piątek, 3 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział VII



Matka Polka w szponach wiary


Nie planowałam zapisania dziecka na religię. Ale nie zdążyłam zaprotestować przeciwko wcieleniu córki w stadko Pasterza, bo widocznie w kraju, w którym wydaje się milion złotych publicznych pieniędzy na prywatną imprezę obrońców krzyża, wyznanie katolickie dostaje się w gratisie do numeru Pesel.
Przebyty z matką-Halyną burzliwy spór ideologiczny, wobec późniejszych wydarzeń, był więc pozbawiony większego sensu. Wyraz jej twarzy, gdy oznajmiałam plan dalszego radosnego życia w pogańskim obyczaju wraz z dwiema nieochrzczonymi córkami, był ciężki do opisania, nawet przy użyciu moich ulubionych zdań tak wielokrotnie-wielokrotnie złożonych jak system mebli Ikea do samodzielnego montażu. W ogóle nie trafiały do niej moje argumenty, że przecież nie chodzimy do kościoła więc nie będę się wygłupiać z katechezą, że szanuję inne poglądy, ale niech że nie będzie napastliwa, że duch ekumeniczny jest mi obcy, bo rano wyglądam jak przyjaciel wesołego diabła etc.
- Mam ciśnienie! - syknęła nieutulona w żalu Halyna, dając tym dyskretnie do zrozumienia, że jak będę szła do pracy, dzieci mam powierzyć chyba krasnoludkom.

Czekałam pod salą zabaw i rozkoszowałam się dziwną ciszą, która płynęła przez dziurkę od klucza. Inni rodzice byli tą ciszą wyraźnie zaniepokojeni. Wiadomo, że jak dzieci nic nie robią, znaczy, że robią coś złego. Nie powiem, mi też przez głowę przeleciała czarna myśl, że dzieciaki zrobiły coś niestosownego z panią wychowawczynią i jakoś tak przypomniała mi się scena z „Barbarelli” jak stado upiornych laleczek sunie na Jane Fondę i gryzie ją dotkliwie kłapiąc zębatymi paszczami.
Ktoś nawet pobiegł na górę, żeby sprawdzić, czy klasa nie ma zajęć gdzie indziej. Ale nie, grupa była w sali zabaw, zupełnie cicho siedzieli po turecku, a pośrodku tego kółeczka stała pani od religii i mówiła coś ściszonym głosem. Za kilka minut zaczęły wychodzić dzieciaki. Patrzę na moją córkę i myślę sobie, no rzeczywiście, chyba tylko dzieciątko Jezus jest w stanie tchnąć w tą dziewczynkę trochę pokoju i umiłowania bliźniego. Może niech chodzi na te zajęcia dopóki  nie zobaczę, że zdradza jakieś symptomy brainwashing?

A potem wyszła córka. Z religijną pieśnią na ustach „Serceeem kocham Jezusaaa, serceeem kocham Jezusaaa!”...
- Jak było dzisiaj, kochanie, co robiliście?
- Serceeem kocham Jezusaaa!
- Hm. Nie płakałaś jak wczoraj?
- Serceeem kocham Jezusaaa!
- Grzeczna byłaś, tęskniłaś za mamusią?
- Serceeem kocham Jezusaaaaa...
i tak ze dwie godziny.

Nie ma co, katechetka ma siłę przebicia. Gdzie ona była, kiedy próbowałam wyperswadować mojemu ojcu, inżynierowi Misińskiemu, że sklejanie mebli szarą taśmą do pakowania lub robienie łopaty do odśnieżania z ulubionej stolnicy mamy, nie jest dobrym pomysłem? Albo kiedy robiłam sobie trwałą ondulację?!
Al-kita-bu-azazel-ruhe! - wycharchotałam po aramejsku i córka ściszyła swą pieśń. Przed oczami miałam natrętne wizje, w których Kalina koczuje na Krakowskim Przedmieściu i z zapałem dzierga na drutach moherowe ocieplacze dla dziarskich staruszków. A tak się składa, że Kocuru jest właśnie w Wa-wie na delegacji i był pod pałacem oglądać to dziwo. Przez telefon relacjonował szokujące obrazki układające się w spektakl sajko-dramatico, godny samego mistrza Lyncha.
I jeszcze raz tego dnia przeszły mnie ciarki, gdy Kalina wygrzebała taką zabawkową trąbkę i zaczęła na niej wygrywać, bez cienia przesady, pierwsze takty „Dobry Jezu, a nasz Panie”...

