środa, 22 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XVI - Jak zostałam Superbohaterem


Niektórzy się domagają, no to macie:

Jak zostałam superbohaterem?
Zawsze mnie ciągnęło w te rejony. Próbowałam różnych metod: szyłam na nockach w pracy obcisłe stroje z rajstop Halyny, ale puszczały oczka przy próbach wykonania nawet najmniejszej misji. 
Wkładałam więc galoty z lajkry, pożyczałam pelerynę od Żuka i nawet jeśli wyglądałam już jak superhiroł, to nagle się okazywało, że mamy tak wspaniały kraj i sprawny rząd, że nie było nic do roboty w kwestii ratowania świata i okolic. 
No, ale marzenie pozostało. Z zazdrością patrzyłam na innych superbohaterów:


Szkoda byłoby zmarnować takie czarodziejskie moce, jakie mam na wyposażeniu. 
No bo jeśli potrafię samoistnie za pomocą telekinezy (chyba) zmniejszyć rozmiar moich piersi z przyzwoitego B do wklęsłego A po urodzeniu dzieci, to czemu nie mogłabym użyć tej siły do zmniejszenia wycieku w Zatoce Meksykańskiej choćby? Albo jeśli nie jedząc i nie będąc ciężarną rozrastam się bez granic w rejonie talii, może zwiększę obszar lasów tropikalnych? 
I kiedy już myślałam, że nigdy nie będzie mi dane nawet liznąć ratowania ludzkości (nie licząc wkładu własnego w postaci radosnego rozmnażania się), stało się coś szczególnego, nieoczekiwanego, dającego do myślenia...

WTEM!

… pękło mi oko! Na skutek przykrych okoliczności gastrycznych, ale zawsze to COŚ. Bowiem jestem teraz niczem Terminator! Mam czerwone oko i chociaż dziwnie to wygląda i spotykam się z podejrzliwymi spojrzeniami pani przedszkolanki, pani w sklepie, szefa itd., to przecież nikt nie powiedział, że superbohater spotyka się z ogólnym zrozumieniem vel akceptacją. Weźmy takiego Supermana, nie? Ja wiem, że to dopiero preludium (delirium?), It's A Sign!

Miałam kiedyś takiego ptaka (tak, złośliwi, miałam ptaka, myślta co chceta!), którego najpewniej rodzice wysiudali z gniazda, bo miał właśnie jedno oko czerwone. Cóż, wychowałam go na własnej, wątłej piersi, uczyłam fruwać (przecież pisałam o nadprzyrodzonych mocach), łapać robaczki, a ten tak się przyzwyczaił, że nie chciał się zwrócić naturze. Teraz wiem, że po prostu przeczuł, że ja kiedyś też będę miała takie oko. 
On Wiedział. 
W każdym razie, źli ludzie o kiepskim poczuciu humoru, wykorzystywali jego przyjazny stosunek do dwunogich, traktowali go iście po polsku czyli jak otwierał do nich dziób, to go poili piwem i inszem trunkiem nieobyczajnem. A potem mi to to przynosili, pijane jak szpak, którym zresztą był. 

Niniejszym proszę moich znajomych, aby w związku z moim odmiennym wyglądem nie postępowali ze mną w podobny, jakże nieludzki sposób. Dziekuję!

Hasta la vista, baby!

P.S. Lucjusz wprawia się w rzemiośle kota
P.S.2 Zdjęcia z 40-tki Krzysia, które mnie rozczuliły :) Będzie więcej.

foto: ja, Daniela, Ela

poniedziałek, 20 września 2010

Gdybym ci ja miaua skrzydeuka jak gąska...

...to bym pewnie nie musiała spędzic całej nocy w objęciach muszli klozetowej po zjedzeniu kurek z jajkiem. Zapomniałam, że W Pewnym Wieku należy już bardziej uważać.
Ale nie o tym miało być. 




Pierwsze po latach zadanie domowe odrobione :)

Trochę dreszczy na dubranouc:



i jeszcze bardzo chciałam tu wlepić Annę Nacher z płyty "Tradycja", ale nigdzie nie znalazłam, a szkoda.
Bye~!

niedziela, 19 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XV - party time!


party time!

