niedziela, 16 stycznia 2011

69 - krótka, fekalna notka w samo południe + urodziny


Jagoda musiała inspirować się filmem „W samo południe”, gdy punkt 12.00 wystrzeliła 9(!) kupę.
Może to idą jakieś tajone w paszczy zęby? Na pewno idzie kupa (o tak, kupa idzie non stop) kasy na pieluchy.

W ogóle na wiki piszą o tym westernie:
„Film jest opowieścią o heroicznym stróżu prawa, który w pojedynkę broni zastraszonych i bojaźliwych mieszkańców miasteczka przed czwórką rewolwerowców-bandytów. Początkowo liczy na wsparcie swych zastępców i mieszkańców; z czasem przekonuje się jednak, że może liczyć jedynie na siebie i na swoją dopiero co poślubioną małżonkę.”
Natomiast w wersji z Jagodą jest tak:
„opowieść o heroicznej Matce Polce , która w pojedynkę broni zastraszonych i bojaźliwych mieszkańców domostwa przed kolejną śmierdzącą bombą we wnętrzu pieluchy. Początkowo liczy na wsparcie swych zastępców i mieszkańców; z czasem przekonuje się jednak, że może liczyć jedynie na siebie i na swojego nigdy nie poślubionego Kocura, który niczym Syzyf-szambonurek walczy w stajni Augiasza za pomocą mokrych chusteczek.”

Jak oduczyć dziecko walenia w pieluchy? Śmierdzący problem, nad którym pochylał się już Sofokles, Sokrates i pewnie Kinga Rusin w swoim wiekopomnym dziele. No bo ja nie wiem. Może jednak użyć patentu Krzysia, stosowanego na Karolinie? Ja używałem pieluch do 20kg – zwykł mawiać Krzyś – jak zawartość ważyła już 20 kilo, to wymieniałem...
No i proszę jak na naturalnym nawozie nam Karola urosła – wczoraj już 15-te urodziny!

Ela to miszczu tortowy
z wiadomych względów, mnie najbardziej urzekła biała myszka
wsiadł do autobusu człowiek z tortem na głowie
Info dla Padre Wrony:
przykro mi, ale nasza córka z uporem utrzymuje, że to Bóg jest jej ojcem...

środa, 12 stycznia 2011

68 - Z wnętrza mokrej, głębokiej dziury...



Powrót z pracy do domu przez ulicę Świdnicką jest niebagatelnym wyzwaniem.

Nie mówiłam Wam jeszcze, ale jestem gwiazdą jaśniejącą na firmamencie, bo każę się wozić zamiast zrobić prawko, którego zdobycie byłoby równie dla mnie możliwe jak przejęcie prezydentury w Warszawie, wbicie Hanny Gronkowiec-Wał na pal anteny Pałacu Kultury i spalenie wszystkich garniaków na terenie molocha w wielkim ognisku na bazarze Różyckiego. Za mojego szofera robi oczywiście Kocuru, choć to chwilowo nieaktualne, gdyż nie mamy na benzynę.

Więc wracając do ulicy Świdnickiej – kto o zdrowych zmysłach chciałby tam wrócić?! No – może chłopaki z „Bezcipia”, nevermajnd.  
Wałbrzych niesie pałeczkę i ma wiele czarnych koni (ach, ten niezamierzony erotyzm…), ale ulica Świdnicka jest z pewnością wyjątkowa w swoim zadziurzeniu. Tylko Czarna Dziura może tu stanąć w szranki i idę o czek potwierdzający ważność wałbrzyskich wyborów, że właśnie skitrała się za Drogą Mleczną, bo może bohaterce tego posta asfalt wylizać, co najwyżej.