Jak to dobrze, że już weekend! 

Jagoda i Lucjusz Kotowie








czwartek, 2 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział VI



Jak słodko zostać świrem!
  


Czwartek, 2 września 2010r.  Nad bladym ranem zwlekłam swoją bladą padlinkę z centrali taxi przed oblicze rozklekotanego niemniej jak ja autobusu linii 33, z dotkniętym obłędem kierowcą w środku. Podróż pełna scen z klasyków Hitchcocka, podczas której m.in. prawie przejechaliśmy kota, doprowadziła mnie przed próg Strasznego Dworu vel domostwa. Skradając się w ciemnościach z naiwną nadzieją, że pacholęta śpią jeszcze, już u drzwi łazienki, usłyszałam słodki szczebiot pociech mych: "Mamoooo, jeeeść! Siku! E,e! Ała! Kici-kici!".  Oraz plask kota Lucka, który stanowi od jakiegoś czasu materiał treningowy dla Jagody, pragnącej wystartować w lidze żłobkowej NBA.

Nakarmiwszy, przewinąwszy, napoiwszy i uspokajawiwowowszy gromadę, pospiesznie próbowałam się doprowadzić do stanu używalności i umyłam głowę z roztargnienia w kuble wody z ostatniego mycia podłogi w 1994r. Przebrałam też starszego potwora za grzeczne dziecko, używając modnej w tym sezonie tuniki w marynarskie pasy i czarnych, zgrzebnych spodni, prawdopodobnie od piżamy. Dla niepoznaki, na włochatej głowie uplotłam jej dwa niewinne kucyki.

Ponieważ nie spałam po upierdliwej nocce w pracy, w drodze do szkoły mamrotałam pod okopconym fajkami nosem jakieś mantry, że taksóweczka czeka i jaki adres i w ogóle, jaką wódkę ma kupić kierowca? Dziecko nie mogło doczekać się szturmu na salę zabaw, na której pragnęło od zawsze bawić się w pożogę i zniszczenie, no to byłyśmy wcześniej i sterczałyśmy bez sensu pod szatnią chyba ze 20 minut, które mogłabym przecież już dawno wykorzystać w sposób nieprzyzwoity z Morfeuszem. Ostatecznie porzuciłam mesKalinę w placówce opiekuńczej i modląc się w duchu o opiekę nad wątłymi murami szkoły 1000-lecia im. Gustawa Morcinka und Łyska z Pokładu Idy, podczas trzęsienia ziemi i żeby ruchy tektoniczne nie dotarły na Południe Osiedla, bo Ja Tam, Kurna, Zamierzam Spać, runęłam w poduchy.

Zbudził mnie krzyk. Jagody. Pamiętała dobrze nauki starszej siostry, że mateńkę trza budzić siłą głosu odpowiednią tembrowi Celine Dion tuż po komunikacie, że Titanic tonie i że za piosenkę promującą film, dostanie tylko 25 dolców . Wskoczyłam w spodnie (chyba ojca) i pobiegłam do depozytu odebrać córkę.
Widok przykry był. Posród spokojnych, pilnie kończących kolorowankę dzieci, stała ci ona, z glutem po sam pas, w stanie ulubionego amoku i transu pt. Nic Do Mnie Nie Trafia. Chlipała i wrzeszczała, bo nie zdążyła skończyć malować i nigdzie stąd nie pójdzie i świat jest do dupy. Ciśnienie moje osiągnęło pułap tak wysoki, że gdybym miała możliwość podłączenia się do tej maszynki miarującej parametry pulsu, której moja mama używa w celu wykręcania się od opieki nad wnuczętami, ta wystrzeliłaby radośnie w kierunku pierścieni Saturna (mówię o maszynce, Halyna ma chorobę lokomocyjną). Myśl, Miśnia, myśl - nie daj się ponieść, myśl o rzeczach PRZYJEMNYCH, o muzyce Pixies myśl, o nocach na Klasztorzysku, o pizzy "4 sery" z Biedronki...

