czwartek, 18 listopada 2010

rozdziau 43 - Matka Polka od sportu

Nie piszę, bo piszę. Cały czas kompulsywnie uzupełniam podstrony, dodaję opisy, wklejam stare, zapleśniałe archiwa foto, odgrzebane przez znajomych dowody burzliwej młodości, którą teraz pamięta chyba tylko moja czarna dziura w miejscu wątroby...


Nie polecam oglądania sportu z rodziną.
Już lepiej było jak Halyna oglądała pasjami szkołę przetrwania. Wysyłała tym samym sygnały, że boi się wnucząt. Usiłowała przetrwać.

Ale nie wiem, co chciała zasygnalizować wczoraj, siadając z nami do meczu Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej i bez chwili wytchnienia komentując i wyrywając pałeczkę Dariusza Szpakowskiego. 

Jasne, dla mnie piłka nożna jest wielką enigmą, mam w tej materii wiedzę taką jak o bobslejach na Jamajce, więc poza kilkoma plugawymi przekleństwami pod nosem, nie miotałam fachowych opinii. 
Już mi wystarczy, że ostatnio z szefostwem musiałam obejrzeć 2 mecze siatkarek i do tej pory śnią mi się brzydkie, zwaliste Chinki. Ogromna, kwadratowa Wang i druga, której nazwisko czytali jako „ZŁO”. Sprawiały wrażenie, że jest im najzupełniej obojętne, czy grają piłką do siatki, czy lekarską, bo miały takie pierdolnięcie, że biada ich facetom. Wydobyły ze mnie na nowo, skrywany od dzieciństwa strach i odrazę w stosunku do kobiet powyżej 170cm.

Lecz Halyna, jak zapewne większość krajanów, jest samozwańczym ekspertem od skoków narciarskich, formuły 1, siatki i futbolu. Gadała i gadała, co chwila zmieniając stanowisko i pouczając Smudę, że źle zrobił powołując jakichś młodzieniaszków, którzy nawet nie są celebrytami, zamiast utrzymywać skłonny do alkoholu i zabaw oddział geriatrii.
Jeszcze chwila, a bym ją zakneblowała parą skarpet ojca, która na wszelki, spodziewany wypadek, leżała na ławie zwinięta w kulkę.

Inżynier dla równowagi milczący, palił fajkę za fajką, stwarzając w naszym salonie telewizyjnym takie zadymienie, że smog znad Mexico City przeprosił i wyszedł zawstydzony. Przez te kłęby i tak ledwie widziałam akcje na boisku. Acz wpadło mi w oko, że piłkarze strasznie plują i harkają na murawę. Obrzydliwe. Kamery, miliony ludzi oglądają, a oni nie mogą przełknąć jak człowiek. Przecież nie takie rzeczy połykali, gdy próbowali dostać się do kadry...

Scenka rodzajowa, rasistowska:
- Tato, a dlaczego Murzyni nie mają nazwisk na koszulkach?
- Nie wiem. Może się wstydzą?...
Tłum gwiżdże, uśmiechnięty złośliwie Tadeusz zakłada biały kaptur i podpala pochodnie...

niedziela, 14 listopada 2010

rozdział 42 - Taniec Lenina na szkle


Wczoraj koncert jakiejś Dupy Zbitej i czegoś tam jeszcze. Nie wiem, bo w sumie spędziłam lwią część wieczoru w męskiej toalecie, gdzie toczyła się równoległa impreza pod wezwaniem e-papierosa Geruli i przeglądu uzębienia Papy przez Brzychę (mającą też niezdrowy pociąg do moich rajstop) oraz skamleniu mężczyzn, by ich dopuścić do pisuaru.

Oczywiście główny wodzirej i organizator wyjazdu, czyli Skubi, ta wstrętna pijaczyna, zamiast zebrać watahę, tulił się do czwartego promila we własnym łóżku już przed 18-tą.
Żuk, prawdopodobnie zdzielony pantoflem Danieli, również się wyłamał i złożył broń do trumienki, chociaż cały tydzień obmyślał chytry plan słodkiego nawalenia się, pogowania, powrotu w bagażniku i reszty zestawu gorączki sobotniej nocy. Wybrał jednak gastro-raut u Eli i wieczorne przeglądanie motyli w klaserze. Norma.
No nie powiem, ja też miałam nie jechać, bo dzieciary mi się na złość zasmarkały i w mojej głowie kiełkowała jak ziarnko zaczarowanej fasoli obawa, że w nocy będą pobudki i duszenie glutem.
Lecz mimo bycia stroskana mateńką, uznałam za wyczerpany tegoroczny deputat czasu poświęcony wypasowi mikroba na hali Os.Górnicze 14/666. Porzuciłam cierpiące dziatki, nie utulając ich nawet w żalu, olałam zestaw cierpiętniczych min Halyny pt. „droga krzyżowa, stacja 9, matka-Halyna rozpacza nad byciem babcią, ciśnieniomierz nie nadąża pompować” i pohasałam się ubydlić.

