poniedziałek, 16 maja 2011

90 - Frajwedruj, Alicjo.


Kilka dni temu prawie zostałam wybawiona od pisania nudnych postów. Jeden z grouppies tej strony (z którym rozwiodłam się jakiś czas temu) doniósł, że blog wyparował. Już myślałam, że to sam Dżordż z Obamą za Osamę mnie pokarali i szykują przytulny kącik w Guantanamo, bo mają przypadkiem jakieś moje zdjęcia w turbanie z ręcznika po myciu głowy. Ale nie – to tylko chwilowa zwiecha Google była i proszę – jestem z powrotem, macie, męczcie się.

Zostanie więźniem politycznym byłoby znacznie ciekawsze niż nudne życie rudej matki na bezsensownej diecie. No i tradycja rodzinna jokoby podtrzymana, jeśli wziąć pod uwagę mroki rodzinne, że wuj siedział za partii, bo opowiedział polityczny kawał, a matka Halyna została karnie zesłana do innej podstawówki za bicie ruskich chłopców. To zresztą wyjaśnia jej późniejszy pociąg do szalonego Inżyniera, który w czasach służby wojskowej, będąc czołgistą, usiłował ostrzelać jakąś wioskę na północy Polski, pod wpływem mazurskiego samogonu. (Tak na marginesie - Halynie chyba zostały resztki przywódczego zacięcia, bo kiedy woła wnuczki z podwórka, to przez okno krzyczy takim tembrem, że wszystkie gołębie w Rynku natychmiast przestają srać).
Gdyby do tego dodać angielskich lotników, co nie byłoby problemem w czasach masowej migracji na Wyspy, oraz „Upadłą Madonnę z wielkim cycem” Van Clompa, byłoby z tego istne „Allo, Allo”.

Tymczasem proza życia i poezja pomysłów niedobrych dzieci. Jagoda po raz kolejny odkryła w sobie pociąg do fryzjerskiego dizajnu i nożyczek siostry i wycięła sobie na głowie szoszona. Tym razem po całości, po grzywce, po bokach, z tyłu i z przodu, obłąkana Jaga Hupało, psia jego fryzjerska mać. To ja już wolę jak smaruje telewizor ogórkami kiszonymi.
Wstyd teraz wychodzić do ludzi z tym dzieckiem więc skrywamy się w ostępach działki, gdzie oswajam szpadel, łamię haczki, wyrywam kleszcze i paraliżuję się strachem przed szerszeniami, które co roku na owadzim rynku nieruchomości kupują udziały strychu mojej szopy.

Była też mała przerwa na foto oprawę magicznych urodzin Szalonego Kapelusznika sfazowanego Timem Burtonem. Surrealistyczny klimat, esy, floresy, fantasmagorie. Mnóstwo zwariowanych zdjęć, z czego kilka poniżej.

„Zapamiętaj, tylko wariaci są coś warci!”

89 - Urodziny Kapelusznika












czwartek, 5 maja 2011

88 ... + rzeczywistość



Zacznę od tego, że moja absencja to wynik rozczarowania. Wszędzie te relaksacyjne fotki: leży sobie człowiek w wyrku, pozycja wygodna, na kolanach laptop, uśmiech i wygoda. Gówno prawda moi mili. Od druzgocącego przemeblowania, jako biurko służy mi niskie krzesło i już mam lumbago-freestyle, poza garbem nabytym w genach. To boli.

Od czasu utraty pracy, Inżynier pogłębia się w depresji. Godzinami siedzi bezczynnie wpatrując się w firankę i majaczący za nią w oddali sklep z asortymentem alkoholowym. Lub śpi 4 razy dziennie po 1,5 h. Co prawda, nie różni się to jakoś znacznie od wymiaru jego aktywności w czasach szpanowania na rynku pracy, ale teraz nawet nie wynosi on puszek po browarach do swojego królestwa myśli irracjonalizatorsko-wynalazczej, co martwi i utrudnia przemieszczanie się po komnatach. Oraz daje jedyny powód rabunkowy do napaści na owe komnaty przez miłośników aluminium.

