Zostały tylko zdjęcia, 14 lat wspomnień i ciężkie serducho...
BLOGu ducha winny czytelnik znajdzie tutaj rozdziały z życia niestabilnej emocjonalnie, zdruzgotanej Matki Polki. W podstronach po prawej: 1.- opisy postaci pałętających się po opowieści czyli W TRAGI-KOMEDII WYSTĘPUJĄ. 2.- pole bitwy czy też MIEJSCE AKCJI - HRABSTWO RUSINOWA, kronika szalonych ziem. 3.- ZAKAZANE TWARZE TUBYLCÓW - fotostory obłędu. 4.- VIDEO archiwa herbu Rusinowa.
piątek, 15 października 2010
Tribute to Lola (Wega)
Zostały tylko zdjęcia, 14 lat wspomnień i ciężkie serducho...
Etykiety:
dołowo
czwartek, 14 października 2010
XXXII - bezendu bezsensu
Dzień Nauczyciela dniem wolnym od edukacji.
Jaka to radość, że mogłam runąć w pościel z kory w eklektyczne wzory za 15 zł. Nie musieć się ciągnąć z rana po placówce, będąc po nocce. Aż miałam ochotę z tej wdzięczności wycałować i wypieścić całe ciało pedagogiczne od stóp do głów. Ale ciało miało wolne. Cierp ciało jak chciało.
Ale, ale.
Miałam za to czas, aby udać się do stałego w ostatnich trasach wycieczkowych punktu – przychodni zdrowia (szczęścia i pomyślności). 64 raz w ciągu ostatniego miesiączka.
A miało być tak pięknie:
w myślach już widziałam ten fest, jak biję rekord w dziedzinie zdrowości dziecięcej i wpadam tam pierwszy raz od 2007 z dopiero 46-letnim dzieckiem. Z powodu ukąszenia przez makaka lub też reakcji alergicznej na muzykę z MTV. U progu wita mnie odświętnie odziany w latex personel, kwiaty, orkiestra, 102-letnia Eleni śpiewa „nie było ciebie tyyyle laaat!”.
Niestety – chuj w bombki strzelił, choinki nie będzie. Mikrob nie chce się wyprowadzić. Żąda meldunku, nazwiska, testamentu, prawa dziedziczenia suszonych grzybów Halyny i wszystkich patentów Inżyniera.
Tak więc, skoro miałam dziś wolne od szkoły i codziennych składek na cele szczytne, mogłam na luzie wypruć się w aptece z 70 zyla na medykamenty od mankamentów odporności.
Jeżeli to jednakże zawiedzie, natrę dzieci proszkiem z owych banknotów i włożę na 3 zdrowaśki z termoobiegiem do pieca. Robiąc tym samym użytek z lektury „Antka” czy "Anielki", bo że niby po cholerę straszyli tym dzieci w podstawówce?
Z nowości czyli z biuletynu „0-1” to
1.- jakiś gnom per fołn stwierdził, że po głosie to ja mogę mieć ze 38 lat. Życzę ci, człowieku, aby cię spektakularnie obesrały wszystkie gołębie z ul. Moniuszki.
Po 2.- pożegnałyśmy odbiornik telewizyjny na centrali. Tzn. nieodbiornik termowizyjny bardziej, bo nie odbierał niczego (nawet bogatym i nie dawał biednym), ale grzał jak tralala. Niniejszym kineskop kitę odwalił, Hałs nie pomógł, a nawet na organy nie wziął.
Na szczęście, niezastąpiony Rysiu odkrył w czeluściach swego garażu złoża rtv i mieliśmy wczoraj uroczystą odsłonę nowego-starego TV.
Jakież było moje zdumienie, gdy wyszło, że „Czterej Pancerni” to wcale nie serial o zbieraniu bawełny w czasach kryzysu z wątkiem polskim. Że tam nawet Szarik nie jest afroamerykaninem, a Wiesław Gołas jest w zasadzie biały, nawet jeśli czarno-biały.
Że Jukendens to nie jest japoński teatr cieni.
Że kablówka ma więcej niż 4 kanały.
Że ustrojstwo można sterować pilotem.