Przejechanie tego odcinka jest dla kierowcy nieformalnym egzaminem na pilota w rajdzie ekstremalnym. Oraz gratką dla pijanego kierowcy, bo takich zygzaków nie widziały nawet serpentyny w St. Tropez (gdzie bywam czasem z szoferem lansować się na jachcie). Mieliśmy nawet dziś taką światłą myśl, że to jest dobra lokalizacja do programu „Kobieta na Krańcach Świata” – Martyna Wojciechowska i odcinek na ul. Świdnickiej w Wałbrzychu. Swoją (dziurawą) drogą – obserwowanie ludu tubylczego jest wielka uciechą, Tony Halik by to wziął na tapetę…

Ostatnio jechaliśmy tamtędy i drogowcy postanowili się cudownie objawić w celu załatania tych dziur powyżej 1m sześcienny. Stara tradycja z XVIII wieku uważa osuszanie rozpadliny za dziełło Szatanna, no to kultywowali ją radośnie wlewając parującą, asfaltową ciapę w pełną wody dziurę, przyklepywali gumowcem i jechali dalej. Zastanowiło mnie wtedy, czemu właściwie nie przyprowadzą krowy i nie poczekają aż ta narobi do środka? Przecież to wiele tańsze, a i efekt ten sam.

Więc dziś wypadło. Wsad się wziął wyjął. Krwawy roztop zabrał resztkę nawierzchni i O! jakżesz ja żesz aczkolwiek cholibka nie pierdollę! – wierzcie mi- nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi.

Lecz ja wiem. Ja odkryłam. Odnalazłam sens zagadnienia.  Te dziury nie są tam przypadkiem!

To jest to miejsce, którędy pracownicy Chińskiego Sklepu w PDT szybko wracają do domu po robocie. Siup! w okrągłą przepaść i już jest na drugiej, chińskiej półkuli.  Już je rosół pałeczkami. Albo taka przywózka towaru – ile to zajmuje przez Świdnicka-Chiny, a ile tocząc się transsyberian po owalu planety? Więc lokalni krisznowcy z Walterem na czele jednak wymodlili powodzenie w interesach. Hare-Hare! Wałbrzych-Pekin! Super road, para metro.

Druga rzecz objawiona: nie sposób nie zauważyć Tej Ulicy. Czemu nie zamknęli jej już kilka miesięcy temu? Ano widać, ktoś w Zarządzie Dróg jest wielkim, dozgonnym, lubieżnym miłośnikiem dziur wszelakich. Dziura go inspiruje, podnieca, cieszy go dziura. Dziwaczny osobnik. Ale, jak mawiali starożytni: „dziura humanum est” soł „carpe dziurem”.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

67 – bo ona się bała pogrzebów...

z tekstu to wiadomo, ale z obrazka odsyłam do serialu "Carnivale"


Tak unikałam księdza, że aż dziś przyszło mi w jego towarzystwie spędzić  1,5 godziny.

Więc dla wszystkich praktykujących katolików ten post będzie zły i brzydki i jeśli ktoś może się poczuć urażony, niech nie czyta – na wszelki wypadek.

Sama jestem zła na siebie za ten post, bo w ogóle nie miałam pisać tutaj o rzeczach poważnych, smutnych i na serio, ale...

Poszłam na pogrzeb znajomego, który był (abstrakcyjny czas przeszły) naprawdę serdecznym, dowcipnym, wesołym i ciepłym człowiekiem. Tata moich koleżanek, sąsiad z osiedla, zawsze przystawał, żeby zamienić parę słów, no równy gość. W głowie mi się zmieścić nie może, że tak naprawdę już Go tutaj nie ma, ogromnie mi przykro, gdy pomyślę o Jego żonie i córkach.

Nie cierpię pogrzebów, ale gdy ktoś, kogo znałam i ceniłam umiera, idę na pogrzeb z szacunku dla niego. Pogrzeby są straszne, szczególnie w obrządku chrześcijańskim, nie widzę w nich niczego, co miałoby tchnąć w żałobników jakąś nadzieję. Ale pogrzeb to w pewnym sensie zamknięcie etapu, uświadomienie innym, że to stało się naprawdę, rodzaj przejścia.