W międzyczasie Kuszy urodziło się dziecko, czego wyraźnym zwiastunem było stoisko z darmowym alkoholem przy Fanatykach.
Tylko Dudki nie zawiodły oraz Podrabiany Żuku i tą wesołą gromadką filtrowaliśmy pianę w kuluarach The Rock.
Podczas ponad godzinnego poślizgu kapel, zdarzyło się kilka cudów. Azaliż Skubi zmartwychwstał i przybył triumfalnie pośród skandującego „Damian! Damian!” tłumu i wokalisty. Co prawda, przerywał audiencję kilkoma drzemkami na krześle, ale w tym wieku nie jest to już wcale ekscentryczne. Jan Paweł II też tak miał.

Ostatecznie Hrabstwo zalało knajpę też w osobie Oli i Rolka, a nawet Sosziego z Rakiem, którzy na marginesie zachowywali się jak para gejów. Chociaż Soszi zrzucił z siebie ów wizerunek, gdy ku zdziwieniu wszystkich puścił się w pogo pierwszy raz od Jarocina '94! Wesołe to były chwile, czego dowodem ogromna dziura w kroku, jaką wyszarpał mu w tańcu Skubi, a którą ja cerowałam cały poranek, jak tylko przestało mi się dwoić w oczach i trząść w rękach.

Należy nadmienić, że pogo rozkręcił Podrabiany Żuku, który na parkiecie zachowywał się jak Brad Pitt na ringu w „Snatch”, choć on sam woli porównanie do Nicolasa Cage w scenie bójki ulicznej w „Dzikości Serca”. Wygłosił też z estrady orędzie do narodu, chwytające za serce jak przemówienia Jarosława. Enyłej, Bastek u Pavlović dostał 10, Tyszkiewicz wypadła proteza, a Edzia się poryczała. Patrzysz na gościa, myślisz – słuchał hip-hopu, chodził na balety, a jednak skażony przez Hrabstwo, obciążony genetycznie pankrokiem, na to już pijawki nie pomogą, łoj nie.

Jako że na drodze powrotnej do domu, skądkolwiek Hrabszczanin by nie wracał, zawsze leży Petro, wpadliśmy tam sprawdzić co słychać i objuczeni zgrabnym aluminium jęliśmy kontynuować tak miło rozpoczęty iwning. Na osi znaleźliśmy brodatego dziada z Głogowa, który jako abstynent musiał oglądać nasze piwne harce na okupowanych do późnych godzin ławkach oraz metalowych barierkach, przez które przeciskał się i wił Wuj z Kocurem ćwicząc na wypadek, gdyby nas aresztowali i wpakowali za kratki.

No nie wiem, która była, kiedym legła w gruzy, ale moją czarną zjawę ponoć ujrzał w przedpokoju Inżynier około 4 nad ranem.

Teraz cierpię i jestem energetycznie wyrypana jak ten rosyjski reżyser Wyrypajew. Mam zakwasy od densfloru i obiecuję sobie już tylko grać w bingo zamiast uprawiać młodzieńcze rozrywki, które przeca nie przystoją starszej pani.

Resztką sił jeszcze zawlekliśmy Wuja na działkę, gdzie skwierczeliśmy w ostatnim tegorocznym słońcu patrząc jak pies gania kota, który w plenerze pobierał nauki sikania na drzewa zamiast na salony u Matki Polki. Gdyż szczy, sukinkot nadal i na domiar złego z Lucka zmienia się w Polucka i tylko patrzeć jak zacznie znaczyć śmierdzącym hormonem, dorastając. Świnia nie kot.

Z powodu braku dokumentacji koncertowej, wrzucam kilka nie związanych z wątkiem fociszczy.
I przecinam wstęgę otwierając po prawej stronie stronki sektor z nienormalnym video :)

Tymczasem.