Scenka odgrzana na użytek tego bloga
Miejsce akcji: Kurmanbajew Supermarket.
Zza węgła działu mięsnego wychyla się (chyba) kobieta. Widok mrozi krew w żyłach. Pani nie jest abstynentką, opuchnięta, przekrwione oczy, zresztą podbite. Stajemy jak wryte z Renią, ekspedientką. Kobieta ukazuje bezzębne dziąsła i pyta głosem Himilsbacha:
- A korpusy macie?
Renia z wrażenia nie może wydobyć głosu.
- Powiedz jej, że macie tylko korpus pokojowy – szepczę.
Tadam! Kurtyna, oklaski, bis.

Czytelnik zamarł był więc pełen jeszcze dreszczy i kurczy może przejść płynnie w dalszą opowieść. I może nie zauważy grzesznej interpunkcji, luk w logice oraz antytalentu aŁtorki do pisania tego bloga. Scenka powyższa przytoczona nie bez przyczyny. Dziś to ja mam głos Himilsbacha.
Niniejszym – 40tka Krzysia odbyła się. Dużo ofiar w ludziach, porównywalnie do huraganu Katrina. Ogłaszam zbiórkę na odbudowę morale.

A oto Kocuru w porannej aranżacji Kaliny a'la Ania z Zielonego Wzgórza po przejściach (vel Domek na Prerii w adaptacji kambodżańskiego reżysera horrorów):
Wiecie, ognisko, ciepły wieczór, zimne piwo, przyjaźnie pijani znajomi. No co może być lepsze od tego?
Absolutnie nic! - krzyczycie podnieceni przed monitorami.
Sex! Sex jest lepszy. I żebym to ja Wam musiała to tłumaczyć, no to istny koniec świata...

Nawiązując do końca świata, impreza była przednia i wielka. Byli chyba wszyscy, no prawie (Krystyno, bez Ciebie Krystyno, smak swój traci nawet tanie wino! Krystyno, Krystyno bez Ciebie, nie świecą już gwiazdy na niebie!). Co dziwne – przeżyłam wiele przyjemnych chwil m.in. hmm sikając z byłą żoną mojego nieaktualnego męża. Wiem, skomplikowane określenie, ale w końcu żyjemy w kraju, gdzie 20 rok leci Moda Na Sukces, a w realu mamy najdłuższą szansonadę „Gdzie jest krzyż?”. Więc siłą rzeczy jestem pod wpływem (ba! Mam ze trzy promile). Pzdr! Gosia! Arcyfajna babka, jak kiedyś zostanę lesbijką, to się musimy umówić :) 
Nad zgromadzonymi unosił się subtelny zapach naftaliny, ale to od Jubilata. Chociaż ludzi z czasem ubywało, dzięki niesamowitemu optycznemu wrażeniu wielokrotności obrazu, jakby ciągle było ich więcej. Taka odwrotność trenu o Urszulce „pełno nas, a jakoby nikogo nie było”. Piotruś, zhańbiłeś się nieobecnością. Reszta jest na zdjęciach. Reszta jest milczeniem.
O poranku ktoś odpalił w mojej głowie rakiety ziemia-ziemia. Zresztą sam wyziew można uznać za broń masowego rażenia. Miejcie się teraz na baczności Niemcy, Rosjanie, Austriacy i inne prusaki. Za zabory. Za bory, za lasy.
- Rosołeeekkk – charczał Wojciech
- Barszzsszzsczyk – piszczało moje podgardle.
Przetrzepaliśmy żelazny zapas Halyny i już prawie żuliśmy bulion warzywny w kostce, bo tylko to miała, a Sylvestra Dudkova wrednie nie odbierała telefonu (Ona Na Pewno Miała Rosół!). Ostatecznie zlitował się ojciec Tadeusz i ofiarnie zakupił barszczyk firmy Winiary, która niniejszym jest sponsorem tej notki.
Miśnia, spocznij! Dobranoc.


Fire, walk with me!

