wtorek, 4 lutego 2014

132 - lepiej mieć burdel w pokoju, niż pokój w burdelu.

Ten blog jest plagiatem mojego mózgu, a że posunęłam się wiekiem i osłabłam umysłowo, to i z blogiem może być różnie.
Myślę, że to dobre usprawiedliwienie, czemu dzisiaj notka o kutasikach. No bo i niby czemu nie? Organ, jak każdy inny, dajmy na to jak wątroba, tylko tu już nie ma o czym pisać...

Zanim przypomniałam sobie, że małżeństwo to przecie straszny przeżytek i wzięłam ślub, dziewczyny postanowiły zrobić mi wieczór panieński. Byłam przerażona. Wiecie - te wszystkie polskie, kiczowate tradycje: konkursy na weselach, owijanie ludzi papierem toaletowym, tańce z balonami, obowiązkowe wieczory panieńsko-kawalerskie, no - unikam badziewia jak mogę. Ale one się uparły i miałam niewiele do gadania, poza tym zajęta byłam przygotowywaniem na ostatnią chwilę imprezy ślubnej, bo do zrobienia pozostało jeszcze WSZYSTKO, z wyborem małżonka włącznie. 

Dostałam rozkazy i o umówionej godzinie, zestresowana, zmęczona i zła, zjawiłam się na miejscu. Jak już wiecie - nadal mam tę obrożę Rusłana, więc impreza musiała się odbyć gdzieś blisko. Wybór padł więc na moje ukochane ranczo, bo jest tam wszystko, czego potrzeba do życia, czyli święty spokój oraz domek na drzewie, gdybyśmy chciały zrobić remake z moich urodzin i tańczyć topless, skacząc przez okna.

Pierwsze miłe zaskoczenie: dziewczyny postarały się o dekoracje: kwiaty, prawdziwy tron, balony, firanki rozwieszone miedzy drzewami (do tej pory tam wiszą, pełne zaplątanych, zdechłych ptaków ;) oraz jeden z prezentów ślubnych:



Wielki posąg z Wyspy Wielkanocnej! Ihaaaa! Nie wiem ile kobiet ucieszyłoby się z kawałka betonu zamiast nagiego, pląsającego striptizera, ale ja jestem w tej grupie. Zawsze chciałam takie coś mieć!

A potem ujrzałam penisy, morze penisów. Na początek penisobidon i rurki-fiutki, przez które musiałam sączyć napoje, a jeśli tylko zapomniałam, dostawałam karną 50-tkę. Było to zresztą przyczyną mojego późniejszego stanu i problemów z pokonaniem drogi powrotnej przez busz do domu. Rano znalazłam w kieszeniach kilka szpadli, poradnik działkowca z '92, dwie nornice oraz cebulki mieczyków, niewiadomego pochodzenia. Dlatego w przyszłości planuję przenieść działkę do mojego pokoju i wyeliminować takie logistyczne zagrożenia, jak banda pijanych kobiet, turlająca się po nocy, uzbrojona tylko w śpiew i w olbrzymi miecz świetlny w kształcie członka.

 Padłam też ofiarą quizu, w którym wyszło, że absolutnie nic nie wiem o moim mężu, co wróży nam ciekawe życie pełne niespodzianek. Musiałam też wystrugać wielkiego fallusa z kabaczka. Strasznie mi było go żal, bo akurat kolejny miesiąc z rzędu maniakalnie robiłam przetwory na zimę, ale kazały pod groźbą kolejnej 50-tki. Artefakt ten niestety znalazły moje dzieci, kiedy drugiego dnia, zjawiły się na działce. Do tej pory nie wiem, co pomyślały sobie i one i grzybiarze, kiedy pod płotem, na wysokości altany, z krzaków straszył wielki, zielony Wacek.