Lecz dziś przegiął – zgubił moje dziecko. Dokonał mission incomplete i powrócił ze szkoły bezdzietny/bezwnuczny. Do tej pory nie rozumiem kto kogo tam chciał wykiwać, ale ostatecznie plan zawiódł i zniweczyła go chytrze p. Agata (szczwana kobieta!), znajdując gdzieś w odmętach szatni bezdomną Kalinę. Tym samym wymazywanie gumką z dowodu liczby dzieci oraz zacieranie wszelkich śladów, okazało się bezcelowe, acz przynajmniej zabiło czas w nużącej pracy.

No i Osamę utłukli. Fiesta, Miley Cyrus śpiewa, bang-bang, niech żyją bohaterscy Amerykanie, orędownicy pokoju! Flaga w gwiazdki patetycznie łopoce, a ludzie czują się bezpieczni zarówno w stacjach metra, jak i w biedaszybach.

 Odsyłam do klasyka: Fahrenheit 9/11”, a w celu zdobycia odpowiedzi na temat istnienia zwłok Bin Ladena najlepiej zapytać wielką mątwę, kapitana Cousteau, kapitana Nemo i samą Lorelai. W końcu to takie wiarygodne, że po 10 latach od wrobienia faceta w paliwowo-wrześniowy happening U.S.A.  (jednocześnie uzbrajając przez lata  jego rodzinę), zrobienia z niego masowego mordercy nr 1, dekadzie poszukiwań i zmyłek o rzekomym unicestwieniu – wyrzuca się (ponoć) jego (ponoć) zwłoki do morza jak niepotrzebny but rybaka. 
U nas wiosna pod patronatem rozrzucania relikwii papieża, a tu się tak poszukiwane ciało marnuje? - bez sensu!

Ja tam daleka jestem od płakania nad jego grobem (nie lubię zresztą płakać nad wodą), bo wszelka ekspansja religijna napawa mnie przerażeniem, ale szczerze mnie wkurwia fakt, że w tej chwili niejaki George Bush zupełnie spokojnie czyta swoim psom na ranczu bajki o sarenkach. Kiedy (na marginesie – małym druczkiem) on sam, Komisja Senatu oraz opinia publiczna przyznali po latach, iż atakowanie Iraku było bezpodstawne. Że ponad 600 tys. Irakijczyków (w tym dzieci) zabrano życie, 6 milionom to życie rozwalono na kawałki, do czego należy doliczyć mięso armatnie czyli blisko 4.000 poległych żołnierzy, co mnożone przez rozpacz rodzin skrzywdzonego ogółu = 400 miliardów dolców rachunku za wojenkę, która i tak zarobiła na siebie, jeśli mamy paliwo za 5,25/litr. 


Zbaczając. Jestem marchewką. Postanowiłam, że skoro siwych włosów i tak mam więcej niż naturalnych,że postąpię zgodnie z charakterem, bladą cerą i piegami. Chyba polubię zmiany :)
Aktualizacja:  włosie skrócone o połowę (marchewa bez natki). Jak się mieszka w HR i całe życie było brunetką (wcale nie przystojną, acz wieczorową porą), to tym samym popełnia się strzał w stopę. 3 dzień sąsiedzi nie odpowiadają na dzień dobry. Zaczynam się czuć tutaj – pierwszy raz w życiu- incognito! Idę szybciorem wysprejować ogromny mural z Dżordżem na perzo-kiosku.

Bye-dye!