No, ale to akurat Zło. Bo oszczędzę sobie spalania 0,0001 % kalorii przyswojonych na centrali, gdyż zamiast wstawać i przełączać, muszę teraz pijać płyny moczopędnę, co by dupsko choć do toalety ruszyć.
Muszę kończyć, moi drodzy. Bogini Kali wzywa. Mam tyle syropów, kropli, naparów, które muszę zaaplikować doustnie, donośnie, do-zad-nie, a wszystko tymi samymi rękoma (bo i niby skąd innymi?). Tylko wizualizując sobie hinduskie bóstwo jestem w stanie to urzeczywistnić.
Hare! Hare!
EDIT:
Dobrze, że miałam już napisany ten tekst. Mogłam zająć czymś bolącą od myślenia i wyrzutów głowę. Bo podpisałam się pod wyrokiem. I za dwie godziny umrze mój pies. Kukła, która z niej pozostała. Cierpiąca, bolesna, biedna. Jestem zimną suką. Idę wyć do kąta. Pierdolę cały ten zen.
XXXI – Panowie, zdrada! Jesteśmy w dupie.
Padłam ofiarą spisku i podłości.
No bo po kiego prącia hartowałam ci ja dzieci me? Po co strzelałam kółka po parkach, lasach, zdrożach i bezdrożach. W słońcach, mrozach, deszczach niespokojnych, w potargany sad.
Odmrażając zad.
Wystawiam każde powite dziecko na wielogodzinne interakcje z atmosferą i stratosferą. Ciągnę się po plenerach, wózkiem pancernym, chustą lnianą, ręcamy własnymy, wożę, noszę, saneczkuję. Rżnę lasy maczetą i zdobywam z młodymi szturmem okolicę.
Od pierwszych godzin po porodzie, niemalże wlokąc jeszcze łożysko (nie mam czasu tego rodzić, zaczepi się o chaszcze - samo odpadnie), w koszuli szpitalnej w fatalną żyrafę, zielonej.
Z wytryskiem mlecznym, z mymłonem rozdartem. Codziennie. Nawet jak inni nie wychodzą. Mnie do domu z dziećmi mogą zagnać tylko ciemności. I to zasadniczo dlatego, że po omacku boję się przyprowadzić ze sobą jeszcze jakieś obce dzieci, które skoro przyniosłam, wypadało by pokochać i wychować jak swoje.
Miast się szlajać w zaspach i błotach, umęczona acz ambitna, prozdrowotna;
miast odziewać w cienkie kurteczki gdy na dworze latają niedźwiedzie polarne;
miast machać krucyfiksem przed antybiotykiem i pilnować coniennego zeżarcia po bananie: mogłam tabor dzieciów trzymać w domu, a sama bez stresu i naporu zająć się czymś ważkim, ważnym, pożytecznym.
Mogłam tkać gobeliny, lepić gremliny z plasteliny, smażyć halibuta. Na ten przykład.
To wszystko ściema i hochsztaplerka. Ludożerka chce cukierka.
Wystarczył miesiąc szkoły i od 1 września mam na wychowaniu Mikroba. Hart ciała wziął w łeb. Bo szkoła = spustoszenie w domu, zarażanie siostry, zarażanie matki, dziadków zarażanie, bulgot gluta oskrzelowego, bankructwo ogłoszone w aptece, odflegmianie pomiędzy powtarzaniem kolejnych wersów wierszyków religijnych na piątek, zwątpienie, szczekanie kaszlem, walenie barana w elewację przychodni. Niepuszczenie dziecka do szkoły. Puszczenie dziecka. Czyli strzał w stopę. I cały proces od nowa.
Ja nie jestem przyzwyczajona. Czego wy chcecie od mojej rodziny bakterie, wirusy, roztocza, drobnoustroje, czego? Nie mam pieniędzy, akcji, wpływów. Powtarzając za Bruce'm Wszechmogącym: wracaj skąd przybyłaś, małpko z dupy!
Zgiń, przepadnij, zła mordo mikroba! Ja chce znowu spać po nocach.
Chujnia z mujnią z patatajnią.
środa, 13 października 2010
XXX - laleczka z saskiej porcelany
Nienawidzę małych elementów!