Cóż było robić? Po długich pertraktacjach, w końcu obezwładniłam młodą i doprowadziłam na miejsce meldunku. Niestety,srogi humor  nie odpuścił i co gorsza udzielił się krwiopijczyni młodszej. Więc dzieci piszczały i wyły, tupały, wydawały ultradźwięki, a z mej gardzieli jątrzyły się przy tym dźwięki niepogodne, informujące wszystkich sąsiadów, że jestem w głębokiej... niedoli.

Byłam tak rozsierdzona, że już sama nie wiedziałam, do którego ojca mam zadzwonić najpierw. Bo trzeba Wam wiedzieć, że wywodzę się z rodziny o tak głęboko zakorzenionym w tradycji  patriarchacie, że ojciec jest dobrem nadrzędnym więc mamy ich wielu, u mnie przypada po jednym, osobnym, na dziecko :) Ostatecznie zadzwoniłam do ojca proboszcza i dopiero kiedy wyrzuciłam w słuchawkę ostatnie 2 hity Behemota, zrobiło mi się tak jakoś lżej na wątrobie (której nie mam).

A jutro od nowa...

Amen.


środa, 1 września 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział V



Matka Polka zagląda w krater Wezuwiusza


Drogi Pamiętniczku! W poprzednim odcinku zajęłam się (zupełnie bez celu i sensu, ale to cała ja) dumaniem nad tym, dlaczego dzieci mogą bez umiaru i uszczerbku zajadać się świństwami zdającymi się być pochodnymi odrdzewiacza, wc-pickera i lakieru do paznokci, a my nie. Oczywiście boleję nad tym, bo o ile bardziej ekonomiczne by było moje życie, gdyby zamiast szlachetnych trunków, można by strzelić sobie lampkę petrygo lub odżywiać się samym glutaminianem sodu. A tak – bankrutuję w tesco przy kasie pełnej żywności drogiej, choć jakościowo bliższej śruty dla zwierząt, a desperados (o zgrozo!) kosztuje 4,15 zł.

No, ale porzućmy te pokarmowe dywagacje, bo wiem, że tego bloga czytuje moja Ciocia Krystyna, która zawsze dziwi się, że ludzie marnują tyle czasu na rozprawianie o jedzeniu, gdyż sama je jak ptaszek (i to bynajmniej nie marabut) a mimo mych usilnych prób zmiany jej nawyków, pije też drastycznie mało alkoholu.

Wróćmy do Baudelairowskich Kwiatów Zła czyli istot zwanych dziećmi. Mój starszy wysysacz energii - Kalina, właśnie zaczęła „zerówkę”. Jakie to niesprawiedliwe, że człowiek dopiero co zacieszał i nie posiadał się ze szczęścia, że opuścił mury szkoły i może teraz na legalu zapomnieć wszystkie cenne informacje, jakie musiał wykuwać z książek, a tu rach-ciach i znów tam muszę łazić i (chroń mnie, Hern!) ślęczeć nad tym samym z własnym dzieckiem!

 Strasznie mnie nurtuje, kto o zdrowych zmysłach zostaje pedagogiem, skoro mądrość ludowa głosi, że dzieci są jak pierdnięcia – da się wytrzymać tylko z własnymi.
Z tego miejsca serdecznie współczuję wychowawczyni mojej córki. Nie chcę sobie wyobrażać, jakie mysli bedą nie raz kłębić się w jej głowie, skoro ja wielokrotnie prawie implodowałam jak wielkie szambo, próbując powstrzymać zszargane nerwy. Bardzo tej Pani jestem wdzięczna za wzięcie choć części egzorcyzmów na siebie, chociaż przecież wcale się nie znamy i nie wisi mi żadnej przysługi.

5-latek idzie w tryby machiny, wszyscy się cieszą, ZUS już liczy zyski. A ja siedzę zdjeta strachem, że dopiero wyjdzie prawdziwa natura mojego dziecięcia. Dotychczas złe moce zataczały kręgi w najbliższym otoczeniu. W czterech ścianach walczyłam bohatersko z nieusłuchanym demonem, próbowałam okiełznać ZUO, paliłam mirrę i inne rzeczy na „m”, sypałam w rogach sól, rytualnie nie myłam nóg przez 2 miesiące, jadłam eskalopki podczas pełni książyca, odprawiałam codzienne gusła. A teraz przyjdzie oddać owoc mojej pracy w ręce zupełnie obcej i bogu ducha winnej Pani nauczania początkowego.
I nie wiem, czy wszystko pójdzie gładko, czy też proces ich docierania się będzie erupcją wulkanu, miedzygalaktyczną walką dobra ze złem, eksplozją oparów siarki, dźwiękiem trąb jerychońskich, zawyją wilki, huknie tętent końskich kopyt jeźdźców apokalipsy i śpiew Maryli Rodowicz, lawa zaleje Pompeje i utopi Atlantydę...

