki i misie. Te małe istoty wpierdalają za stado pelikanów.

obrazek z genialnej fall.soup.io


W poniedziałek przylatuje specjalna ekipa sprzątaczy z Niemiec „Frau Heidi und Herr Ergowar Katzen Kaput Commando” i zabierają dwa do siebie. Trzeci we Wro. Czwarty udaje niewiniątko u Bobików. Zostaje mi zatem takie coś:


tzn. stwór jest jeden, zdjęcia dwa

Jak kto palec do budki, to dodaję w gratisie Halynę! 
Wypada też pozbyć się jakoś legionu małych pcheł, które buszują wraz z kotami w moim łóżku. Czy je również muszę pokochać, bo to przecież jeszcze bejbi?

Odbyły się też urodziny me. Wczoraj usłyszałam, że to było najlepsze party od czasu balu przebierańców w ni-to-szopie-ni-oborze. Ogólnie zabawa była fantastyczna! Impreza na około 15 osób skoncentrowała się w domku na drzewie, gdzie w blasku wkładów do zniczy, tańcowaliśmy topless do muzyki z telefonu. BTW, telefon po tej imprezie wygląda jak sfatygowany otwieracz do piwa.
Cycków Oli nie zapomnę nigdy :) To najmilsza, najcieplejsza, najbardziej sprężysta rzecz, jaka stanęła na mojej drodze od czasów macanek z Johnnym Depp'em ;)


Konkurs by Soszi:
Co oznacza skrót „Szanowni P.T. Pasażerowie”, widniejący na afiszach w autobusach MPK?
Wstępne typy:
  • Pierdoleni Transwestyci
  • Pijani Troglodyci
  • Pożeracze Trakcji
???
Czekamy na Wasze pomysły :)

P.S.M. - zapraszam do Zupy po prawej.

Z cyklu CENNE ZGUBY klientów taxi: laczek
odebrał

piątek, 19 sierpnia 2011

108 – dobryj deń, dobryj deń, tu twoje radioo, heloł, heloł!


Grzegorz Markowski musi mieć wyjątkowo paskudną żonę, skoro śpiewa:
„gdy patrzę w twoje oczy, każdej nocy, krzyczeć mi się chce!”.
Chyba, że w tekście wraca pamięcią do czasów, gdy jako młody ojciec usypiał nieletnią Patrycję. Żony nie widziałam, więc skłaniam się ku drugiej opcji. Strach myśleć, co mu się chciało, gdy usłyszał jak ona śpiewa! Jeśli to co mnie, łączę się w bólu.

Boli za sprawą mojego psychodelicznego wc radia – wysłużonej Elty w kształcie pingwinka, który złośliwie odbiera tylko ZETkę i Radio Maryja. Kiedy to rano odpalam pod prysznicem, mam ochotę zarzucić mycie i wiać.
Jak nie familiada Markowskich, to pochwała narcyzmu pod postacią:
„Tylko zakochanym w sobie życie daje znak
Zwykle dzielą na połowę codzienności smak
W sercu oceany wspomnień zatapiają świat
Tylko zakochani w sobie znowu pierwszy raz”. 
Kiedy Sylwia Grzeszczuk śpiewa „kupiliśmy prawie wszystko, ale wciąż nie mamy nic” czuję mrowienie jak przy kasie w Tesco.
Zresztą – mam jej po dziurki w nosie, bo obecnie stacjonuje jako czasoumilacz w większości telefonów klientów taxi. „Cieszmy się z małych rzeczy, bo wzór na szczęście w nich zapisany jest” – akurat nie dziwi, gdy o 1 w nocy dzwonię, że 0,5 l wódki „1906” + paczka najtańszych z filtrem dojechała pod adres. Jest to znacznie bardziej zrozumiałe zjawisko niż dotychczasowy „jak anioła głos”, uprzedzający odbiór telefonu przez napraną panią z Palestyny o wokalu Lemmy'ego z Mötorhead.
„I będzie jak dawniej, przestańmy się spieszyć
zacznijmy od nowa, od tych małych rzeczy” – i masz, znów zakupy alkoholowe na ten sam adres…

Całkiem niedawno zaczęłam tu pisać i proszę – to już równo rok pierdolenia głupot.
Żegnam – jeszcze jako 30-latka ;)


Photobucket

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

107 - pozdrowienia z długiego weekendu


Danuta Scenka:
- Proszę taxi pod lecznicę dla zwierząt na Wysockiego.
- A czy będzie jechało jakieś zwierzątko?
- (chwila ciszy) … Tak.
- Tak?
- Tak.
- Mogę spytać jakie? Muszę powiedzieć kierowcy.
- …
- Niektórzy nie wożą...
- Martwy kot.