Prezent od taty :) zza Lenina wyziera Halyna

kapitalistom zrzednie mina jak ujrzą korek do wina w kształcie Stalina
czarny krasnoludek z rudą owcą
bo nie potrafię...
...wybrać jednego portretu

czwartek, 11 listopada 2010

Brodka mnie swędzi

Ktoś zna jakąś odtrutkę na nową płytę Brodki? Próbuje przedawkować licząc, że mnie odrzuci, ale nie ma sposobu. Wytnę chirurgicznie z głowy razem z szyszynką... Trza mi detoksu od Peszek i Nosowskiej, a tu jeszcze taka płyta... Tortura, polecam!




wtorek, 9 listopada 2010

41 - Matka Polka vs. robotyka domowa


Jesień, słota, syf. Dzieciary mają mało wybiegu i detonują energię w chałupie, tocząc wyrafinowaną wojnę pomiędzy sobą, choćby o to, która pierwsza puściła bąka.

Podejrzewałam już od dłuższego czasu, że kiedy zamawialiśmy Jagodę, to Kocuru wrzucając monetę do automatu, musiał przypadkiem nacisnąć guzik „UPIERDLIWA” zamiast „Z CUKREM”.

A przecież specjalnie sercem wybrałam serwisanta, żeby dziecko było możliwie nieawaryjne i miało szybką, kompleksową obsługę ewentualnych usterek na gwarancji. Lecz niestety, doświadczenie uczy, że żadne zapobiegawcze kroki nie wyeliminują wad fabrycznych i tego, że małe gnomy maja już wgrany CHARAKTER. Najczęściej władczy, kapryśny i niekompatybilny z podzespołami matki, co powoduje ciąg sprzężeń, spięć i wyładowań elektrycznych (chyba niebawem podążę za polską tradycją i zacznę się wyładowywać na kablu od żelazka). Ja jestem z epoki Atari, a to dziecko ma spore wymagania sprzętowe i niestety nie chodzi przez to gra pt. „Spokojny, chichy żywot stadny”. Interfejs jest krwawy, dominuje czerwień i czerń, włączają się głośne reklamy przemocy domowej, w ogóle do dupy.

Najmroczniejsze jest to, że zapadła jesień średniowiecza i przez bryzgającą deszczem i błotem aurę, musimy spędzać więcej czasu w domostwie, przy piecu. Trudny to czas dla kondycji psyche. Obraz szaleństwa dopełnia towarzystwo trzech zdziwaczałych kotów, ekscentrycznego psa i rozhisteryzowanej Halyny – sztuk (na szczęście) jeden. W ogóle Halynie omyłkowo na recepcie wpisali Wiśniewska i teraz z Kocurem podejrzewamy, że przyczyną jej rozwodu z Michałem było to, że kazała wszystkim żywym istotom w domu leżeć w kącie i się nie ruszać oraz nie wydawać odgłosów.

Tak więc gramy. Niech mi spróbują fani Quake powiedzieć, że co ja wiem o zabijaniu! Znam może ze 2 osoby, które w takiej jak moja grze doszły do ostatniego poziomu i nie zabiły w międzyczasie głównego bohatera, który na ostatek zwycięsko wyrósł jeszcze na normalnego, dorosłego człowieka...

Scenka:
M:
- Jak będziesz w Empiku, to kup mi proszę mały notes kieszonkowy.
K:
- Jasne. Jakieś życzenia, co ma być na okładce?
M:
- Tak. Nagi Artur Barciś.

40 - Du ju biliw in gołst?


Pamiętacie jeszcze tragiczne okoliczności zejścia Wuja Sosziego?
Z rozpaczy nie byłam wtedy w stanie zrobić zdjęcia drugiego końca dendro-kata, gdzie jak to w Hrabstwie kikut drzewa już obgryzała piła spalinowa spragnionego opału, wyziębionego tubylca. Taki wiecie naturalizm rodem ze Stefana Żeromskiego.
Płakałam długo po Wuju i chlipałam nad wspomnieniami jego Brucem Lee fascynacji stosowanej na Matce Polce, którą ubijał murawę przed namiotem w '93, nad pierwszym zapalonym szlugiem z Wujem w krzakach, nad jego nieśmiertelną tapeta w samoloty...

Aż nagle nadszedł mail z zaświatów:

„Drogą channellingu uzyskane dalsze wieści o Wuju Soszim,

Malowniczo rozpłaszczony na alejce przez jedyne w całym parku powalone
wichurą drzewo w wigilię Wszystkich Świętych,
powraca jako upiór by nawiedzać lokalnych dendrologów i pilnować
orzeszków wiewiórkom. Materializuje się niekiedy (trudno dziś o dobrą
ektoplazmę) w okolicach Fanatyków. Podejrzewa się, że katalizatorem
procesu jest osiągnięcie masy krytycznej wina produkcji krajowej Max.
W chwilach wolnych od straszenia pracowników firmy Wys-Eko snuje się
po pewnym poddaszu pewnej kamienicy w pewnym mieście na "P" w
Wielkopolsce.. „

tu następuje zdjęcie:


W amoku próbowałam utrzymać kontakt z bytem ulotnym:
„Odpaliłam foto i osrałam sobie zbroję :)
Czy mogę wykorzystać ów historię i jej jpg oprawę na blo? Z prawem autorskim of oxykort? Obawiam się, że jest to bardzo ważkie dla całości dziejów Hrabstwa, na które holistycznie składają się perypetie każdego z nas, szczególnie poległego w tak tragicznych, dendrologicznych okolicznościach Wuja...
Ściskam w ektoplazmowym pasie!
Buzi z Mordoru!
Matka Polka”

Odpowiedź nadeszła zza mgły:
„Wuj nie widzi przeciwwskazań. Tym bardziej, że nie żyje.
Medium Marta, autorka tego sensacyjnego zdjęcia, również uważa, że należy to opublikować. „

„- Za pośrednictwem tabliczki ołija-łija, pragnę Wam, o Byty podziękować i w szczególności pozdrowić Medium Martę, którą mam nadzieję niebawem poznać, byle by nie wyskakiwała zza węgła na mnie po ciemaku, bom bojaźliwa.
A kysz! „
- zagaiłam jeszcze Poltergeista, a ten rozpłynął się w czasie i miejscu nieokreślonym.

Hu!Ha!

niedziela, 7 listopada 2010

39 - Skrót wiadomości by Matkie Polkie


Z powodu braku ruchu na centrali (centrala się nie rusza – niedobrze), z nudów musiałam przelecieć się po serwisach informacyjnych. Brew mi się podnosi ze zdziwienia coraz wyżej i jak mi tak zostanie, na linii włosów, na luzie będę mogła zastąpić w razie czego kierowniczkę sklepu Społem na Osi (Dolly Parton).

Dobrze wiedzieć, że mamy w Polsce coś największego na świecie, poza bezrobociem. Monstrualny, 440-tonowy Chrystus króluje nam nad krajem i narodem. Kamień z serca, że scementowali do kupy wszystkie członki żelbetonowego Zbawiciela, bo trochę szkoda tego robotnika, na którego przy budowie runął nieszczęśliwie palec boży i go złamał wpół. To się nazywa ciężar wiary!

Projekt zajął jakieś 10 lat, ale w końcu już znów jesteśmy w przaśnej epoce kamienia łupanego, nawet jeśli w koronie i z rozpostartymi ramionami. Jakby się nie dziwować, mogą z tego być przynajmniej dwie atrakcje:
1 – można zrobić fajną wieżę widokową , wywiercić w oczach, uszach czy gdzie tam otwory, wpuszczać tłumne wycieczki wiernych za odpowiednią opłatą, machać do innych, poczuć, że nie tylko Bóg jest w człowieku, ale i człowiek może wleźć do środka Boga A potem widokówki, foty, lunapark, zjazd po brodzie Jezusa, bungee z palca, no pełno możliwości pogodzenia duchowości z materią pieniężną. No i ta pewność, że nikt bałwochwalczego posążka nie zwędzi nocą do kościoła, kaplicy, kancelarii, żadni harcerze go nie zajebią, bo za ciężki zwyczajnie, a i złomiarze się nie pokuszą, chyba, że jakiś szalony kamieniarz.
2 – można w Świebodzinie kręcić Jezus versus Godzilla w scenograficznym naturalu, bez kiczowatych efektów specjalnych!
Czekam niecierpliwie na kolejne pomniki innowierców. Wyobrażacie sobie takie Budda vs Predator, Allah kontra King Kong, Kryszna feat Destruktor?

Super Express donosi tłustym, dramatycznym drukiem: „Łódź – Zabiłam Mariusza bo nocami smażył wątróbki.” A ludzie w LO się dziwili, że w czwartki nie mogłam chodzić do szkoły, bo cała śmierdziała smażoną wątróbką z kuchni. To nie były wagary – ja ocaliłam dziesiątki istnień ludzkich!

A potem jeszcze info, że w izraelskiej edycji Tańca z Gwizdami gwiazda – zdeklarowana lesbijka postawiła warunek, że będzie tańczyć tylko z kobietą. No i dali jej babkę do pary. Homoseksualiści mi nie przeszkadzają, ale poprawność polityczna, tak karykaturalna, absurdalna, niedorzeczna i chyba szkodliwa dla nich samych, już tak. Rozwalił mnie komentarz internauty pod artykułem: „Niedługo zoofile będą tańczyli ze zwierzętami”.