Nie obiecywałam sobie nie wiem jak pięknej ceremonii. Ani, że proboszcz zdobędzie się na coś wzruszającego, lub choćby będzie mówił z sensem. To może stąd, że w swoim subiektywnym wstręcie do kościelnych rytuałów, lwia część produkcji Made In Church jest dla mnie bezsensownym bełkotem.

Ale żeby nie wspomnieć o żegnanej Osobie ani jednego zdania? Żeby nie odnieść się w tej gadaninie personalnie? Żeby nie znaleźć w bogatej tradycji chrześcijańskiej jakiejś przypowieści, fragmentu, który pocieszyłby rodzinę…
Owszem, ze trzy razy wymienił człowieka po imieniu, w kontekście swych dziwacznych opowieści, jak to np. nie odmówił katolickiego pogrzebu skazanemu na śmierć, polansował się miłosierdziem, wspomniał o karze śmierci, ale co to do cholery miało wspólnego ze Zmarłym?

Co miała wspólnego z sytuacją katastrofa smoleńska, Lech Kaczyński, Ryszard Kaczorowski?

Uraczył wszystkich opowieścią o 10 roztropnych i nieroztropnych pannach, które szły na jakieś wesele i te, które zapomniały oliwy i poszły ją kupić, spóźniły się i nie zostały wpuszczone. Puenta głosiła, że każdy z nas powinien zawsze nosić ze sobą zapas oliwy. Na tej frazie zaciął się i powtarzał to z 15 razy, co brzmiało w końcu absurdalnie, niedorzecznie i irytująco. Miałam ochotę mu ta durnowatą oliwę kupić i sprezentować. Ale chodziło oczywiście o to, że kto nie biega do kościoła przez całe swoje życie, a na koniec się nawet nawróci, to kupił oliwę za późno i drzwi do zbawienia ma zamknięte. Kod "na listonosza" nie działa. Bo przecież lepsza przeterminowana, stęchła, zużyta, dogmatyczna i pusta kościelna oliwa niż bycie po prostu dobrym człowiekiem.
Nie trzeba było zresztą czytać między wierszami, bo stwierdził wprost, że nie wystarczy żyć dobrze, nie robić krzywdy, być serdecznym, czynić dobro. Najważniejsza jest modlitwa, sakramenty, kościelne fiku-miku.

Ameryki nie odkryłam. Jeśli ktoś nie pała miłością do kościoła, to dlatego, że razi go takie podejście.  Nie jest to też domeną wyłącznie katolicką, choć najpewniej przodują.

Całość kazania potwierdziła moje ponure zdanie, że tu wszystko sprowadza się do gimnastyki: wstań, uklęknij, wstań, usiądź, uklęknij, jakieś dzwoneczki, kadzidła, archaiczny język posępnych pieśni, beznamiętne klepanie pacierzy, harmonogram mszy, ofiara na tacę, wstań, śpiewaj, uklęknij. TO zapewni ci wieczne istnienie, zbawienie, dopuszczenie, odpuszczenie i zmartwychwstanie. A reszta niech się pocałuje w bezbożny tyłek, bo w kołysce nie zamówili dożywotniego zapasu oliwy - sympatii księdza. 

Coś mi się widzi, że pan Andrzej był dość daleki od trawienia czasu na kościelną gimnastykę i ksiądz dał mu to dzisiaj odczuć, ale miłosiernie odprawił mszę i ofiarnie pobrał odpowiednią opłatę.

Nie wątpię, że są ludzie, którzy mocno i prawdziwie przeżywają religię w tym wydaniu. Nie wątpię, że są umiejętnie zmanipulowani przez firmę „Kościół”, która w imię podniesienia swojej sprzedaży nawet w tak intymnym, rozpaczliwym dla bliskich momencie, nie omieszka postraszyć paluszkiem nad trumną. W imię strachu, który goni do kupna, w imię jedynej słusznej racji, monopolu.
Ale każdy ma swoje wybory i trzeba je uszanować.