Scenka II:
- Na Hetmańską. Gabinet weterynaryjny. 
- Będzie może jakieś zwierzątko jechało?
- Tak.
- Piesek?
- Nie.
- Kotek?
- Nie!
- ?
- Królik, kurwa!

Scenka III:
- (trzeszczy w słuchawce) Proszę taksówkę, ale ja jestem z małym pieskiem, czy to nie przeszkadza?
- Nie ma problemu. Dobrze wiedzieć, nie każdy kierowca wozi. 
- Dlaczego?
- Niektórzy są uczuleni, wie pani.
- Hm. A czy ja muszę mieć fotelik samochodowy?
- Jaki fotelik?
- No taki specjalny.
- Dla pieska??
- Jakiego pieska?
- No, małego. Pieska?
- Nie, dla dziecka! Z małym dzieckiem :)

Ależ mnie praca mocno inspiruje ostatnio. Zwłaszcza, że z niej nie wychodzę. Po trzeciej 12-h zmianie w długi weekend, można zarazić się obłędem, choćby przez światłowody.

Gdy naród ma wolne, to go natychmiast opętuje istny pierdolec. Najpierw okupuje markety i kupuje po 6 bochenków chleba i 2 liry wódki na osobę z powodu zamknięcia na jeden dzień osiedlowych sklepów, które i tak będą otwarte. Na wszelki wypadek – wszak koniec świata to święto ruchome. Nie wiem, co oni później robią z masą czerstwego pieczywa, czy dzwonki wietrzne dla chlebożerców, czy karmią króliki z tej lecznicy na Hetmańskiej?
Następnie przygotowują się do święta. Święto Matki Bożej – prawie jak karnawał w Rio! Jak patrzę na tę celebrę, to myślę, że niezła imprezowiczka musiała być z kobiety. Zakład psychiatryczny taxi zmienia się wtedy w Kaanę Galilejską dla klientów, rozmnażając i rozwożąc po mieście całe bagażniki win, wódek i Routów 66 niebieskich. O 3 nad ranem pijana w sztok baba mamrocze przekleństwa, że nie mam dla niej busa na 7 osób, bo ona tu do jasnej cholery z dziećmi małymi stoi. Nieprzytomni faceci uskuteczniają letni chamski podryw, bełkocząc między kurwami, że TU ma przyjechać, do BUR-DE-LU!- z dumnym naciskiem na to słowo, jakby był powód się przyznawać, że są tak obleśni, iż muszą płacić za seks.

lubię nocą chodzić miastem
miasto nocą jest ciekawsze
brudne bramy światła latarń
i neonów blask na dachach
- śpiewała Vespa, ale oni są ze Szczecina i tam ich może ganiać po ulicach co najwyżej pijany Posejdon z trójzębem, a nie – jak tu, nachlana banda dresów z trzema zębami.

Długi weekend” w moim przypadku to nazwa prawie tak przewrotna jak „Armia Zbawienia”. Wszystko się mi już miesza nad tym bladym, pijanym świtem.

Było cymbalistów wielu. Więc Koziołek, mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa.
...
Kolargol to właśnie ja - miś, co zawsze śpiewać chciał. Lecz choć bardzo kochał śpiew, wciąż fałszował pośród drzew. Alpagi łyk i dyskusje po świt, niecierpliwy w nas ciskał się duch.

Za niecałe 3 godzinki, nastroszona kawą i nastraszona klientelą odrywam zad od krzesła i czmycham.

Photobucket

wtorek, 9 sierpnia 2011

106 – dzwonki wietrzne dla alkoholików


Kiedy już człowiek sobie tak popija, to należy znaleźć jakieś praktyczne zastosowanie tego hobby. Umyślnie nie użyję brzydkiego zwrotu „nałóg”, bo czuję w nim złą energię, która od razu przywołuje mało radosne przypuszczenia, że przez umiłowanie piwa, wyglądam obecnie jak Axl Rose i to nie z młodych lat. Jednak rude kłaki + nalany ryj, jeśli kto lubi „Paradise City”, może nie są tak wstrząsające jak Val Kilmer teraz niż w roli Jima Morrisona lub Miki CoMaRurkę pomiędzy „Ćmą Barową” a „Wrestlerem”. Nieważne.