Jedyny świetlik z jasnym odwłoczkiem w tym całym szicie i głupocie medialnej, to powtórka kultowego koncertu Queen z Wembley '86. Genialne live. Stara miłość nie rdzewieje, nadal kocham Queen i jako dziecko skrycie i otwarcie kochałam się w szczurzej mordzie Freddiego Mercury. Pomimo że był gejem. No widzicie – kocham gejów :)

Hu łooooooonts tu lif foreweeeeeeeer?

w bonusie: za radą Jacykowa, Jagoda nawet sypia w oksach

wtorek, 2 listopada 2010

38 - Zaduszki w łóżku


Jeżeli rzeczywiście niebawem ma się ziścić koniec świata, to u mnie skumulowały się wszystkie tego zjawiska objawy i zapowiedzi. Jeśli oczywiście przyjąć, że tak podniosłe wydarzenie ma zapoczątkować m.in. dzika sraczka.
Albo Bóg się wreszcie skroił, że za nim nie przepadam i teraz serwuje mi próbkę swojego dziwnego poczucia humoru.
A może to jakiś quiz z 6 obejrzanych sezonów House'a?

Wiem, że pisanie w kółko o chorobach jest błahe i nużące. Ale jakoś nic innego się ostatnio mnie nie ima. Wszystkie cholery się uwzięły i lgną do mnie, przy czym teraz nie mam na myśli moich dzieci.

W każdym razie, kiedy poprzednio pisałam o domysłach na kogo wypadnie i na kogo bęc, to po Kalinie, Kocuru i Jagodzie bęcło na mnie i miskę przejęłam osobiście, by spędzić w jej fioletowym wnętrzu 1,5 doby. Przeczołgałam ścieżkę pomiędzy łóżkiem a owalem szaletu wielokrotnie, by w końcu popaść w drgawkach i siódmych potach w niebyt. 

Przynajmniej miałam nieskazitelny wizerunek na Halloween i gdybym tylko była w stanie wyswobodzić się z mokrej kołdry i krokiem zombiaka pokuśtykać pod drzwi sąsiadów by wycharczeć „stoperan, albo psikus”, to byłby hit!

Tak marzyłam sobie w malignie, czy bardziej wystrzałowo wyglądam jako werewolf, czy el chupacabra, kiedy nastąpił nieoczekiwany zwrot ze zwracaniem, bo Jagoda postanowiła przeżyć to jeszcze raz.
Więc przebiła wszystkich i ma zaliczone już 2 nocki z haftem, jak również rozwiązała się zagadka, komu wystawić największy rachunek za pranie pościeli, piżam i okolic.

Jeśli myślicie, że to koniec tej smutnej opowieści – pamiętajcie, że na ławce rezerwowych mamy jeszcze Halynę i Inżyniera. Albo powtórkę z rozrywki u uprzednio zainfekowanych. A wspominałam, że w trakcie dopadł mnie taki mega katar, który na wieczną pamiątkę wpisał się w pamiętniczek mojego nosa krwawą skorupą?

Teraz czekam na 7 obrzydliwie tłustych lat w oparach szczęścia, zdrowia i rozkoszy.

EDIT: po dwóch dniach tańczącą z pawiami zastałam Halynę. Na boisku został już tylko padre Tadeo, który zapobiegawczo łyka stoperan. Oby nie implodował jak wielkie szambo...

Pomiędzy grypą Hiszpanką a grypą Hong-Kong, odbyła się wycieczka do Jawora i mamy teraz nowy nabytek, którym mam nadzieję nacieszyć się niebawem, jak tylko porzucę zgłębianie perystaltyki jelit własnych i rodzinnych.
Lola II:

Drevni kocur - Lucjusz wykonał taniec wojenny...
...i nawet podwoił objętość włosia...
...okazywał wyższość...
...ale w końcu musiał zejść z drzewa i się bawić :)

sobota, 30 października 2010

rozpaczliwy rozdział 37 bodaj ...


Miłościwi Czytający!

W klinice pod wezwaniem Matki Polki bez zmian. Trup ściele się gęsto, prawie tak licznie jak pogłowie myszy przynoszonych przez Rumbę. 

Nazwany roboczo "Wywoływacz Pawia", przyniesiony przez dziecko szkolne, najnowszy wirus, zatacza szerokie kręgi. Ostatnią noc pokutował Kocuru - przybity do muszli, z misą na kolanach, a dziś dopadło Jagodę. Tak ni z gruchy, ni z pietruchy, za to obficie marchwią i kartoflem (bo akuratnie była zupa wielowarzywna). 

Niech mnie ktoś zastrzeli! 