Chcę zdjąć z mebla Tylko Jeden Przedmiot, natychmiast z jazgotem walą się na glebę paralele drobiazgów. Próbuję łapać w locie, spadają parabole koralików, kredek, kulek. Tańczą, tańczą, tańczą parabole. Fruwają cząstki elementarne, dziesiątki puzzli. Chcę pozbierać, haczę zadem o następne. I tak w kółko. W kółko i krzyżyk.
Już noc, pragnę opaść po 12h pracy i 2h galopu z trzódką, a siedzę na dywanie i układam drewnianego lwa. Lwowi brakuje jednego elementu. Znam cię na pamięć, ty lwu pierdolony. Zdekompletowany.
Wiem, mam bałagan.
Kiedyś to zrobię: wyrzucę wszystkie bibeloty, pluszaki, układanki, klocki i postawie na środku jedną wielka, betonową zabawkę. Może być słońce z parku. Albo fontanna. Sztuk jeden, nie do przesunięcia, nie do zepsucia.
Jak dwójka małych ludzi może uczynić taki rozpiździel?! Ułożyć z zabawek gigantyczne stosy, figury niemożliwe, których dotknięcie grozi głośnym zawaleniem. Na podłogę, do podziemi piwnicznych, do jądra ziemi. A potem wrzutem przez skorupę na drugą półkulę, do Chin, najpewniej do jednej z fabryk tego zabawkowego badziewia, które wypiera mnie z własnego terytorium i kiedyś sczeznę pomiędzy owieczkami, plastikowymi garnkami, odwłokami lalek, zduszona kłakiem pluszowych misi. Misiów.
Oddaj innym dzieciom. Tako rzecze matka-Halyna. Rzecze i złorzeczy przewracając się o konik bujany, dwa wózki zabawkowe i gadający po niemiecku pociąg. Jednocześnie, bo stoją w nieśmiertelnym szeregu.
Ale nie, nic nie da się wyrzucić, każde pudełeczko po tik-takach na wagę złota. Każdy śmieć ma swoją historię i histerię, imię, jest niezbędny. Ryk, szloch, tęsknota, żal.
W horrorach dzieci boją się potworów wychodzących z szafy. Ja mam swój horror – szafę na zabawki. Leżę z kołdrą naciągniętą na nos (o ile Kot nie jadł uprzednio strączkowych), patrzę w ciemnościach w jej kierunku i słyszę złowieszcze szepty kudłatych piesków, chichoty niedźwiadków, mlask gumowych krokodyli. Widzę jak przez szparę łypią złym ślepiem puchate kaczuszki, żółte zajączki i ta picza - Barbie. Boję się...
(Kocuru, naddaj kordłę)
wtorek, 12 października 2010
XXIX – zniewolicz chipujące jaszczury!
Rapy to strasznie dziwy w skrzynce pocztowej mają. Nie to, żebym im grzebała, sami dali. Szerzą propagandę.
Achtung na jaszczury od dziś, mogą zniewolicz człekokształtnych! Chyba, że ktoś ma w posiadaniu telefon do zbawiciela Aśtar Śeran Aśramnato. Widać facet na Węgrzech urodzony, takie nazwisko a'la Miklosz-Bambosz, mało medialne, mientkie, nie to co Komorowski, Kruczkowski. Ale nie należy się zrażać – Ocalenie nie ma narodowości.
I jeszcze ten czeski adres andele-nebe.cz, miodzio!
Niemiecki też gut: himmels-engel.de (hells-angels? angeles-merkel?).
Bożesz, czemu dzisiaj wszyscy zamawiają taryfy pod szpital położniczy? Jakieś grubsze rodzenie było, symultaniczna mammografia? Wymiana łożysk może?
A jeśli, co gorsza to jednak dzieci, to chyba im rozum odebrało, żeby dać się powić w tym mieście wunglaków i JP. Chyba, że na nowootwieraną galeryję Victoria poleciały. Bo otóż, drodzy Wałbrzyszanie, od 16.X. będziem mieć na mieście galerianki, takie prawdziwe – jak w Warszawie.
Ci co nie wiedzą i nigdy nie widzieli, tłumaczę: galerianka, to jest bardzo młoda kobieta w rzymiankach ciężko pracująca na okrętach o napędzie wiosłowym zwanych galerami. Kiedy dwie galery spotkają się w jednym miejscu (galerii), dochodzi do abordażu czyli walki wręcz, zwycięzca otrzymuje sponsora okrętu. Po abordażu często występuje abort tudzież aborcja.