Impreza była naprawdę przednia! Kocur obchodził właśnie swoje trzecie kawalerskie gdzieś w górach, próbując zneutralizować beczkę bimbru, podczas, gdy my szłyśmy za fallicznym światłem do domów. Której by nie pytać, każda miała własną wersję wydarzeń z tej podróży, ale tradycji stało się zadość i niniejszym cofam swoje uprzedzenia do panieńskich wieczorów, bo nie ma nic lepszego niż dzika zabawa w doborowym towarzystwie. No, może bigos :)

Kilka zdjęć z początku party - na szczęście później się ściemniło więc nie ma zbyt wielu kompromitujących materiałów.


Dama z falliczką

Pierwsze Wacki za płoty

Kierowniczki zamieszania



Gosha skrzętnie maskuje właściwe płyny wodą mineralną

Małgosia na wszelki wypadek już zamawia pod działki 3 karetki pogotowia.

Chill Out, madafaka! - rozkazała na wstępie Sylwestra.




poniedziałek, 3 lutego 2014

131 – Wielkiej, wiejskiej manipulacji końca nie widać, ale jak przetrzymacie jeszcze ten jeden post, w nagrodę czeka Was notka o kutasikach :}




 Bite 3 tygodnie Gucia wyła w drodze do szkoły, przez całe zajęcia i jadąc z powrotem. Oczy miała wiecznie czerwone, a pod nimi fioletowe podkowy, podpuchnięte worami. Wyglądała jak ofiara przemocy domowej i gdyby nie to, że nie mam żelazka, sama mogłam się spokojnie podejrzewać, że ją biję kablem od ustrojstwa. 

Nie pomagały żadne tłumaczenia, zachęty, ani nawet branie głodem. Gdzieś miała towarzystwo naprawdę fajowej Pani oraz zgrai rówieśników. Za nic na świecie nie zamierzała przestawić się z trybu wychowania z dziadkami przy TVN 24, kursie dolara i transmisji skoków narciarskich na harce z dziećmi w kółeczko. W sumie, gdybym była na jej miejscu, w obliczu takiego wyboru, też miałabym to w dupie.

W tym czasie rodzice dzieci z byłej 31, ponownie przegrupowali się w antysystemowe bojówki, tym razem w partyzanckiej walce z psychicznym kierowcą PKS Świdnica. Ten bowiem akuratnie przeżywał kreatywny, wariacki szub i dostarczał nam nieprzeciętnej rozrywki.
Zaczął od dylatacji i czasu rozumianego jak w przypadku Paradoksu Bliźniąt. No bo skoro inaczej czas płynie tu na ziemi, a inaczej w przestrzeni kosmicznej, to niby dlaczego miałby płynąć tak jak w reszcie kraju, na przystanku przy ul. Bystrzyckiej?

Przyjeżdżał po bandę o której tylko chciał i pomimo nadal wiszącej na przydrożnym drzewie kartce z godziną odjazdu 7.35, raz było to 7.20, innym razem 7.50, ale – zaiste, nigdy planowo. 

Trzy ma być liczbą tą i liczbą tą ma być trzy. Do czterech nie wolno ci liczyć, ani do dwóch… masz tylko policzyć do trzech. Pięć jest wykluczone…

Kiedy już się zjawił, ani myślał czekać na ładunek, który jeszcze nie dotarł na przystanek, bo np. było 15 po. W sekundę odjeżdżał, nie czekając aż te, które zdążyły, usiądą. Dzieciaki przewracały się jak klocki domino, a na samym spodzie tej dzieciowej pulpy, leżała i tak już płacząca Jagoda. Ona wraz z siostrą zawsze zdążały na przewóz, bo przezorny Inżynier, na wszelki wypadek, zaprowadzał je na przystanek zanim pierwszy kur zapiał.

Wszystkie próby zwrócenia panu uwagi, kończyły się pyskówkami, bo facet lubił sobie pokrzyczeć i na dzieci, i na dorosłych. Telefoniczne i pisemne skargi do szkoły stały się dla nas codziennym, obowiązkowym rytuałem, pomiędzy obklejaniem dziecka poduszkami, co by się nadto w transporcie nie poobijało a modlitwa do Św. Krzysztofa, żeby spuścił z nieba ITD i zabrał typowi prawo jazdy.