Miały być ładne zdjęcia. Będą inną razą.

czwartek, 21 kwietnia 2011

wiosennie

środa, 20 kwietnia 2011

87 - depesza z pepeszy


Absta – dzień pierwszy

Dzień przed wyjazdem mężczyzn mojego życia – Kocura i procesora i5, zrobiłam sobie intymny wieczór sam na sam. Z internetem.
Szczytem (szczytowaniem?) romantycznej celebry powinno być dokonanie przelewów na konto Tepsy, Plusa czy EnergiiPro (nie wiem, jeszcze nie losowałam z miski rachunków na ten miesiąc), ale z powodu czarnej dziury na koncie, musiał zadowolić mnie fejsbuk, jutub i ulubione blogi.
Śnił mi się transfer 6 mega, wirtualne byty hulały ze mną w casynach Las Vegas, widziałam celebrytów w gorszących sytuacjach prędzej niż Pudelek, a w kieszeni kurtki znalazłam 5 dych. 
Poranek niestety zrewidował senne majaki. Obudziłam się w wyczyszczonym z całego alkoholu pomieszczeniu, na parapecie mrugał lampkami bezużyteczny, wkurwiający modem, a po Kocie ostała się tylko para wczorajszych skarpetek.

Z braku możliwości wglądu w sondę, nadal nie wiem czym powinnam się zająć. Pojechałabym na Polną na tego Latynosa, ale nie mam na bilet, bo za ostatnie 2,60 kupiłam niepasteryzowanego Kasztelana (takie rzeczy, to tylko w systemie feudalnym).

Absta – dzień drugi

Nędznym porankiem znów rzuciłam się w kolorowe ramiona Walta Disneya. Maziając gąbką tło za hordą uśmiechniętych kreskówek, przed oczami miałam paletę kolorów RGB i marzyłam o funkcji copy-paste, co zaiste, ułatwiłoby sprawę. Dużo mi tego zostało. Ze złości skrzywdziłam na twarzy Alicję z Krainy Czarów.
Popołudniem skanalizowałam energię nosząc z Patti Dudi 50 kg krawężniki na ścieżką działkową i pracując szpadlem u podstaw. Nie muszę chyba dodawać, że teraz wszystko mnie boli i ruszam się płynnie jak R2-D2. Strasznie głupie rzeczy człowiek popełnia bez dostępu do cywilizacji.
I pomyśleć, że to wszystko po to, żeby w hotelu w Zielonej Górze, podle uprowadzony laptop kurzył się w kącie, bo zasięg ma taki, że zanim otworzy wp.pl, aktualności są co najmniej przeterminowane, a redtube to już w ogóle w sferze marzeń.

Dzień trzeci

Dopadłam neta. Z całego świata sypią się wyrazy współczucia i zaproszenia na darmowy alkohol. Zaczyna mi pasować ta sytuacja :) Podobno Kupicha, Mroczki i Mandaryna chcą nagrać charytatywny song w mojej intencji. Jesteście wspaniali – dziękuję!

Scenka z palemką:
Lekcja w klasie „0”:
- A kto, dzieci, był w niedzielę w kościele święcić palemkę?
Długa cisza. Nagle w górę wędruje jedna rączka.
- Ksiądz był...

Scenka z kamizelką:
Jagoda jeszcze z rzadka myli niektóre wyrazy. Wchodzimy na plac zabaw, moje apodyktyczne dziecię z wielkim niezadowoleniem sunie w stronę zajętej karuzeli i wymachując palcem krzyczy:
- Odejdź, dziewczynko, zejdź stąd natychmiast, to jest moja KAMIZELA!
Muszę dać jej wreszcie ban na czytanie Bolesława Prusa.

No to do kiedyś!

niedziela, 17 kwietnia 2011

86 - anty cleaning rock opera z elementami techniki


W tak bezbożnym domu, w którym tylko córka gotowa zaprzeć się w progu szkoły, bo zamiast wolnego po lekcjach woli katechezę w drugiej grupie, nie pielęgnujemy tradycji wielkanocnych. W tym tradycji sprzątania przed. Przede wszystkim. W sumie co za różnica, czy jaja walają się po czystym, czy po brudnym stole, tym bardziej, że i tak będę wtedy w robocie i mój związek ze świętami ograniczę do szczerego nienawidzenia tych wszystkich ludzi z koszyczkami, którzy naraz do mnie zadzwonią. Wolałabym to przespać (przeczekać, przeczekać trzeba miii) gdzieś w zamknięciu, a chuj, może być i tabernakulum. Akurat będzie wolne, bo wyciągną figurę Jezusa, żeby go wierni mogli wycałować w stopy (nigdy nie zrozumiem tych dziwacznych trików katolików).