Albowiem, gdybym nie miała własnych zbiorów kapsli i zawleczek, domu pełnego alkoholowych trofeów, skąd, ach skąd bym wyczarowała takie urocze dzwonki wietrzne dla alkoholików? Jasne, mogłabym, przebrana za tłustą białą mysz, zakraść się na tyły ABC i w ogródku piwnym zebrać wszelkie potrzebne rzeczy. Lecz jakoś większą frajdę czerpię z kapsli własnych, okupionych bólem, brzuchem i wypłatą. Przepis prosty jest: bierzesz piwną krwawicę, dziadka do orzechów, kombinerki, kawałek sznurka i robisz sobie dzwonki, które potem wieszasz w sobie znanym miejscu, żeby ci przyjemnie brzdękoliły jak sygnalizacja dla niewidomych: - dzyń, dzyń, nie pij więcej!




Bardziej subtelną formą są dzwoneczki z zawleczek od puszek. Kto tam będzie wiedział, czy oderwałeś je z browarów, czy z puszek po coli? Dlatego można je dla niepoznaki powiesić np. w oknie domku na drzewie. Te dzwonki mają taki miły brzęku ton. Delikatnie sobie szumią jak szuwary, w których się Pudelsi tak kochali czule, że ich nad ranem znalazł rybak w mule. No, polecam.





Pamiętacie jeszcze serial „Dharma & Greg”? Oni tam mieli w swojej japiszońsko-hipisiarskiej chacie takie koraliki na sznurkach, układające się w obraz Mona Lisa. Od tej pory mam fioła na punkcie tego gadżetu. Kiedy pomyślę, ile jeszcze przede mną rodzajów piwa, żeby zdobyć  te wszystkie odcienie i kolory potrzebne na wzór – och, od razu cieplej na serduchu :)



P.S. w następnych odcinkach: Szklane Domy Żeromskiego z butelek po Lechu – kojąca zieleń wnętrza jako lek na strapione nerwy, aluminiowe osiedle- sen złomiarza  z kolekcji  piwnicznej, oraz nowatorska kolczuga antydresiarska z zawleczek po Piaście, na nocne wypady na miacho w wypadku poczęstowania herbatkę i ciepłym słowem.


Miło było, ale lecę coś zjeść, bo pamiętam, że ostatni raz coś pichciłam gdy panierowałam Złotego Cielca. 
Nazdrawie!


105 – working, sleeping, dogging


Czuję jakbym szaleju pojadła. Szkoda, że nie jestem indiańskim srokaczem, mogłabym teraz galopować przez prerię, może bym to wypociła. Tymczasem muszę się męczyć.

Mój problem polega na tym, że jakoś tak naturalnie, traktuję gówniarzy poważnie. W sensie obdarzam zaufaniem i ogólnie mam dużo sympatii do nielotów. Pomimo, że już odleciałam dawno na pterodaktylich skrzydłach w wiek nobliwy, jeszcze mi dzwoni jaka byłam i jak czułam te 15 lat temu. No ale do wszystkich wacków, grill urodzinowy z najbliższymi koleżankami, za wiedzą starych na mojej działce a dzika, pijacka biba ze stadem debili, którzy demolują wszystek w proch, którzy hajcują moimi deskami na domek na drzewie(!) tak, że betonowy grill pęka na pół(!), dżamp bez wiedzy rodziców to jest chyba subtelna, kurwa jego mać, różnica? Czy ja się może mylę? 

Oczywiście to moja wina, zaufanie – głupia sprawa, wiara w prawdomówność i obietnice nastolatków – kompletny kretynizm. Więc do ostatniego weekendu miałam problem z sympatia do nielotów. Ale już nie mam. Trzeba być starym zgredem, stare zgredy mają rację, nie ponoszą strat. I niech mi tylko moje dzieci spróbują zostać nastolatkami, ciężki ich czeka los, unicestwię co stworzyłam. 