Szefostwo pojechało na ryby, ale złapało tylko wilka. Polarnego w dodatku. Bo zimność wielka spadła na kraj. Aura jak w piwnicznej izbie Marii Konopnickiej. Jestem zaniepokojona brakiem słońca, azaliż tylko w jego blasku widać mój balejaż i błyski czerwieni w odcieniu Michaua Wisznievskiego. Ola robiła mi owłosienie, a jak wyciągała szydełkiem pasemka spod czepka NRD-owskiej pływaczki, to wyglądałam tak:
Scenka fekalna:
Przy porannym przewijaniu mocuję na dziecku pampersa, nachylam się, już mam zapinać, ale ona się wzbrania i mówi:
- Ćzekaj, ćzekaj, jeście tylko puszćzem bonka...
A nie rzuca słów na wiatr(y).
- Moja córka! - szepnął wzruszony Kocuru, roniąc łzę z dumy i wzruszenia.
Scenka z łosiem:
- Jagoda, powiedz ŁOŚ.
- Nie powiem ŁOŚ.
Etykiety:
scenki,
taxi,
zjawiska paranormalne
sobota, 9 października 2010
Odezwa do Narodu!
Skan brzydki, ale idea dobra. Jeśli popierasz inicjatywę - wydrukuj, rozpuść po znajomych, rodzinie, odeślij na podany adres lub zadzwoń na podany numer. Czas goni - listy trzeba oddać najpóźniej do 16.X.
piątek, 8 października 2010
XXVIII - M. P. znowu nadaje
Zacznę od nieprzyzwoitej rzeczy.
Nudząc się dziś straszecznie w 40-minutowej kolejce w aptece, bo pani, która była 3 staruszki przede mną, kupowała wszystkie reklamowane w tv produkty farmaceutyczne opiewające na kwotę łączną 425zł, rozglądałam się leniwie po asortymencie. I nagle mnie zwaliło z nóg. Nie dlatego nawet, że moje dziecko wkładało akurat głowę do śmietnika w kształcie wątroby, choć przeto widok wątroby z dyndającym zeń odwłokiem dziecka nie jest częsty (no chyba, że ktoś jest w ciąży i dużo pije), lecz oto zza szyby zamajaczyło to:
Czy tylko ja mam jakieś dziwne skojarzenia, czy to z producentami jest coś nie tak?
Poza tym jest mi smutno i jestem rozbita, bo Důdková się abortowała z Naszej-Szkapy. Normalnie jak w opowiadaniu Philipa K. Dicka – przyjechała po nią ciężarówka aborcyjna i już nie ma konta na tym nędznym padole. I w związku z tym nie wiem, czy bon-ton wymaga, żeby ją teraz olewać towarzysko i czy wypada mi z nią pić C.Lubelską jeśli, wiecie, nie mam jej w znajomych?! I czy mam dalej „podlewać” jej drzewo na posadzdrzewo.pl? Cieszę się tylko, że nie miała Fejsbuka, bo pomiędzy dywagacjami czy karmić jej trzodę chlewną, ta najpewniej by padła głodową śmiercią z braku piksela. Tzn. trzoda, nie Důdková ma się rozumieć.
A jak już jesteśmy przy temacie śmierci i portala, halloween i przy fetyszach seksualnych... nie, hola! Nie byliśmy przy fetyszach, nie wiem dlaczego to w ogóle napisałam! nieważne, skoro jesteśmy, to się dowiedziałam o takim czymś:
istny masakrator.
- Wiesz mamo, tylko ja miałam granat w szkole!
rozdz. XXVII - Matka Polka Zbrojna
Widzę, że nowe lokum Kreto-Rapów wzbudza wiele emocji, głównie zazdrość. Odpowiadając na miliony maili w tej sprawie i komentując komentarze pod postem spieszę donieść, iż projektantem był niejaki Skubidore Dali Na Nalewkje. Podobno część wynagrodzenia można zapłacić mu w naturze, bardzo przepada za grochem z kapustą.