Makabryczna wyliczanka - zastanawiamy się z Inżynierem i Halyną, - huz next? No, wybaczcie, ja nie mam czasu na haft ozdobny, ja rano po psa muszę jechać. I w ogóle - jestem w szoku, że pomimo miliona wiadomości, rozesłanych po ludziach, nie znalazł się NIKT godzien Atosa...

Żeby było zupełnie śmiesznie, to kiedy noc zastała pawiem Kota, na skutek jakiejś strasznej wichury, nie było prądu w całym Hrabstwie. Przyświecając sobie telefonem i próbując skierować strumień w kanalizę, człowiek się musiał nagimnastykować.  I tu bardzo do sytuacji pasuje tekst Sosziego, że to były "egipskie plagi w egipskich ciemnościach".

Tak właśnie nawiązując do plag, zemsty, armagedonu, wichury i Sosziego, to oto przyczyna braku opisu Wuja w podstronie:



Sud But True. R.I.P. itd. Najgorsze jest to, że jego rodzona matka - Ciocia Krysia-Misia nie zanotowała tego faktu, bo buszowała w Galerii...

No to mam ostry dyżur, jakieś 2 miesiące bez mała. Szpital na peryferiach i Żena za pultem. Pewnie to wredne, ale tak sobie myślę, że skoro Kalina pojechała do taty na łikend, to mogłaby (czy ktoś mi kiedyś wyjaśni pisownie "by" - razem czy osobno, do diaska?) obdzielić go sprawiedliwie pandemią, zarazą, pomorem i pożogą? No bo niby czemu on ma być fun, cyrk, zoo i wesołe miasteczko, a ja kaplica, kostnica, pawulon i przybudówka w aptece? No, sorry, Wrona, ale to jest nie fer. 

Jezu... nikomu nie życzę bycia matką. To chyba gorsze niż bycie na liście dłużników Urzędu Skarbowego. I w ogóle, jeżeli już jesteście lub zamierzacie być rodzicami - przenigdy nie puszczajcie dziecka do szkoły! Śmierć, zniszczenie, czarna flaga, wymioty, katar, owsiki i cholera. Poza tym lekcje religii, nieszczelny bidon w plecaku i zadania domowe. Stanowczo odradzam!

Wasza, gasnąca, Matka Polka

piątek, 29 października 2010

APEL!

No dwóch mi się nie uda wziąć, ale może ktoś chciałby przygarnąć tego fantastycznego psa:


mogłabym go przywieźć w niedzielę do W-cha...

czwartek, 28 października 2010

rozdział 36 - kilka piosenek i puszka Pandory

Ahoj!

Wasz Koszałek-Opałek zamiast zaszaleć z sierotką, pod wpływem twórczego kaca po koncercie Włochatego, postanowił spisać dzieje Hrabstwa Rusinowa. Już dawno ktoś powinien to zrobić, ale na ogół wszyscy są zbyt pijani.

Urodziłam więc podstrony, na które kliknąć możecie po prawej stronie i jak Alicja wskoczyć do krainy opiumowych czarów. Są tam charakterystyki postaci koczujących w Hrabstwie i występujących w pamiętniczku Matki Polki oraz opis miejsca akcji, w którym płynie owoc żywota naszego, amen. Człowieki, które nie znalazły się w opisie, niech się nie obrażają – już zbieram na Was kwity, wysyłam zapytania do IPN-u i tankuję lecytynę w celu odświeżenia zapleśniałej pamięci. Osoby, które chcą negocjować swój opis, mogą znosić dary pieniężne i inne dobra na znany Wam adres.

Chciałam sworzyć kronikę tych podszytych uranem ziem, zanim podniosą nam stawki za gaz, prąd i wodę i wszyscy będziemy zmuszeni wyprowadzić się do Burkina-Faso. W tym celu zastygłam katatonicznie przy laptopie na długie dni, podczas których poza zaniechaniem mycia, jedzenia i sikania, nie zdarzyło się nic wartego opisania. 

Ze stanu kronikarskiego odrętwienia wyrwał mnie brutalnie kolejny wirus, przemycony przez Kalinę ze szkoły. Ja podejrzewam, że pani od biologii ma jakieś tajne laboratorium na zapleczu i otwieraczem rozbabrała puszkę Pandory z jakąś cholerną epidemią. Czy pani Wojtczak nadal tam uczy?