Znikąd pociechy. 
Nie znalazłam odpowiedzi w żadnej gazetce typu Mój Maluszek, Twoje Dziecko, M jak Mama. Tam tylko kazali mi kupić johnson&johnson, wózek chicco, ubrać dziecko w h&m i dać do picia nestle. Takie gazetki to tylko Bravo żerujące na strachach i ambicjach mam. Roi się w nich od pytań w stylu „moje dziecko oddycha – czy to normalne?!”, „Grześ zjadł cukierka z podłogi, której nie wyparzyłam! Czy powinnam jechać na pogotowie?”, „Czy kot może udusić w nocy moje dziecko?” etc. Więc albo wypisują to kobiety pozbawione choć krzty instynktu, albo te niby-rubryki z pytaniami i poradami są tam tylko po to, żeby czymś poprzetykać reklamy. Mogę się założyć o Cytrynówkę Lubelską, że to drugie i że „redaktorzy” sami wymyślają teksty o palących problemach świeżo upieczonych mam, a klaszczą przy tym w uda i doznają bezdechu ze śmiechu, bawiąc się równie doskonale jak faceci przebrani za babki w skeczach Monty Pythona.

Powodzenia w szkole, moja kochana Kalinko-Strychninko! :)


poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział IV



Matka Polka vs. Krówka-Ciągutka


Od zawsze głowiłam się nad tym, jakie mechanizmy żądzą mamami, babciami i wszelkimi ciotkami, kiedy chcąc nagrodzić lub zwyczajnie rozpieścić dziecko, dają mu słodycze. Oczywiście sama tak robię. Te wszystkie cukierki, gumy, żelki, czipsy o składzie chemicznym szamponu przeciwłupieżowego, wytwarzane zapewne w wielkich fabrykach na wschodnich rubieżach Azji, małymi chińskimi rączkami.
Zauważcie sami, nikt normalny przecież nie mówi „-Byłeś taki grzeczny dziś, w nagrodę dam ci jabłuszko”. Bo zamiast gruszki, ogóra kiszonego czy szklanki wody oligoceńskiej, tzw. dobry rodzic wręcza dziecku całą tablicę Mendelejewa, opakowaną w kolorowy papierek. Nie trzeba wcale znać się na makrobiotyce, kuchni pięciu przemian, ani tych wszystkich zwariowanych zabawach ze skrobią, białkami itd., żeby wiedzieć, że cukier ma pieszczotliwą ksywkę „biała śmierć”, aspartam rozpuszcza mózg, czerwony barwnik w cuksach i napojach powoduje raka, a te wszelkie E-coś tam, są zwykle trujące. Dlaczego więc rodzic karmi dziecko trucizną?

Ha! i właśnie w tym miejscu pojawia się kolejny argument na obronę mojej hipotezy, że przecież dzieci to małe wampirki. Muszą mieć w sobie jakieś moce super-natural, bo powiedzcie sami – jaki zwyczajny organizm przeżyłby w zdrowiu taki „spoż-goth” ( czyli spożywczy gotyk, określenie uknute przez Elżbietę szaRapową, metaforycznie opisujące asortyment w miejscowym Kurmanbajew-Supermarket), jakim atakowany jest od urodzenia? To oczywiste, że w dzieciach drzemie coś paranormalnego, jeśli trucie oranżadą z Helleny im nie szkodzi.

To tak samo oczywiste jak fakt, że dzieci są z gumy. Jaki dorosły zniósłby bez żadnego uszczerbku tyle fikołków z łóżka, podwójnych tulupów ze schodów i salt mortale przez kierownicę roweru? Gdyby komuś się to udało, to prawie pewne jest, że był on tym Ukraińcem, który mając 4 promile we krwi, wyskoczył podczas libacji za flaszką z 9 piętra i tylko skręcił sobie nogi. Ale to się nie liczy, ponieważ za sprawą alkoholu gość opanował do perfekcji sztukę przetrwania w stanie nieważkości, co uratowało mu życie oraz stało się dla mnie inspiracją, gdyż jako osoba wyjątkowo niezborna, muszę pochłaniać codziennie spore ilości etanolu by chronić moje marne, 30-letnie truchełko przed poważnymi urazami.