Panczolu! Widać, że dawno Cię nie było. Teraz mamy das gance noje dizajn nach Rusinowa. Właśnie przez bliską lokalizację nowych ławek, biuro deweloperskie strasznie z Krzysia zdarło. Ale Ela przeczekała hossę na rynku nieruchomości i wczoraj mogliśmy podziwiać już dwa kopce obok siebie. Skubi chciał co prawda ów bungalow sprofanować wbijając na górze betonową płytę, bo mu się skojarzyło z grobem Kościuszki, ale poległ na rezurekcji i poszedł spać.
Właśnie odprowadziłam do szkoły dziecko z granatem w plecaku. Maszerowałyśmy jak Baader-Meinhof, niemiecka guerilla miejska do antyimperialistycznej walki zbrojnej. Granat podskakiwał w tornistrze.
–Pamiętaj, daj pani Agatce granat na lekcji! – przestrzegałam zapominalską córkę.
Myślami byłam już przy malowniczych zamachach na kapitalistyczne świnie i innych radykalnych zabawach. Tak, to my jesteśmy odpowiedzialne za śmierć Jacka Kennedy, my zepsułyśmy wzrok Billowi Gates’owi, to przez nas wybuchło cygaro w ustach Moniki Lewinsky…
No ale można mi to wybaczyć, godzina była taka, że jeszcze oficjalnie się nie obudziłam do końca, a granat w tornistrze to rekwizyt zadania domowego „proszę przynieść na piątek jeden owoc”. Jabłka i banany były zbyt oklepane, a z granata pani przynajmniej może zrobić jakiś użytek
(- Bądźcie cicho dzieci, bo was porozsadzam!).
Kalina chyba jednak nie podziela zbrojnej pasji matki, bo uprzednio obrzuciła granat spojrzeniem i zapytała tylko:
- Czemu mi pakujesz cebulę, skoro miały być owoce?
Wołoszański pokiwałby głową z politowaniem...
Z komunistycznym pozdrowieniem
Towarzyszka Matka
Etykiety:
Hrabstwo Rusinowa,
szkoła
czwartek, 7 października 2010
bal sztywniaków
TO było w ubiegłym roku
Teraz już jest całkiem świeżutkie, jeszcze pachnące cmentarzem :) Trochę się buforuje, ale warto.
Teraz już jest całkiem świeżutkie, jeszcze pachnące cmentarzem :) Trochę się buforuje, ale warto.
w bonusie: spóźniony prezent urodzinowy dla Kreta (Skubi wymyślił):
Etykiety:
Hrabstwo Rusinowa,
potwory,
wampiryzm
poniedziałek, 4 października 2010
rozdział XXVI,5 z dziennika Matki niestety Polki
baner się nie zrobił - przy następnym rozdziale wrzucę dwa w promocji
Jezu, trzecia godzina, jeszcze trzy do końca pańszczyzny w taxi. Nie mogę spać i ciężko mi się zmusić o tej porze do aktywności cokolwiek różniącej się od sterczenia w bezruchu, z łbem zwieszonym na blacie i innych objawów katatonii.
Wiem – marudzę, ale ha! właśnie po to założyłam tego Blogosława, żeby marudzić publicznie, wyć w przestrzeń i jęczeć nad życiem pod licznikiem odwiedzin. Mój ból jest wtedy bardziej spektakularny!