Koordynatorka przewozu bezradnie rozkładała ręce i wyglądało to tak, jakby szkoła nie miała żadnego wpływu na przewoźnika. To zupełnie tak, jak w przypadku, który gdzieś tu kiedyś opisałam, że firma bieliźniarska daje ci próbki gaci, których nie zamawiałeś, a po miesiącu przysyła wezwanie do zapłaty półtorej stówy za niechciany prezent, strasząc komornikiem, który zedrze zaraz z człowieka te majciochy, a jak chcesz jakiejś reklamacji i odesłania towaru, to znajdujesz tylko adres korespondencyjny gdzieś w Burundi.

Po wielotygodniowym monitowaniu, specjalnej petycji, marszu milczenia i wysadzeniu się w powietrze pod Urzędem Gminy kilku rodziców, zmianę kierowcy uzyskaliśmy gdzieś w okolicy listopada.

Tymczasem Kalina, która jest bytem na wskroś anarchistycznym, musiała się przyoblec w skórkę opiekunki młodszej siostry. Każdy, kto zna moje starsze dziecko wie, że nie odróżnia ono przodu od tyłu, lewej od prawej, nie od tak, dnia od nocy, czy prostych poleceń od wykresu kołowego. Jak kto nie zna i nie wierzy, ilustruję poniżej ślubnym zdjęciem, na którym widać wyraźnie, że wytyczne Cioci Heidi „sypać płatkami na Parę Młodą” zrozumiała jako „zabić Wojciecha koszykiem, natychmiast”.



Równie dobrze więc, mogłabym powierzyć młodszą Wampirowi z Zagłębia lub po prostu wrzucić ją w przepaść, ale cóż, nie miałam specjalnego wyboru. Wolałam jednak, mimo wszystko, nie wyobrażać sobie, jak dziewczyny sobie radzą, kiedy skazane na siebie muszą się nawzajem ubrać i zdążyć na powrotny autobus. Miałam nazbyt bogaty materiał doświadczalny w postaci obserwacji walk domowych i zawsze widziałam oczami wyobraźni, jak jedna dusi drugą w szatni sznurkiem od worka na kapcie, dajmy na to.
Niemniej jednak, trzeba Kalinie oddać honor, bo po swojemu wywiązuje się ze swoich nowych obowiązków i jak do tej pory nie przywiozła mi ze szkoły żadnej obcej dziewczynki.

c.d.n.

130 – Wielkiej, wiejskiej manipulacji cz.II


 No to pośmiałam się z Kocura w poprzedniej notce... a potem zgubiłam się z dziećmi w lesie. Na szlaku na Klasztorzysko, który przemierzałam chyba z tysiąc razy w życiu, w drodze na spacery, na grzyby, na ryby, na kleszcze i chuj wi, co jeszcze. To jest zupełnie niemożliwe i jedynym wytłumaczeniem tej sytuacji jest tylko jakieś złośliwe zaklęcie Kocura. Straszny miał ze mnie ubaw, doprowadzając mnie do łez po raz piąty zadanym przez telefon pytaniem: "Gdzie ty teraz jesteś?" - no jak, gdzie jestem? W lesie, kurwa! Przecież gdybym wiedziała, gdzie dokładnie jestem, to bym się sama znalazła, bez jego uprzejmej pomocy, zamiast przeżywać swoje małe Blair Witch Project! Rzeczywiście, nie wiem jak i gdzie ja polazłam, ale dosyć długo brodziłam z dziewczynami w jakimś bagnie,
a jeszcze musiałam do końca dnia pokornie słuchać drwin ze strony Krzyśka Rapy i osobistego męża.





Ale do rzeczy.