Oświadczam i biorę Was na świadków, że jak wreszcie kitę odwalę, pragnę być skremowana i nie życzę sobie katolickiego pogrzebu.

Tak mi dopomóż bóg (z premedytacja pisany małym „b”- w wersji KK nie mam z nim wiele wspólnego) i święta naiwności :)

Notka sponsorowana subiektywizmem, rozczarowaniem i żalem autorki. Być może tylko ja tak odebrałam tę sytuację.

Toast, panie Andrzeju!

niedziela, 9 stycznia 2011

66 - kolejna bomba biologiczna


Była mała przerwa, ale wiecie: „MACHETE DON'T TEXT!

Zajęta byłam ogromnie, bo Dudki mnie demoralizowały. Powinnam się domyśleć, że spotkanie ich w wieczornym deszczu po ciemaku wróży walkę ze ZŁEM. Bitwa przegrana, resztki zła walały się po kuchni i straszyły wyziewem, kiedy tam o 2 w nocy matka-Halyna weszła z laczkiem w celu przejęcia władzy nad menażerią. Bo odkąd mam Bibkę, to się okazało, że 2.00 jest przecież idealna na zabawę psa z kotami, ze szczekaniem, miauczeniem i gonitwami po ścianach. I tak jedna Biba okrutnie obnażyła drugą bibę. A Halyna najpierw nastrzelała wszystkich kapciem i jeszcze musiała po nas posprzątać :)

Nie mogłam pisać też z tego powodu, że jak wiecie – unikałam księdza. Księdza najlepiej uniknąć w miejscu, w którym ksiądz raczej nie występuje. Lub występuje relatywnie rzadko. Pomyślałam o piwnicy, no bo po co ksiądz miałby tam łazić? Gdyby chciał jednak zejść tam w celu odkrycia złóż niewiernych parafian, usiłujących przeczekać, wcinając kiszone ogórki ze słoików, pewnie i tak posłałby tam ministranta. Chyba, że w Jakimś Celu by chciał tam za ministrantem podreptać... No nie wiem.

Więc zaszyłam się w piwnicy, gdzie odżywiałam się sfermentowanym kompotem, bo tylko to się ostało. Zimno jak cholera, fermentacja też niezdrowa i to wszystko pewnie jest powodem, dla którego siedzę teraz z totalną telepawką, trawiona gorączką. Żrę gripexy i aspiryny, ibuprofeny, witaminy. Jestem rozbita jak butelka od szampanie po fajerwerku i nie wyglądam dobrze po 30-tce nawet jak pół Ibisza. Spocona, z rozpiętym rozporkiem, bo już bolą flaki od tych piguł, z oczami czerwonymi jak królik angora, nie jestem sexi mamą jak Kasia Cichopek. Ale za to jestem w pracy. Czyż nie mogło zdarzyć się lepiej w takim stanie? Hurra i alleluja, kurwa jego mać.

Dzieli mnie dystans jednej godziny od śmierci łóżeczkowej własnej. Owijam się kocem i wskakuję do szuflady z prochami. Gdzie też się zapodział lekarz Michaela Jacksona?

Elvis żyje i koncertuje

środa, 5 stycznia 2011

hoł, hoł, hoł - niebawem 10.000!

SuperHirołDog!

chyba żartujecie z tymi dużymi łapami :))

poniedziałek, 3 stycznia 2011

65 - Post scriptum post-świąteczne


Siostra Heidi z resztą mongolskiego taboru wyjechała w germańskie ostępy :( Smutno i pusto. Dzieciaki z bandą czworonogów próbują dopiąć skalę chaosu do fulla, ale to nie to samo. Tłum dziewcząt rozpacza pod drzwiami za Benjaminem, nic tylko chodzę i zmywam mopem morza łez pod wycieraczką.