Dzieci mają też coś z motyli. Każdy, patrząc na nie, wpada w zachwyt, że takie piękne, efemeryczne, słodkie i niewinne, no cud natury po prostu. Któż by podejrzewał taką istotę o jakieś mroczne tajemnice i brzydkie drugie dno? Żyłam w tej błogiej niewiedzy dopóki jakieś 13 lat temu w Bieszczadzkim Parku Narodowym natknęłam się na sporą grupę uroczych motyli „kapuśniaczków”, żerujących na ...wielkiej ludzkiej kupie! Złudzenia prysły jak bańka mydlana, ba! jak oczy kota przegryzającego przewód elektryczny. Byłam bardzo rozczarowana, niemal tak jak w chwili, w której dowiedziałam się, że wokalista Erasure jest gejem i że Święty Mikołaj to tak naprawdę moja mama kupująca lalkę w Baltonie. Te motylki-profany powiedziały mi, że warto poszukać drugiego dna, mrocznej natury rzeczy pozornie dobrych i doskonałych. Z czasem zrobiłam się bardziej podejrzliwa i jeśli coś jest słodkie jak miód, albo nawet miś haribo, wietrzę spisek. I wyobrażam sobie ociekającą lukrem Kasię Cichopek-Landrynek, jak w domu chodzi z wilczurem, szpicrutą i monoklem i bije tego swojego męża kapciem, klnąc szpetnie.

Ale wracając do zawikłanego sedna, o ile ktokolwiek potrafi je wyłuskać z tej mojej chaotycznej pisaniny, dzieci poza odżywianiem się energią matki, z powodzeniem pałaszują słodką truciznę, która również je napędza. Może to jakiś niezbędny składnik wampirzej diety? Obserwuję często na placu zabaw taką znajomą dziewczynę. Przychodzi tam ze swoją (bardzo wampiryczną) córką i zawsze ma na wyposażeniu CAŁĄ REKLAMÓWKĘ  słodkości dla niej + zestaw awaryjny w torebce. Szokuje mnie zarówno pomysłowość matki, jak ilości lizaków i mordoklejków, jakie jest w stanie pochłonąć ta mała dziewczynka. Bez kitu i bez przerwy, ona w kółko coś żuje i międli, a im tego więcej wcina, tym bardziej jest nieznośna. Kiedyś bardzo rozbolał ją na tym placu zabaw brzuszek. Matka panicznie zastanawiała się czy z obiadem coś było nie tak, a może to jakiś wirus z przedszkola? Pobiegły do domu, a za godzinę już były z powrotem, z cukiernią w reklamówce.
Jaki z tego morał? Dawka toksyny zdolna wywołać u dorosłego 4 cukrzyce i spektakularną eksplozję cholesterolu, u dziecka w najgorszym razie zostanie załatwiona efektownym, bardzo kolorowym pawiem.

sobota, 28 sierpnia 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział III


Bardzo Cię kochamy, Mamusiu...

Poza tym od dzieci boli głowa.Dzieci wydają takie specjalne ultradźwięki zdolne zabić na miejscu świnkę morską i spowodować masowe migracje wielorybów  w kierunku Trójkąta Bermudzkiego. Te dźwięki są naprawdę bardziej straszne niż krzyk twojej matki oraz fonia strzelaniny z Medal Of Honor twojego faceta. Gorsze niż gwizd wiertła u dentysty i okrzyki "Jebać Śląska!" gdy twoi kumple wracają z meczu nocą, pod twoimi oknami.
Specjalnie wygenerowane przez matkę naturę  struny głosowe to istny aparat represji i wunderwaffe będące nieodłącznym wyposażeniem małego wampira energetycznego już od pierwszego momentu aktywności na tem padole. Wmawiano wam może, że położnik sprzedaje noworodkowi klapsa żeby udrożnić jego drogi oddechowe? Żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku? Bzdura! Lekarz tym gestem  prowokuje małego wampira do wydania swojego pierwszego ultradźwięku, tak żeby matka miała choć mglisty obraz tego, co czeka ją w przyszłości. A wiadomo, że jest to jedyny moment kiedy można jeszcze zostawić dziecko w szpitalu! Ale nieeee, mały gnom już zdążył strzelić z oczu promieniami x-rays i każda z nas nabiera się na tę niewinność i kwituje pierwszy krzyk wytryskiem łez wzruszenia oraz zachwytami jak to to pięknie kwili. A potem latami narażamy się na działanie tego, przeszywającego każdy kwant i kwarek naszego organizmu, dźwięku. I jeszcze ludzie śmią się dziwić, że migrena to przypadłość prawie wyłącznie kobieca. Dziwią się, że wcinasz paczkami ibuprofen, mówią "coś ty taka chorowita, słaba?", dowalają ci, jakby, cholera, nie wystarczyło comiesięczne upokorzenie  w postaci okresu, albo że musisz się golić, chociaż wcale nie jesteś ani facetem, ani orangutanem.