Pierwszego dnia szkoły pojechaliśmy z Kocurem za padłem na kołach, które właśnie porwało nasze dzieci w jasyr ościennej gminy. I już po wyjściu z samochodu nastąpił krach. Jagoda, która od dobrego roku wyła z radości na myśl o pójściu do szkoły, której największym marzeniem była edukacja, zupełnie jakby w domu chodziła w burce, a ojciec więził ją w chałupie (co fakt, to fakt – stary wygląda jak Talib i czasem w miejscach publicznych ludzie patrzą ze strachem, czy zaraz nie krzyknie „Allah Akbar!”), ta sama Jagoda zupełnie się rozkleiła. Moje dziecko rozpadło się na kawałki i po prostu zastygło ze strachu przed tak wielkim skupiskiem ludzi, stojąc w kącie i płacząc, ile sił w płucach. Normalnie paraliż, stupor i zero kontaktu. I tak miało już pozostać.

Dzień drugi. Rankiem musieliśmy dowieźć do szkoły jakieś dokumenty, a ja bezmyślnie poprosiłam Kota, żeby zajrzał do klasy Jagody. To był błąd. Kiedy zobaczyła ojca, to uderzyła w taki ryk, jakby ją pani tam na żywca ćwiartowała. Uciekliśmy więc stamtąd bez niej, za to z jej przerażającym wyciem w tle i z przepastnym poczuciem winy, że chcąc przecież zrobić dobrze, ulegając zwykłej ściemie 5-latki, zostaliśmy oprawcami własnego dziecka i nawet zaczęliśmy się poważnie zastanawiać, czy aby oboje nie jesteśmy z Sosnowca.

Stojąc potem za ladą Witaminki i ważąc czternastej staruszce 2 kg kartofelków, jednocześnie spychając ją ze schodów na niby i zadając w myślach celne rzuty tymi to ziemniakami, 
 w pełnym stresie oczekiwałam powrotu dziatek z tajnych kompletów. 
Padre Inżynejro zaoferował się prowadzać i odbierać dziewczyny z przystanku, co szybko wykorzystałam, bo niechybnie był to znak, że po śmierci Mamy wreszcie wytrzeźwiał, a że zajęło mu to dobrych kilka miesięcy, istniała obawa, że stracony czas zapragnie nadrobić kolejnymi wynalazkami. O ustalonej porze, dziadek pomknął na przystanek, a po chwili dostałam od niego telefon, że …wszystkie dzieci wróciły, ale jakby nie moje. Nie ma ich! NIE PRZYJECHAŁY! Przepadły!


 Jeszcze tego samego dnia, w szkole zapewniano nas, że wszystkie dzieci wracają o tej samej porze, tym samym, do chuja wafla, autobusem! Zaczęłam więc dzwonić do szkoły, a kolejne panie podawały mi numery i przełączały do kolejnych pań i pomimo kilku takich słodkich pogawędek nikt nie wiedział, gdzie są moje córki. 


Kiedy zaczęłam już schodzić na zawał, wreszcie oddzwoniła wychowawczyni Kaliny, że ta czeka na siostrę na świetlicy, bo PROGRAMOWO ZERÓWKA MA 2 GODZINY DŁUŻEJ ZAJĘCIA niż inne klasy. Po chuj? – spytacie. Nie mam pojęcia. Sytuacja przedstawiała się następująco: autobus odjeżdżał o 13.00, a Jagoda kończyła zajęcia o 13.15. Tym samym, Kalina, której wbiłam do głowy, że mają podróżować razem i ma się opiekować swoją rozklejoną zupełnie siostrą w nowym, obcym, leżącym na samym końcu świata, miejscu, no więc Kalina, która skończyła zajęcia po 11.00, która i tak czekała blisko 2 godziny na autobus, miała czekać na następny o 15.00. Kurwa, czysty absurd – dzieciak kończy po 11.00, a w domu jest przed wieczorem?! 
Jeszcze raz zatem zadzwoniłam w te same miejsca i oświadczyłam, że zwalniam młodszą te 15 minut wcześniej i stosowne pisma, prośby, oświadczenia, cyrografy, zgody i inne na piśmie dziecko dostarczy jutro.
 