No to nie sprzątam.
Poza tym to ja lubię malowniczo zwisające ze ścian farfocle i pająki. Żyję w symbiozie. A że mam duszę artysty, lubię klękać w takiej scenerii w nocnej koszulinie, okraszona jeno snopem światła z ulubionego programu Halyny „Dlaczego ja?!” i śpiewać partie z „Halki” Moniuszki Stanisława.

(Kiedyś to były rock-opery! Ale to jeszcze w zamierzchłych czasach. Edyta Górniak chodziła wtedy w białych golfach i miała organiczną twarz.)

Wiem, że wszystko, co dziś piszę nie trzyma się kupy. Rozpaczliwie kicam po internecie i chcę zostawić Wam zapas moich niesamowitych mądrości, bo Kocur znów wyjeżdża w tygodniową delegację i zabiera ze sobą komputer. O czym informuje pogrążona w bólu i rozpaczy Matka Polka.

Straszny czas przede mną. Najpewniej zacznę chodzić po domach znajomych i żądać internetu. Albo zrobię nagły zwrot ku naturze i zwariuję gdzieś w lesie bez tego kompa? Marząc o takich luksusach jak bezsensowne, uzależniające walenie kursorem w te wektory, które po prawej stronie mojego słitaśnego blogaska służą jako gra wstępna do stanu zen.
Kurwa, niedobrze. Zbliżam się chyba do etapu, na jakim był Raku, mówiąc kiedyś do Wuja Sosziego w trakcie wiosennego spaceru pośród cudnego świergotu ptasząt:
- Czuj, odgłosy jak w dzwonku Nokii...

I pomaluję przed śmiercią wszystkie drzewa w tym lesie bo już mi się na działce wyczerpały powierzchnie na dendro-arty...








Adijos Pomidores!

czwartek, 7 kwietnia 2011

po prostu 85



Wkuwam z Kaliną materiał na konkurs o pierwszej pomocy, zasadach BeHaPpy, ekologii, bezpieczeństwie, szlakach rowerowych. 25 stron, ponad 30 zagadnień, w każdym po 6 podpunktów. Ku mojemu zaskoczeniu, dzieciak wie więcej ode mnie, strzela jak z kałacha o krwotokach, oparzeniach, gaszeniu sprzętu elektrycznego, ataku psa, chustach trójkątnych, kocach termicznych, porywaczach, pedofilach. Lecimy jak burza po złamaniach otwartych, odkrztuszaniu zakrztuszonych, prujemy przez flaki, przejścia dla pieszych i recykling.

Ona chyba jest genialna, prawdopodobnie zamienili dzieci w szpitalu! I nagle dochodzimy do szlaków turystycznych. Pytam, co należy ubrać idąc w góry?
- Trzeba by mieć taki zielony kapelusik z piórkiem, na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę jodłować…

Kwiczę. W końcu tłumaczę, że niekoniecznie, bo najważniejsze to mieć wygodne, odpowiednie buty i być ubranym „na cebulkę”.

- Może być. Już sobie wyobrażam, jak to ładnie musi wyglądać: wszyscy w kształcie cebuli, myślę, że by mieli do tego takie krótkie, niebieskie spodenki i gołe nóżki, a zamiast włosów szczypiorek!