Matki młodocianych wampirów powinny dostawać regularny ekwiwalent za pracę w szkodliwych warunkach. Bo przecież w żadnej innej robocie, poza wychowywaniem dziecka, szef nie wymusza wszystkiego piskiem i tupaniem, nie musisz go karmić piersią i nie każe sobie podcierać pupy. Dodatek powinien być na tyle wysoki, abyśmy mogły robić sobie dobrze w tej samej klinice chirurgii plastycznej i SPA, co Jolanta Kwaśniewska. Żeby było nas stać na zawsze dyspozycyjną niańkę, której obecność pozwoli nam wziąć prysznic dłuższy niż 3,5 sekundy i poprowadzić rozmowę telefoniczną nie przerywaną wiecznym ściąganiem dziecka z parapetu. Np. teraz mogę przez chwilę pisać ten rozdział tylko dlatego, że jeden mój wampir drzemie przedobiednio, nabierając sił na emisję ultradźwięków do wieczora, a drugi smaruje nowe ciuchy i dywan w małym pokoju budyniem czekoladowym. Mam więc względny spokój. Biorę głęboki oddech, wypiję kawę i postaram się wytrzymać do końca dnia, bo dopiero przy układaniu potworów do snu, usłyszę magiczną formułkę "bardzo Cię kochamy, Mamusiu", która z miejsca wymazuje z pamięci wszystkie straszne wymuszenia rozbójnicze moich dzieci.
Houk!

piątek, 27 sierpnia 2010

czwartek, 26 sierpnia 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział II


Matko, pamiętaj – dziecko Twój skarb!


- Czy ty mieszkasz zupełnie sama?
- Ależ nie! - zaprzeczyła Pippi. - Przecież Pan Nilsson i koń mieszkaja ze mną.
- Tak, ale ja mam na myśli, czy nie ma w domu ani mamusi, ani tatusia?
- Nie, ani trochę – odpowiedziała Pippi
- A kto wobec tego mówi, kiedy masz iść spać wieczorem i takie różne rzeczy? - dziwiła się Annika.
- Sama to robię – odparła Pippi. - Najpierw mówię zupełnie grzecznie, potem powtarzam jeszcze raz, ostrzej, a jeśli mimo to nie chcę być posłuszna, wtedy obrywam w skórę! Rozumiecie?

(Astrid Lindgren „Pippi Pończoszanka”)