Dnia następnego, nieco spokojniejsza, robiąc sześćdziesiąty kurs pomiędzy lodówką z nabiałem a ladą sklepu - podkreślam - samoobsługowego, bo akurat trafiła mi się babcia-sadystka: „i jeszcze masełko”- kiedy właśnie przyniosłam jej mleczko i położyłam na ladzie, „i jeszcze jogurcik”, kiedy właśnie przyczłapałam się z masełkiem,


w każdym razie zmierzałam do tego, że nieco spokojniejsza oczekiwałam na dzieci, mające przyjechać autobusem odjeżdżającym o 13.00.

Płonne moje nadzieje! O 14.00 zadzwonił Inżynier, że moich dzieci w autobusie nie było. Struchlałam. W tym samym czasie, do sklepu zaczęli wbiegać kolejno spanikowani rodzice, których dzieci również na przystanku zabrakło. Marne to pocieszenie, że innym też zgubiło się dziecko, ale zawsze. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że niekiedy człowiek sam wsadziłby gówniarza w taki one way ticket PKS i właśnie kiedy akurat nie ma takiej potrzeby, ten magiczny, znikający dzieci wynalazek sam się wyczarował i odpalił do działania. 
Wszyscy zaczęliśmy więc dzwonić do szkoły i latać bez ładu po dzielni. Wtem! Zagadka się rozwiązała! Pan kierowca nie wysadzał dzieci zgodnie z miejscem zamieszkania, ale akurat tam, gdzie – nie wiem, aktualnie mu po drodze odjebało. I tak te z Osiedla wysiadły w Dziećmorowicach lub na krzyżówce, te z Dziećmorowic na Osiedlu itd. Po prostu kpina. Niemniej jednak, kiedy po wielu bólach, te inne dzieci się w końcu znalazły, moich nadal nie było, bo pomimo dostarczenia tych wszystkich zgód i oświadczeń… Kalina nadal czekała na siostrę i odjeżdżały dopiero o 15.00. Kuuuuuuurwaaaaaaaaaaaa!!!

Kolejnego dnia, kiedy rankiem osobiście wręczyłam dziwolągowi za kierownicą pełna listę dzieci wraz z przypisanymi przystankami, dzieci przyjechały wreszcie wszystkie, tyle że… coś około 16.00, bo pan mam-coś-z-deklem-kierowca… zgubił drogę i pojechał na jakieś inne wiochy, zamiast kierować się na tę największą – Wałbrzych.

A to był dopiero początek…
c.d.n.

niedziela, 2 lutego 2014

129 – Wielka, wiejska manipulacja.




Początkowo w tym miejscu miał być post o moim rokendrolowym wieczorze panieńskim, ale tyle tych imprez, że mi się tu zaraz samymi oparami nawalicie, to zrobimy małą przerwę. 

Jako, że ten mały, wredny chuj zamknął nam, o ja przepraszam! przeniósł nam podstawówkę w samo serce cygańskiego getta, gdzie w pierwszy dzień września, zszokowani, odkryliśmy pokoik dla wózków dziecięcych mam-gimnazjalistek, musieliśmy zacząć szukać innej szkoły. Kryteria były następujące: 

     1. Żeby miejsce i obyczaje były zdecydowanie mniej pojebane niż w radosnym romskim taborze, gdzie na imprezie integracyjnej dla dzieci, Olaf stracił portfel i telefon, a pani dyrektor w nieukrywaną dumą w głosie chwali się, że właśnie w ubiegłym roku ZDJĘLI KRATĘ pomiędzy gimnazjum a podstawówką.

   2. Dojazd – co by nie trzeba było konnym wozem, którego nie mamy, ani brońciepanieboże komunikacją miejską, której zawartość w tym mieście to na bank wielki performance jakiegoś artysty-kokainisty.

   3. Jak już z pięćdziesiąt razy nadmieniałam, lubię jak jest swojsko, szukałam więc szkoły-kalki 31, z dobrymi wynikami nauczania, bezpiecznej, klimatycznej itd.