Jak ktoś rozpoznaje denatów ze zdjęć, proszę się zgłosić po odbiór

sobota, 18 września 2010

Z dziennika M.P. - rozdział XIV - egzorcyzmy


egzorcyzmy

Nie wiem czego się spodziewaliście, ale już chyba nigdy nie uwolnię się od psalmów.
„O papamobil, o papamobil – najlepszy wóz
po drogach cię wiózł
i wyciągnięto doń dłoń
dla ciebie uścisk i kwiatów woń” - zawodzi aktualnie religijne dziecko bezbożnej matki. Moje dziecko (co to za Wrona, co własne gniazdo kala?).
Przynajmniej zmieniła repertuar. Mam jeno wąty do linii melodycznej i tematyki.
W dodatku katechetka wręczyła mi imienne zaproszenie na mszę. Odebrałam je z martwym uśmiechem nr 9 na cierpkich ustach, kulturalnie acz ozięble i przed oczami zamajaczyła mi słynna scenka ze Stalinem „a mógł zabić”.
Wiem, że przynudzam, ale Oni mnie osaczają. Zewsząd słyszę religijne śpiewy i podszepty, czekam tylko na zapach fiołków, a wtedy – opętanie murowane. Muszę więcej zacząć przebywać z Żukiem, w końcu to szatanista, nie? Albo zacząć brać KATOnal forte.
Tak czy owak, powyższą piosnkę dedykuję w podzięce mojemu Maestro (patrzaj, Andrzej - wytłuściłam Cię na czerwono!).

Rozwodnik (link po lewej), z którego piersi wyssałam konika blogowego (bez sensu, jak z piersi można wyssać konika?), wzór niedościgniony, heretyk, trzpiot i rewolucjonista, podróżnik, obrazoburca, onanista, prałat Kościoła Don Giovanniego, (nie)wierny korespondent mój. Dzięki Miszczu za dzisiejszy list, bardzo się wzruszyłam, będę miała w opiece Twą końcówkę ;) i jeszcze raz polecam jak cholera Twoje magnifico!

No skoro już tak inerpersonalnie się zrobiło, to korzystając z gratisowego komunikatora blogowego: dziękuję Ci, o Siostro ma własna choć odległa za opinię :) i jednocześnie uprzejmie donoszę, że dziś na skypie mnie nie znajdziesz, bo w planach mam bezwolne poddanie się kompletnej i wyniszczającej alkoholizacji, której powód zamieszczam poniżej. Odezwę się z chwilą śmierci ostatniego promila w organizmie. W przyszłe lato.

Ogłoszenie parafialne:
Dzisiejszego wieczora w Hrabstwie odbędą się bachanalia i orgie pod wezwaniem urodzin Krzysia! Klękajcie narody! Choć nie wygląda jak inżynier Karwowski to niestety – 40 lat minęło jak jeden dzień. A przecież całkiem niedawno zmieniałam mu pieluchy! Starzeje się w tak zatrważającym tempie, że co gorsza zaraz znowu będę musiała to robić...
40-tka - myślę i ogarnia mnie ponury lęk. Strach przed przemijaniem, utratą młodości, nieuchronnym zbliżaniem się do kresu – pomyślicie? Nie, to strach przed tą gigantyczną popijawą, w jakiej przyjdzie mi dziś uczestniczyć i w której przewidywalny jest tylko jeden punkt programu, że nie obejdzie się bez ulubionej pastorałki Jubilata:
„Gdy zardzewiałym nożem dostaniesz między żebra,
to zapamiętasz, chamie, co znaczy znak Zagłębia”
(piszę dla tych, którzy jeszcze nie nauczyli się na dzisiaj). God save the wątroba!

A Tobie, Krzychu życzę dalszych 40 lat w tak doborowym towarzystwie jak nasze, wiecznie rozgrzanej żony (ale nie, że przeziębionej) i tego co chcieliście sobie zrobić z Elą, a o czym nie chce słyszeć Karolina :) Trzęsącymi się rękoma wysmażyłam dziś coś do urodzinowego giftu skwitowane smsem od Sebusia: „Znakomity pomysł Sebusia, wzorowa realizacja Miśni, super.” Ale to Kot twierdzi, że jest pomysłodawcą no i już sama nie wiem.


Scenka
- Pippi nie miała ochoty chodzić do szkoły, bo nie chciała się uczyć „tabliczki schorzenia”.
- Nie, mamo, ona źle to nazwała! Mówi się ta-blicz-ka MRO-ŻE-NIA!
Aplauz, kurtyna, tłum wiwatuje.

GRY