W każdym razie, od 3 w nocy trenowałam bieg na przełaj i skoki przez płotki z miską na wymiotki. A właśnie tego ranka, pierworodna miała jechać z grupą na występ taneczny. Zamiast tego wiła się jak performerka voo-doo, z pianą na ustach do 10 rano. Do tej wielogodzinnej sceny pasowałby podkład muzyczny z Chylińskiej „Będę rzygaaaać!”, ewentualnie Ewelina Flinta „Żałuję, że cię zjadłam”. Rewelacyjnie komponował się też „Pawia Krzyk” Dżemu, ale dałam sobie spokój z oprawą przedstawienia, bo pomiędzy miską a kibelkiem składałam właśnie w szoku „Złote Jajo”.

Strasznie mi żal, że mój mały słoń nie mógł pojechać na występ i udowodnić , że nie stłucze całej porcelany w składzie. Foto z próby robiła Daniela:


Jak co roku, jak w piosence – włamaniami jesień się zaczyna. Zdemolowali mi działkę. Jeżeli kiedyś będę miała przyjemność złapania sprawców, od razu dzwonię do wytwórni z roboczymi zdjęciami do „Piły 16”. Jeśli jednak nie uda mi się poznać ich osobiście, niech będą pewni, że jeśli przed lustrem 5 razy powtórzą „Matka Polka”, zmaterializuję się tam i doprowadzę do podobnego stanu ich chałupy.

Ten Rudy Dziadu – Lucjan strasznie się rozbisurmanił. Podsikuje w kątach. Ostatnio przegiął i strzelił Tadeuszowi do butów wyjściowych (wejściowe były w szafce). Inżynier jeszcze nie wynalazł sposobu na naprawienie kota.
Boję się, że pójdzie w radykalizm, owinie głowę szalem Halyny, sprowadzi kota do piwnicy, gdzie zmusi go do nagrania video, na którym Lucek będzie przekonywał inne koty, że sikanie po domu jest naganne. A potem Inżynier użyje pieńka i siekierki. 


No i jeszcze, oczywiście zupełnym przypadkiem odkryłam taką aukcję:
Tylko muszę jakimś cudem otumanić rodzinę, aby bezwolnie wyrazili zgodę, naćpać czymś Kocura, żeby mnie zawiózł do Jawora...

wbrew pozorom...
to tylko pieszczoty...

piątek, 22 października 2010

XXXV - RODEO

Tęskniliście? ;)
Całe 4 dni bez posta, normalnie detox. Ale już, już odpalam Mogiłła Fajerfox, lepię baner, piszę pierdołły.

Istotna informacja: chyba mam pomysł na opanowanie histerii religijnej u córki. O radę spytałam Żuka, w końcu jako stary metal i szatanista powinien mieć swoje szamańskie metody. Odprowadzaliśmy akurat dzieci do klasy, kiedy córka nie chciała oddalić się spod tablicy o tygodniu papieskim, czy jakoś tak, bo pragnęła mnie koniecznie zaznajomić z matką Jezusa (Hi, Miśnia! Hi, Maryja!).
Żuk zawyrokował egzorcyzmy. Wszystko mu się w tej metalowej głowie pomieszało! Widać, że dawno nie praktywkował zażynania kur w świetle księżyca, bo przecież egzorcyzmy, to wyganianie Złego i przywoływanie Dobrego. Złu z dobru mu się porypało. Ale dał mi trop jak dr Wilson Hous'owi. Odprawię egzorcyzmy do góry nogami, powinno dać rezultat. Co prawda będzię ciężko, bom na bakier z gimnastyką i od dawna nie byłam na wspinaczce, ale poświęcę się (tfu!).

Z przeżyć religijnych, to Kocuru doznał wiek chrystusowy. Chcieliśmy go ukrzyżować, ale osobiście się wystraszyłam, że ktoś buchnie krzyż z Kotem i schowa do kancelarii Bronka. A skoro nie mam kasy, żeby jechać po upatrzonego psa do Strzelina, to skąd wezmę na kota z Warszawy?
Poza tym nie wiedziałam jak on ma odsunąć głaz narzutowy z parku, jak go schowamy w grocie na 3 dni. I był problem ze znalezieniem Łazarza, mieliśmy tylko kilku łgarzy tudzież łazanki.
W końcu zrobiliśmy najazd na chatę Eli, ale jak się ma w domu dwójkę dzieci z zapaleniem oskrzeli, to się trzeba szybko zwijać w pielesze i oddawać uciechom odflegmiania.
Więc Kot uznał, że biba ma się odbyć w sobotę. Świnia – wie, że mam wtedy nockę.