Niby już po świętach, ale widok kikuta choinki z resztką ozdób, których jeszcze nie zżuł pies, wzbudza pewną panikę. Wiem, że ci, którzy wiedzą o moich dziwnych fobiach, takich jak lęk przed balonami czy wstręt do guzików, śmieją się ze mnie. Ale oto odkryłam nowy strach przed bożonarodzeniowym drzewkiem. I nie wiem jak to nazwać – bożodendrofobia? 
W każdym razie ta z pozoru niewinna choineczka, która zabiera połowę przestrzeni i czyha igliwiem w dywanie na bosą stopę, przestrasza z trzech powodów. 
Po pierwsze jest parodią minionych świąt i przypomina, że takowe jeszcze nadejdą. 
Dwa, że ktoś ją musi rozebrać, zataszczyć na działkę, kilofem wyrżnąć dziurę w zamarzniętej ziemi, posadzić i pielęgnować, po to jedynie, by wiosną uschła i trzeba będzie ją porąbać i spalić w kill-grillu. 
I wreszcie – zwiastuje czarną potworę w sutannie, która przyjdzie po kolędzie. A to już katastrofa.

Rokrocznie uciekam przed batmanem na mrozy i zawieje, odmrażam sobie nogi robiąc 20-te kółko w parku, bo ta cholera nigdy nie przychodzi punktualnie i ma poślizg jak gwiazda wieczoru na koncercie. Nie sposób schronić się u znajomych, bo nikt nie wie, gdzie ksiądz zaatakuje najpierw. 

Raz nie wytrzymałam, bo dzieci miały już temperaturę dobrze zmrożonego piwa, poza tym rozpaczliwie chciały jeść, pić, siku, kupę, batona i balona. Powróciłam niniejszym tuż przed kropidłem i zaszyłam się w najczarniejszym kącie. Wydała mnie starsza córka, z uśmiechem kablując proboszczowi, że mamusia jest w pokoju i nie chce wyjść. Zresztą na pytanie, czy umie się żegnać, odparła „tak – do widzenia”, zupełnie jak w komedii. 
Halyna próbowała mnie kryć i ściemniła, że córka właśnie karmi piersią. Ale w tym roku ten kit nie przejdzie, bowiem teraz nie uwierzy, że można karmić czymś, czego się nie ma.

Inna rzecz – jest opcja, że Dudek wpadnie z vendettą za afront na pasterce i co jak co, ale ja nie mam w domu miejsca na makatkę z ukrzyżowanego księdza. A wiadomo – w Hrabstwie wszystko się może zdarzyć.

No i jak on mnie wodą święconą, a ja wtedy zacznę syczeć i parskać na krucyfiksy, szperać mu w kopertach? No siara, kłopot dla rodziny. Przecież jeśli zaliczę zejście śmiertelne za jego kadencji, to od razu wiadomo, że mnie nie pochowa na bożej ziemi i mnie biedna rodzina będzie musiała wyrzucić na kompost. Zamiast rozsypać prochy na działce lub w ulubionym monopolowym.

Ma kto pomysła jak ukryć się przed kolędą? A może by tak jutro wywieźć truchło choinki i przebrać się za nią w tą złą godzinę?

P.S. Pies Biba jest niesamowity! Bardzo pocieszna, szybko się uczy i prawdopodobnie ma 7 żołądków. Dzisiaj w ciągu 10 minut 6 razy ukradła mi różową, pluszową świnię, którą próbowałam ocalić przed rozpruciem :) Ach, i siedzi jak Al Bundy przed telewizorem. I nie mieszczę się w łóżku...

EDIT: wszyscy patrzą na łapy Bibki i mnie straszą, że będzie wielkości Elvisa :))

64 - Szczęśliwego Nowego Jorku czyli 60-tka Janusza

Tak, moi mili, na zdjęciach szanowny, 60-letni Jubilat, który całe życie marzył, by stać się Batmanem :D

63 - Sylwester u Lupy w telegraficznym skrócie :)

Photobucket

Photobucket

Photobucket

rodzina Soprano

















marynara łubudubu









GRY