Krwiopijcze hulanki dzieci w jakimś sensie udzielają się matkom. W kobiecie zachodzi ZMIANA. Nie od dziś wiadomo, że pod wpływem posiadania potomstwa ta wcześniej łagodna białogłowa ze smukłą kibicią zamienia się w gadzinę z wałkiem w miejscu, w którym kiedyś była talia. 
To nie wszystko. Jeszcze niedawno ta cicha, skromna, miła istota przeprowadzała staruszki przez ulicę, a teraz bezwzględnie walczy nad zamrażarką w spożywczaku o ostatnią paczkę zupy z kalafiora dla swojego dziecięcia. Nie zawaha się podstawić haka konkurentce do jedynego trójpaku body za 14,99zł w markecie. Oraz dzięki 100% przekonaniu, że jej wampir jest NAJ, łypie złym okiem na wszystkie przypadki chwalenia obcych dzieci.
Metamorfoza bywa znacznie bardziej krwawa.
Dajmy na to przykład mojej kotki Rumby. Ten zbzikowany kolorystycznie kot, który wygląda jak likaon po przejściach (Tatarów) zawsze był nieagresywny, delikatny i miły. Istna kraina łagodności - gdyby była człowiekiem, pewnie słuchałaby Wolnej Grupy Bukowina albo Starego Dobrego Małżeństwa. Stan w jaki transformowała jej natura po tym, jak w czeluściach wersalki została matką rudego Lucjusza (Lucyfera), może zilustrować teraz co najwyżej muzyka Dark Funeral albo lepiej Atari Teenage Riot. Rumba stała się potworem.
Pomijam już takie banały jak szczerzenie kłów, fukanie, próby morderstwa na innych kotach czy liczebne rekordy w patroszeniu ptaków na podwórku. Wdeptując nad ranem w gryzonia leżącego przed drzwiami, zrozumiałam, że w moim mieszkaniu odgrywa się rytuał przynoszenia przez Rumbę żywych myszy. Nie no, ja rozumiem i chwała jej za to, że chce odciążyć nas z zakupów ton kociej karmy z Biedronki.Ale te brutalne metody nauki zdobywania pożywienia, jakie serwuje Luckowi...

Spektakl niczym z Benny Hilla wygląda tak:
moja matka, która mówiąc oględnie nie darzy myszy miłością, próbuje wyrwać z kosmatego ryja kocicy lamentującego gryzonia, ten, zdezorientowany biega po domu jednocześnie we wszystkie strony świata, za myszą biegną wszystkie koty, za kotami matka-Halyna, za matką-Halyną wszystkie dzieci, za dziećmi pies. Babcia za dziadka, dziadek za rzepkę, oj, przydałby się ktoś na przyczepkę!
(Mówią, że: jeśli drogę przebiegnie Ci czarna babcia, czarny wnuczek,
czarny Mruczek, czarna Kicia, czarna kurka, czarna gąska,
czarny bociek, czarna żabka, a na ostatku kawka,
też czarna, to znaczy, że dziadek zamiast rzepki wyciągnął
kabel wysokiego napięcia.)
Reasumując: myślę, że choć dzieci AKA wampiry energetyczne pewnie są w stanie w jakimś stopniu dać sobie radę bez nas – marudzących, zrzędliwych rodziców i spędzać czas na wesołych zabawach w rzeczy niedozwolone, robienie psikusów, pożeranie cukru, niemycie się czy bijatyki z rówieśnikami, potrzebują matki jako żywiciela. Jednak żeby matka bez sprzeciwu dała czerpać ze swoich zasobów energetycznych i spełniać wszystkie absurdalne zachcianki, musi choć trochę upodobnić się do swego wampirka. Zatem młode, pojawiając się na świecie, natychmiast wprowadzają matkę w pewien rodzaj hipnozy, który wywołuje u niej halucynacje o tym, że musi walczyć o najlepsze kąski, bezwolnie poddawać się torturom niekończących się pytań i ostrzeżeń, czytanie bajeczek, kupowanie zabawek, uleganie kaprysom, rzucanie się w wir prania, gotowania, prasowania i odsunięcia swoich potrzeb w tak odległe kąty, że obraz aktywnego użycia zawartości kosmetyczki jest równie abstrakcyjny co autostrada z Koluszek do Galaktyki Andromedy.






środa, 25 sierpnia 2010

Z dziennika Matki Polki - rozdział I



„Ósmy pasażer Nostromo”


Ponad 5 lat temu przewidziałam dzisiejszy bum na Zmierzchy, Tru-blady i inne Pattinsony i na przestrzeni tych lat weszłam w posiadanie dwóch prawdziwych, osobistych wampirów energetycznych.

Już samo ich przyjście na świat, w obu wypadkach, nie zwiastowało niczego różowego, bowiem fizycznie było dla mnie równie relaksujące i sielskie co testy broni nuklearnej na Atolu Mururoa dla tubylczej fauny i flory.