Jednocześnie  w pracy mnie rozgrzano do czerwoności, bo dostałam dwie najgorsze zmiany przy długim weekendzie, kiedy inni mają wolne. Wiec się mocno pokłóciłam. Bez żadnego rezultatu i kompromisu w tej sytuacji. Poszłam się dobić w ruiny.

Stoję pośród tego szaleństwa, w zgliszczach zasranego grilla, humor mam lekko, powiedzmy, nerwowy, tik w oku, te rzeczy. Nagle spod ziemi materializuje mi się cholerny pies sąsiadów, waruje skurczybyk już dwa tygodnie pod moimi drzwiami, bo Biba raczy się pierwszą cieczką. I ten sobaka jakoś znajduje przejście pod siatką i dopada mojego psa. On za nią, ja za nimi, mój pies w seksualnym szale spierdala po okolicznych ziemiach. Odganiam psa, pies na dzieci, próbuje je pompować, dzieci piszczą, psy piszczą, ja się wydzieram. No przecież to jest totalne przegięcie, moje wnuki będą merdały ogonami! 
Chyba z kwadrans trwała szaleńcza gonitwa i jak mi się udało wszystkich połapać, pochować, przypiąć smyczą, strzelić batogiem, to już nerwowo nie wytrzymałam i się normalnie bezsilnie poryczałam. W tym czasie mój pies siedział w altanie na... stole, a dzieci rzucały się doniczka z surfinią. Czy ja się już kwalifikuję na oddział zamknięty? 

Poszłam potem do właścicieli sierściucha, nabuzowana jak oranżada po terminie ważności, mówię, że od 2 tygodni odganiamy się od tego natrętnego kundla, że wystawia na nas kły, dzieci strach wypuścić, bo je usiłuje zgwałcić więc miarka się przebrała i trzymajta to kuźwa w chałupie, bo choć kocham zwierzęta, to moja miłość ma w tej chwili wymiar dość tragiczny i zaraz zadzwonię po hycli. Odpowiedź brzmiała: - podaj mi numer, sam zadzwonię, to go zabiorą. 
No ja nie mogę, nie ogarniam tego…

Scenka czatowa:
- możesz użyć metafor w stylu, że wasz związek jest jak niedokończona wałbrzyska obwodnica, że ona jest dla ciebie jak Roman Szełemej, takie tam. Ja bym np. chciała, żeby mi mój facet mówił, że jestem dla niego jak nowa elewacja na Pankiewicza, tak odmieniłam jego beznadziejny żywot odkąd mnie położyli…
(z dziur po kopalniach wesoło śmierdzi siarkowodór, mieszkańcy klaszczą butelkami po nalewkach)


A więc, zamiast komentarza do wałbrzyskich wyborów, mówmy sobie nawzajem miłe rzeczy. Że nasze uczucia do partnera są głębokie jak dziury na Świdnickiej. Że zdemolował nasze serce jak młodzież przystanki po wyjściu z K10. Że przez tę miłość chodzisz odmóżdżony jak student z Polibudy w autobusie linii 2. Że tak cię rozgrzewa, iż chętnie pożyczył(a)byś kajdanki od Kruczkowskiego. Że czekanie na niego (na nią) jest wiecznością jak termin u specjalisty.

Pęczek zdjęć dla odreagowania:
klon matki
siora zastanawia się nad imieniem. skoro były już Rumba, Mamba, Havana, Tequila, to może LaBamba - pełnym imieniem Barlalalalajlabamba?
rozmazana kota
łaaaa! aj fil guud!
hand
made
takie tam
z deszczem


czwartek, 4 sierpnia 2011

104 – Po odejściu od kaca reklamacji nie uwzględnia się

Baner był leniwy i się nie zrobił. Za to "Opowieści z Narnii" - edycja Hrabstwo Rusinowa.
Scenka:
- Taxi (hailsatan), dzień dobry!
- Dzień dobry, jest mąż?
- Tu taxi (hailsatan), witam pana.
- Tak, taxi, a mąż jest?
- Czyj mąż? Dzwoni pan do taxi.
- Pani mąż, męża zastałem?
- Nie mam męża.
- No to kto po mnie przyjedzie? – facet posmutniał.
- Już wysyłam kierowcę…

Zaskakujące, jak wiele osób myśli, że to tak wygląda, albo zaczyna „czy może pani przyjechać na adres…” lub sądzi, że ich jakimś cudem widzimy i dlatego nie muszą mówić gdzie się znajdują, bo przecież „no TU stoją”. No ale poślubiona 70-ciu kierowcom? 