No i w ten oto sposób zawędrowaliśmy do pobliskiej gminy, skuszeni ofertą i cukierkowym wręcz zaproszeniem na Dni Otwarte. Teraz co prawda jestem pewna, że zarówno za ulotką, jak i całą otoczką imprezy stał jakiś amerykański czarodziej-kaznodzieja (Marcin Sz.- pozdrowienia!), bo byliśmy tak oczarowani, i nie chodzi mi tylko o tony ciast domowej roboty (pewnie naszprycowanych otumaniającym dragiem),
 że jakby nam kazali tam zaszczekać, to byśmy zaszczekali. Co prawda trochę mnie wkurwili, bo z prędkością światła wydrukowali ulotkę okolicznościową, z moim kurwa mać zdjęciem, co przypomniało mi bolesny wałbrzyski fejm i wszystkich mych psychofanów, ale pal sześć.

Przesympatyczna pani dyrektor i ogólnie cała kadra z przyklejonymi uśmiechami, jakby dopiero co wrócili z planu teledysku T.Love „Jest Super”. Warsztaty w panelach tematycznych dla dzieci i dla rodziców. Genialne przedstawienie artystyczne ultra zdolnych dzieciaków. Wszystko idealne. Takie wiecie, trochę „Żony ze Stepford” razem z „Truman Show”. Nawet przebiegli się po wiosce i nagonili staruszek na siłownię, żeby wyszło jakie to nowoczesne społeczeństwo mają, a jakie wysportowane. Babcie, które jeszcze chwilę przedtem ganiały koguty po obejściu, teraz zapierdalały aerobik, zachęcając nas jednocześnie na końcówce oddechu, do skorzystania z nowiusieńkiej hali sportowej, siłki, placu zabaw, biblioteki, no brakowało mi tylko jaskini orgazmu i baru.


I co, dziecka byście nie zapisali? Zwłaszcza, jeśli jedno prawie zsikało się w galoty z radości z chwilą przekroczenia biblioteki szkolnej, a drugie (dotychczas przecież półdzikie) w momencie wyjścia z progu budynku (to musiała być sprawka jakiegoś gazu bojowego), zapomniało, że ma starych i poszło na kucharkach wymuszać herbatę. Samo! Skuszeni zatem tym wszystkim oraz zapewnieniami wójta, który roztoczył przed nami wizję szczęśliwej krainy rodem z gazetki Jehowych, o niezawodnym przewoźniku, o super średniej nauczania i ciul wie, czym jeszcze, zapisaliśmy grupowo dzieciaki osiedlowe do kolejnej (trzeciej już) placówki oświatowej.

Wiecie co? Na serio bardzo chciałam dokończyć tego posta, ale jestem zmuszona przerwać i zostawić Was w radosnym oczekiwaniu na chujozę, jaka nastąpi później. Muszę lecieć do lasu, żeby podglądać Kocura. 

Gwoli wyjaśnienia: mój chłop od jakiegoś czasu, spośród swego bujnego kącika hobbystycznego, wyodrębnił zamiłowania survivalowe. Łazi po górach, kompulsywnie nabywa noże i siekiery, rozpala ogniska w deszczu, jada surowe wiewiórki i odchody leśnych zwierząt. Strasznie się z niego śmiejemy, a Ciocia Krysia, którą wczoraj podstępnie zwabiłam na wino w nocy, zaryzykowała tezę, że on ucieka do lasu, bo po prostu się mnie boi. I w tym lesie siedząc i chlipiąc jak w poprzednim poście, poddaje się terapii. Czyli siedzi w kucki, zapisuje swoje lęki na karteczkach, a potem zakopuje negatywne emocje. W drodze do domu szybko smaruje się pod oczami korektorem, żeby zamaskować ślady płaczu, pierdolnie się ze trzy razy w jakąś kałużę, okadzi dymem z przenośnej kadzielnicy, po czym taki ubłocony, woniący, jakże męski, wkracza do chałupy w odsłonie „Bear Grylls po wyprawie”. Tymczasem w lesie powstają tajemnicze hałdy z zakopanych karteczek pełnych złych emocji. Tak więc biegnę sprawdzić, czy Ciocia ma rację.



c.d.n.

GRY