No i teraz sobie wyobraźcie taką, dajmy na to karawanę himalaistów, wszyscy w zielonych kapelutkach, idą, jodłują. Szerpowie przebrani za cebule, muły to samo. Cała Czomolungma usłana szczypiorkiem, w całym Nepalu zajebiście szczypie w oczy. Nikt w TVN nie zbliża się do Martyny Wojciechowskiej, bo niedawno zdobyła Mount Everest i jeszcze wyciska z ludzi łzy…

Scenka sadystyczna z kategorii wynalazki Inżyniera Misińskiego:
Po nocce w pracy byłam na wpół martwa więc tylko wypakowałam na parapet kuchenny jakieś pierdoły zakupione wieczór wcześniej w Biedronce i poszłam spać.
W tym czasie, padre Inżynier napoił mi dziecko młodsze szamponem i płynem do mycia ciała Pinio Słodka Oranżadka…
 (na szczęście Jagoda więcej pyskuje i się sprzeciwia niż stosuje do poleceń dorosłych więc opluła i zbeształa dziadka. Ale są też pozytywy – zamiast namydlać w kąpieli, każę jej chlapnąć trochę wody z wanny, naciskam na brzuszek i wtedy nosem idą takie faaajne bąbelki)

 Tak więc – miłego łikenda, moi drodzy! Motto na nadchodzące dni:


czwartek, 31 marca 2011

84 - no i kto stworzył mrugające gwiazdki?

Photobucket


Z dziećmi to jest tak, że mimo oczywistej upierdliwości, człowiek by chciał je zatrzymać w czasie na tym pacholęctwie. Zostawić sobie na zawsze tę słodką, naiwną, nieskażoną smrodkiem dorosłości miniaturkę. Zmumifikować. 
I kiedy już mieszasz formalinę, to się okazuje, że dziecku stuknęło 6 lat. 
To są takie momenty z cyklu WTF?! Jakie dziecko w wieku szkolnym? Jaka 18-tka siostrzeńca?! Jaki krem na zmarszczki? Jakie lumbago? I kto do cholery stworzył mrugające gwiazdki??

Szatan w trzech odsłonach
 No więc mikro party. No więc, żeby goście nie dostali zawału już w progu, dwie doby jeżdżenia na szmacie. Naturalnie, pomimo wlania w tę oborę hektolitrów detergentów, to zabiegi w stylu leczenie syfa pudrem. Nie da się zamaskować, że żyjemy jak zwierzęta.


W każdym razie polecam torty Eli & Beaty - cud, miód, orzeszki, bita śmietana i niebieskie jęzory, jak u psów chow-chow :) Lepiłam syrenę z cukru. A teraz zamki na piasku, gdy pełno w szkle. Poranna witaj zmiano, to życie twe.


Happy B-Day, owocu żywota mego!


Scenka:
- Tak naprawdę to mam dwie matki.
- Co ty powiesz, myślałam, że jestem jedyna. Kim jest ta druga?
- To Maryja!
Photobucket


Syrenka złożona w ofierze na niebieskim ołtarzu oceanu - brzmi wystarczająco sekciarsko?
póki mnie jeszcze nie zeżarli, to se poprawię biustonosz

sobota, 26 marca 2011

83 - zatrute jabłko


Jest jakaś prawidłowość w tych moich ucieczkach przed duchownymi i w późniejszym mnie przez nich dopadaniu.

Co prawda księdza w pakiecie z salą nie było i przez trzy dni mogłam się delektować błogą, nieskalaną ekumenizmem, ciszą, przerywaną jedynie mlaśnięciami pędzla na ścianie i miotaniem staropolskich maci  pod nosem, gdy chybocząc się na drabinie próbowałam oddać chłodne rysy Złej Królowej po nieudanym morderstwie na Śnieżce. 
Tzn. nie chcę sugerować, że Królowa ma cokolwiek wspólnego z próbami zabicia Śnieżki.  Bardziej zadeptują ją turyści, ale ogólnie obserwatorium meteorologiczne ma się na Śnieżce całkiem dobrze, wiatr hula jak hulał i w tej chwili musi tam być klasyczna wypiździawa, co może tłumaczyć chłodne rysy Królowej. A jeśli jesteśmy już przy Rysach, to… ech, porzućmy te górskie dygresje, bo mi się od razu zachciało oscypka.