Oto foto. I kocurówka od Dudków :)

młode lico starego Kota
strach na lachy

szalona Kapelusznica
jubilat chwali Pana

Jest zimno i wczoraj spotkała mnie zamieć śnieżna. Coś strasznego. Nie ma słońca, nie mam gdzie wieszać prania! Pozostaje mi zmusić się do wypadów na strych. To stanowczo za wysoko i za daleko. Moje uśpione jak niedźwiedź w gawrze mięśnie nóg nie są gotowe do takiego wyczynu.
Uprawianie tego sportu jest dla mnie równie abstrakcyjne jak propozycja położnej, kiedy wiłam się wijąc (powijając?) Kalinę, żebym sobie na piłce gumowej z uszami poskakała. Co ona paliła? - pamiętam, że pomyślałam wtedy nim zamordowałam ją wzrokiem. Jakaś niewidzialna siła właśnie przybiła mi podbródek do klaty, jak na loopingu, ruszyć się sposób na madejowym łożu, a babie się wydaje, że mam siły i humor na festyniarskie dyscypliny sportowe i gumowe podskoki po korytarzu przy akompaniamencie chlupoczących wód płodowych. Już się widzę jak wymachując pępowiną niczym lassem oddaję kolejny sus krzycząc IHAAa!
Już się widzę, jak biegam na strych z trzema misami prania dziennie.

Oddajcie mi lato!

drzewo z głową kota
brodata dziewczynka
Kalina miłuje jesień
parafutro

niedziela, 17 października 2010

XXXIV - czynnik bezPSI c.d.


Tak sobie myślę, że dobrze mnie Kocuru do bramy wepchnął jak ten „akita” pies się miział i wkładał mi w dłonie wielki, mokry łeb. I wejść chciał ze mną do domu i najpewniej zamieszkać, podmienić się z Lolą. I patrzył na mnie młodszy, piękniejszy, syn fabrykanta, króla bawełny...

Zbyt podatna jestem na takie hop-siup plumki w tej mojej chorobie sierocej. Nie powinnam w najbliższym czasie wyłaniać się z domu, skoro nawet Elvis The Dog wydaje mi się słodkim pluszaczkiem, a jego ślinotok na moim ubraniu jest niczym nektar, ambrozja, mirra i kadzidło.

Najbezpieczniej jednak będzie czytać Pudelka.

No i boli mnie kieł. Oczywiście, ja wiedziałam, że to się kiedyś stanie. Ale, że porzucenie kła = zabieg wpuszczenia w kanał wiertła i kapsuły na miarę tych z akcji ratowniczej w Chile, to zostawiłam sobie bydle na sytuację kryzysową. Która nadejszła. Chyba. Niestety, mimo ćmienia i boleści, nie pali mi się do chirurga szczękowego, bo przecież z kanału nie wyskoczy 33 utytłanych, radosnych górników, tylko ja wyskoczę z gabinetu, z rozdartym (dosłownie i metaforycznie) ryjem, pozbawiona 200zł w dodatku. Chyba jednak chcę być już na tyle stara, by mieć sztuczną szczękę i jedyne zmartwienie w obrębie jamy gębowej to dylemat czy użyć butaprenu, czy może poxipolu.

Auuuu!

XXXIII – czynnik bezPSI

Z psów pozostał mi tylko pies Pawłowa. Nie potrafię opanować odruchów wychodzenia z psem, nalewania świeżej wody psu, poszukiwania psa, nasłuchiwania i w ogóle co zrobić z częścią obiadu, która lądowała w misce, żeby było miło psu. Którego nie ma. 

Po dwóch dniach coś zaczęłam widzieć na oczy. Niestety głównie widzę Brak. I Pozostałości. No bo jak tu uprzątnąć kojec, smycz, miskę, pozbyć się?
To zupełnie bez sensu i to zupełnie nieodpowiedni moment, ale łapię się na szukaniu ogłoszeń o psie w internecie. Takim samym, chociaż to oczywista pułapka, bo drugiego takiego nie ma. Głupi syndrom zasiedlenia kojca, żeby nie rozpamiętywać. 

Ale jaki zwierz tak pokocha moje dzieciary i stado kotów? Która spanielica będzie tak pozytywna, cierpliwa? która z miłości dostanie pokarm i wykarmi kocięta? Która napije się ze mną piwa dla towarzystwa i nigdy nie będzie miała mnie dość? Wolałabym mieć ją naprawdę, a nie już tylko w formacie jpg. Tak więc poszukuję klona. Mission Impossible!

No i dla zainteresowanych, wczoraj po osiedlu, w deszczu biegało takie coś za mną (po to chyba, żeby mi już całkiem serce w plasterki pokroić jak salceson), piękny pies, podobny do akity, albo komuś zwiał, albo ktoś go wyrzucił:


Ku pokrzepieniu serc:







GRY