W ogóle Blogumił mi się fatalnie zaciął dziś i zdjęcia ładował, złamaniec jeden, chyba ze 2,5 godziny. Zresztą nie wiem kto tu zawinił i w kogo pierwszego mam rzucić kamieniem, może on blogu ducha winny? Bo w tym oczekiwaniu na wlepkę zdjęć sobie obejrzałam na VOD poruszający dokument o katastrofie urugwajskiego samolotu w Andach w 1972r., jak to cudem ocalali musieli się zjadać nawzajem. Gorąco polecam:
Znana sprawa, dużo o tym pisano, ale już pomijając sam temat, skoro po nocach oglądam tragedie, katastrofy, kanibalizm i inne wesołości, znak to, że geny matky Halyny biorą górę nad materiałem genetycznym Inżyniera. Chociaż on w zasadzie też jest dość ponury, ale ma chociaż wesołe wynalazki. Zawsze jak coś stworzy, to mi gra w uszach Formacja Nieżywych Schabuff
i radio czeka śmierć,
żegnajcie wieki odkryć
nie potrzebnych wynalazków
i na was przyszedł czas”
żegnajcie wieki odkryć
nie potrzebnych wynalazków
i na was przyszedł czas”
Ale ja nie o tym chciałam. W dokumencie uderzyła mnie (poza oczywiście opisaną historią) kultura wypowiedzi, bogactwo słownictwa, inteligencja też w pojęciu mądrości życiowej ludzi, którzy wypowiadali się przez dwie godziny wspominając dramat swój i swoich przyjaciół. Ci skromni, uduchowieni, okrutnie doświadczeni ludzie, mówili w taki sposób, że no miód na serce – piękny styl nawet w tak upiornej tematyce. Jestem ciekawa jak by to wyglądało, gdyby takie okoliczności mieli relacjonować Polacy. Roiłoby się od przechwałek, pieniactwa, przysłowiowego „jem niom” i nawet jeśli montażyści by wychlastali wszystkie „kurwy macie”, „ten tego”itp. wątpię w pozostałości czegoś głębszego. A tu kilka osób z jakiegoś Urugwaju i Chile daje nadzieję, że są jakieś wolne od prymitywa miejsca na tym globie i jeszcze prowokuje moje nieśmiałe przypuszczenie, że w tamtych rejonach taki poziom jest Normalny i Powszechny. Czy ktoś z Ameryki Południowej nie chce przypadkiem adoptować starego 30-letniego dziecka z dobrodziejstwem inwentarza?
No nic, żyjemy w barbarzyńskim kraju. Niby o tym wiem, ale jak mnie za sprawą takich szczególików ta świadomość strzeli w papę, nie jest fajnie. A chora godzina na przemyślenia sprawia, że mam chandrę. Ale chandrę, Alechandrę, ale ale chandrę, ale alejandrę...
Jeszcze 1,5 h i dobranoc.
Etykiety:
film,
happeningi matki-Halyny,
taxi,
wynalazki Inżyniera
niedziela, 3 października 2010
i jeszcze garść fot, pstrykała Daniela
![]() |
| one cool crow |
![]() |
| two cool cats |
![]() |
| one cool cat |
![]() |
| Olaf porzuca krępujące obuwie |
![]() |
| Skubi - patron dzieci, zwierząt domowych oraz dzikich borsuków |
![]() |
| Krystyna dobrze opanowała sztukę śmignięcia z kadru |
![]() |
| Szalom! woła szary chwilowo kot w szarych szuwarach |
![]() |
| jestem Luckiem z Gwadelupy, nogi proste mam jak słupy |
![]() |
| niepokojące spojrzenia... |
![]() |
| niepokojące pocałunki... |
![]() |
| niepokojący uśmiech... |
ludzie z wiekiem dziecinnieją
"pa pa pa pa" ;)
![]() |
| to się fachowo nazywa "uczucie splątania" |
![]() | ||
| M.P. nieodłącznie kojarzy się z białą myszką (ale w sumie lepiej tak niż n.p. z czarnym bobrem) |
Etykiety:
Hrabstwo Rusinowa
Mać Pariadka raportuje dalej:
![]() |
| mają kota Lucjana |
![]() |
| eleganckiego, w krawacie |
![]() | |
| czasem przysypiającego na warcie |
![]() | |
| mają Elę Okocim spojrzeniu |
![]() |
| bojówki skautów |
![]() |
| - mistrzowskie w kamuflażu, |
![]() |
| Matka Polka pozornie tylko huśta Piasta, ale |
![]() |
| rozwiany włos świadczy, że jest gotowa do ataku jakby co. |
![]() |
| nie zawahamy się użyć czarnych mocy Karoliny, |
![]() |
| zresztą Fidel już dzwoni do Raula |
![]() |
| zaskoczymy wroga dziwnym czymś, naszą wunderwaffe. |
![]() |
| bo my lubimy dymić |
![]() |
| i mamy wszystko w nosie :) |
Etykiety:
Hrabstwo Rusinowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