Tak więc dopadło mnie dnia piątego. Niczego nieświadoma i wolna od wszelkiej indoktrynacji, malując wespół w zespół z Danielą i panią Agatką, nagle znalazłam się w epicentrum lekcji religii, której nadejście zwiastował złowieszczy chichot tychże oraz 15 prób zaintonowania „kto stworzył mrugające gwiazdki” przez psychodeliczną katechetkę. Fałszującą wśród wrzawy biegających dzieciaków. Nie wyglądali oni na zainteresowanych religią miłości, może ten fałszywy ton pieśni zabrzmiał gongiem w ich głowach, a może po prostu ciężko im było uwierzyć, że facet odpowiedzialny za stworzenie tych wszystkich istot, wygląda jak oko w trójkącie?

- przecież jedno oko miałeś w tym trójkącie namalować, skąd ci przyszło, że dwoje oczu? – wykrzyknęła strapiona katechetka
- no to chyba normalne, że ludzie mają dwoje oczu! – odrzekł, jak zwykle sceptyczny Olaf.

I wśród tych wszystkich niedowiarków, biegających i olewających boską harmonię na rzecz zabawy, chaosu i destrukcji, siedziała tylko jedna przejęta, skupiona, uskrzydlona wiarą dziewczynka, wpatrzona z oddaniem w panią od religii i wsłuchana w jej konwulsyjny śpiew. 
Moja córka, Kalina W.

YAFUD!

Pomimo stania tyłem do tego spektaklu i tym samym rechotu na legalu, wewnętrzny szok odreagowały dopiero dwa tyskacze butelkowe, duszkiem wychylone na działce. A pizgało tam istotnie jak na Śnieżce.

Bless ya!

bardzo kontaktowa Królowa

poniedziałek, 21 marca 2011

82 - audio-video


Dziś z przerażeniem odkryłam, że moi rodzice są tak zobojętniali, że nawet gdy w domu nie ma dzieci – oglądają Mini-Mini. To jest jakiś ich prywatny trip, którego nie ogarniam. Takie małe „Requiem dla snu”. Tylko sama nie wiem, czy lepiej, żeby z telewizora wyłaził im Karol Strasburger ze swoją zombie-familiadą, czy wijący się w dzikim tańcu Ciasteczkowy Potwór. 
Ale im chyba bez różnicy, tępo patrzą w ekran i nawet, gdyby w wiadomościach podali z „bulem”, że Bronek Komorowski jest mudżahedinem-transwestytą na usługach Specnazu, powieka by im nie drgnęła.

Jak dobrze, że nie mam telewizora. Jak dobrze, że jeśli mam go w pracy, to wyłączam fonię i wyobrażam sobie zupełnie inne dialogi i narracje. Wojciech Cejrowski śpiewa „Born This Way” kokietując dzikie plemiona. W „M jak Miłość” rodzinnie rozważają piercing sutków Hanny Mostowiak. Diablo Włodarczyk z oddaniem recytuje wiersze Isabel Marcinkiewicz, a Rick Forrester reklamuje lek na tasiemca…

Mniemam, że jutro będę zmuszona wyłączyć w głowie fonię na jakieś 2 godziny. W szkole rekolekcje, a ja tam przecież freski mam tworzyć. Jak znam katolickie poczucie humoru, to coś mi się widzi, że dostanę w pakiecie do sali proboszcza z jego opowieściami o lampie oliwnej. Macie jakieś pomysły na podkład audio? Chyba sobie wcisnę słuchawki do uszu, ale i tak się boję, że w przerwach pomiędzy utworami domaluję Śnieżce pentagram, a krasnoludkom paluszki ułożone w Ave Boruta. 
 
(Puchatek, z braku kota, złoży w ofierze Tygryska, rybka Nemo zapuści długie włosy, a Pocahontas zacznie używać pigułek hormonalnych, bo to przecież takie bezbożne... To będzie wyjątkowa sala dla zerówki!)

mała próbka z wielkiej ściany
dobranoc!
I pamiętajcie – szatanizm to nie rurki z kremem!
:)

wtorek, 15 marca 2011

.

niedziela, 13 marca 2011

81 - Matka Polka disneyowska


Jak na ironię, spośród wielu Matek Polek, akurat mnie wrobiono we freski naścienne w klasie „0”. Trzeba było siedzieć cicho i się nie wychylać, albo na pytania dotyczące prac ręcznych, wystawiać trzęsione początkami delirium tremens ręce. Głupia, głupia Matka Polka!