Oglądam Miami Ink. Czysty masochizm. Amerykanie i te ich głębokie przemyślenia w stylu: „ten tatuaż będzie mi przypominał jak kruche jest szczęście i przez co przeszedłem, kiedy w sklepie sprzedali mi zwietrzały popcorn”. „Wąż będzie prowadził mnie we właściwym kierunku w moim życiu”. „Ryba koi symbolizuje chorobę wrzodową dwunastnicy, jakiej nabawiłam się przez lata w Big Mac’u”. „Mój ojciec zginął broniąc naszej ojczyzny w Afganistanie, dlatego chcę jego postać w skali 1:1 na pośladku”. Debile.

Tymczasem w prawdziwym życiu dzieją się rzeczy dziwne. W Hrabstwie jest jakoś po czesku ostatnio, odwrotnie jakby. Kiedy człowiek wychodzi w łikend w plener z butelką piwa poszukując znajomych, oczekuje tłumów i Village People. Tymczasem dostaje Sleeping Village i sam zdziwiony żłopie na ławce. Cisza, spokój, higiena, jakby nikt tu nie pił alkoholu. Butelki w ABC zarastają mchem i pleśnią. Na tyłach sklepu, z resztek wędlin tworzy się obca cywilizacja…
Ale od poniedziałku, ho ho! W poniedziałek zaczyna się istne łikendowe szaleństwo. Na każdej ławce wre życie, w ciemnościach z każdego kąta strzelają kapsle i salwy śmiechu, czuć marychę. Tak jak we wtorek, środę czy czwartek. A wczoraj Krzysiek nawet nabawił się choroby lokomocyjnej w drodze ze sklepu na ławkę i puścił kłaczka w krzaki, co zrozumiałe, bo z zawodu jest fryzjerem (chociaż po tym jak się męczył, wnioskuję, że to był chyba łoniak anakondy). Za to już w piątek życie zamiera do niedzieli włącznie. Ja tego nie rozumiem. Przecież Rebecca Black śpiewała wyraźnie:
Yesterday was Thursday, Thursday
Today i-is Friday, Friday (Partyin’)
We-we-we so excited
We so excited
We gonna have a ball today
Tomorrow is Saturday
And Sunday comes after...wards
I don’t want this weekend to end.
Śpiewała też:
(Yeah, Ah-Ah-Ah-Ah-Ah-Ark)
Oo-ooh-ooh, hoo yeah, yeah
Yeah, yeah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah-ah-ah
Yeah, yeah, yeah
I nikt sobie z tego nic nie robi, co za ludzie!
Wiem, to już suchar jest, dlatego przedstawiam nowe hity skradzione z komentarzy:




i jeszcze tu:
http://youtu.be/TuoLo5SKIZ0


Ogłoszenia parafialne:

Nadal poszukuję chętnych na koty! 
Jeden będąc dotychczas kotką, okazał się być jednak kocurem. Klasyczna pomyłka w stylu Doroty Stalińskiej. Więc jeden czarny kocur – już samodzielny, do oddania na pniu. Oraz jeden tygrysi, samodzielny za jakieś 2-3 tygodnie. Ten ostatni to strasznie dziwny jest, ma bardzo długie łapy, normalnie jak pająk wygląda. W dodatku jest synem Czarnej Szmaty, najbardziej porytego kota wszechświata i różne rzeczy mogą z niego wyrosnąć. Więc jak ktoś ma jakichś nielubianych znajomych, to może sobie tego kota ode mnie wziąć i im zrobić taki chujowy prezent. Ten czarny jest cudowny i polecam! Jedna kotka już się mości we Wrocławiu, dwie czekają na czarter do Niemiaszkowa i ogólnie cała świta sieje mi w chacie spustoszenie, dlatego proszę Was na kolanach – bierzcie to, bo przekraczam subtelną granicę szaleństwa.


Z poważaniem

Napoleon

Z pracy: Goryle we mgle.

Na mojej szopie ukazała się Amy.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Przerywnik taki. No nie mogłam się powstrzymać :)

GRY