Proces dojrzewania owoców mej ciężkiej mordęgi na porodówce w istoty człekopodobne obfitować miał w szereg zjawisk paranormalnych, takich jak:

-- samoistne wydzielanie się narkotyku zwanego endorfiny powodującego upośledzenie układu nerwowego matki i tym samym zaburzającego percepcję. Kobieta pod jego wpływem wierzy np., że ten czerwony gluś, który właśnie zdruzgotał jej wszystkie „końcówki mocy” (wydostając się z niej, pożerając ją i każąc nieustannie nosić się na rękach) jest najpięknisieniuńszym dziudziubelkiem na tym (pół)światku. Matka wydaje przy tym różne dziwne dźwięki: gu-gu, zi-zi, siu-siu, bo-bo, ti-ti, niu-niu etc. Niektórym nigdy nie przechodzi.

-- spowodowanie utraty ¼ wagi przez ulatnianie się ektoplazmy czyt. mleka

-- nabycie ogromnego doświadczenia z zakresu konsystencji dziecięcych odchodów, o których rozmowy z innymi posiadaczkami wampira energetycznego powodują, że z palcem wiadomo gdzie można zrobić 3 fakultety z dziedziny skatologii.

-- tajemnicze zniknięcia małych przedmiotów domowego użytku, materializujących się później zawsze w jednym miejscu: we wnętrzu pieluszki jednorazowej.

-- przez pojawianie się znikąd wymyślnych fryzur udrapowanych spinkami i gumkami na grzywce mojej poczciwej cocker spAnielicy (czyżby pies opanował sztukę psychokinezy?)

-- po niewytłumaczalne ślady kredek świecowych na wszystkich ścianach w domu (jakoś tak mi się kojarzą z upiorną rybką z South Parku, która chuchając na szybkę akwarium ogonkiem pisała na zaparowanym szkle I KILL YOU).

Zjawisk niepokojących było znacznie więcej. I z czasem zdałam sobie sprawę, że w rzeczywistości dzieci żywią się nie tyle bebiko, zupkami babci czy cukierkami, ale największego kopa daje im wysysanie sił witalnych z matki własnej. Cała reszta szopki z produktami spożywczymi to tylko przykrywka. Małe sukkuby skrzętnie ukrywają swe faktyczne preferencje i awantury w sklepach o dropsy, chrupki czy gumę to zwyczajny pic i mydlenie oczu. 

Oczywiście zrobią wiele, by biedna matka żyła w błogiej niewiedzy co do wilkołaczej natury swych młodych. I potrafią tak tą słodyczą omotać człowieka, że nawet gdy czasem się sypnie, że coś tutaj nie halo, matka z czułością patrzy na swoje potwory niczym w filmie Scotta „Alien. 8 pasażer Nostromo” gdy Ellen Ripley latała broda i mimo wszystko patrzyła na Obcego z jakąś taką ckliwością, nawet jeśli właśnie wpychała go do śluzy statku kosmicznego i za chwilkę miał się obrócić w gwiezdny plankton.


Ponieważ mam wiele dowodów na potwierdzenie teorii spiskowej o wampiryzmie istot zwanych dalej „dziećmi” postanowiłam od czasu do czasu popełniać wpisy wprost ze strefy mroku czyli z pamiętnika Matki Polki. Tak więc do poczytania – na shledanou!

;)

kryptoreklama

wyprzedaż dużych hamaków w Biedronie za 27,99 :)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

trza czytać poniższą historyjkę od dołu. nie mogę się uporać z dłuższymi postami w blogerze.

outdoor - ciąg dalszy-dalszy-dalszy. BORSUK (dla wtajemniczonych)

... gdyby brutalne oblicze przyrody nie odkryło rano tej strasznej tajemnicy, że w nocy Skubiego wykorzystał borsuk :D

outdoor - ciąg dalszy-dalszy








no i wiecie - sielanka, lenistwo, mańana
 i wszystko by było fajnie...




niedziela, 22 sierpnia 2010

outdoor - c.d.

Krowobyki z pewnym zdziwieniem przyjęły dziwne obyczaje człowieków wesoło turlających się w jeszcze parującym łajnie. Szamani ludowi mówią, że to zdrowo.

Photobucket


Photobucket






Dzieci uganiały się za grubym zwierzem skacząc przez płotki.

Lud nabożnie spożywał płyny i pokarmy stałe. Przypadkiem wyszło też, że przygotowanie posiłku sfotografowane z pewnej perspektywy nabiera hm... innego, hardkorowego wymiaru ;)



oraz, że zdjęcie Księżyca może wyglądać również tak:







Photobucket
GRY