Teraz mam. Siedzę pogrążona w centrum świata Walta Disneya i czuję się jak Wednesday w II części „Addams Family”, kiedy jej zgotowali koszmar i zamknęli w disnejowskiej chatce, aby nauczyć ją grymasu uśmiechu. Bo muszę ubazgrać wielką ścianę w postaci z kreskówek. Przecież to do mnie w ogóle nie pasuje.

Trza to wszystko najpierw naszkicować na papierze. Jednocześnie kończę 3 sezon „Sons Of Anarchy”, właśnie prują facetowi bebechy, a ja dopieszczam szkic Królewny Śnieżki i rysuję słodkie zajączki w krzaczkach.  Jakoś bardziej bym wolała ilustrować fragmenty bajek braci Grimm. 

„Była sobie pewna kobieta, która miała trzy córki. Najstarsza nazywała się Jednooczka, bo miała tylko jedno oko na środku czoła, średnia – Dwuoczka, bo miała dwoje oczu, jak wszyscy ludzie, najmłodsza zaś – Trójoczka, bo miała troje oczu, z których trzecie tkwiło także na środku czoła, że zaś Dwuoczka wyglądała jak wszyscy ludzie, siostry i matka nienawidziły jej.”

Czy nie byłoby ciekawiej?

„Jutro wczesnym rankiem wyprowadzimy dzieci do lasu, gdzie jest najgęstszy, rozpalimy im ogień i damy każdemu po kawałku chleba. Potem zabierzemy się do roboty, a dzieci zostawimy same. Nie znajdą drogi do domu, a my będziemy od nich wolni. – Nie żono, powiedział mąż, - nie zrobię tego, bo serce mi pęknie z żalu, że dzieci w lesie zostawiłem, aby wnet rozszarpały je dzikie zwierzęta. – Ty głupcze, powiedziała, - W takim razie we czworo zdechniemy z głodu. Możesz zacząć heblować dechy na trumny - i nie dawała mu spokoju aż się zgodził.”

Albo:

„Poszedł więc do dziewczyny i rzekł: „Drogie dziecko, jeśli nie odrąbię tobie obu rąk, uprowadzi mnie diabeł. W strachu mu obiecałem, że to zrobię. Pomóż mi w biedzie i wybacz mi zło, które tobie czynię.” Ona zaś odpowiedziała: „Drogi ojcze, róbcie, co chcecie, jestem waszym dzieckiem.” Wyciągnęła potem oboje rąk i dała je sobie odrąbać. Diabeł przybył po raz trzeci, lecz ona płakała tak długo na swe kikuty, że mimo wszystko były nieskazitelnie czyste.”

To były prawdziwe bajki! Krew sikała, trzewia wylewały się z każdej kartki, dziewczynka z zapałkami śmierdziała prawdziwą spalenizną i dzieciaki po takim rozdziale na dobranoc ani myślały wychylić nosa spod kołderki, a nie – jak teraz: jeszcze jedną bajkę mi puść, siku muszę, głodna jestem, spać nie mogę itd. 
To były bajki dla prawdziwych twardzieli. Fabuła nie pozostawiała złudzeń co do prawdziwej natury tego świata. Żaden dzieciak nie lazł w krzaki za obcym za lizaka, bo nawet niepomny ludzkich podłości, bał się spotkania z czarną wołgą.

Szacunek do rodzica był. Dobrze wiedział taki berbeć, że jak matula z ojczulkiem serwują mu takie powiastki na dobry sen, to może lepiej nie zachodzić im za skórę, bo a nóż-widelec zapragną zainscenizować taką baśń w realu.
Miało to przesłanie, miało to sens, a teraz co najwyżej Teletubisie mówią pa pa.

Dobra, spadam, bo spieprzyłam nosa Arielce i muszę ponaprawiać.
Żegnam ozięble.
GRY