sobota, 1 lutego 2014

127 – Nie dosiadaj kobyły bez uzdy, bo nigdy nie wiadomo, w którą stronę ta dziwka pobiegnie. (S. King „1922”)


 W tym drobnym przypadku kobyłą okazał się mój pokręcony żywot. Zapierdalał jak po szaleju w pierdyliard kierunków, obfitując w doświadczenia z gatunku tych apokaliptycznych. Mój skromny, zapuszczony na dobre blog nie jest dobrym miejscem do opisania tego całego gówna, jakie się w tym czasie zmaterializowało, ale po krótce wypada się jakoś wytłumaczyć Czytelnikowi (o ile jeszcze jakiś, jeden, pozostał). 

Zacznijmy od tego, że pomimo prawie dwóch lat walki o szkołę, przewaliliśmy z kretesem. W tym szalonym okresie cały mój czas i mobilizacja były skierowane na sprawę, a bilans wypadł mniej więcej tak, że zostałam lokalną celebrytką i do miasta musiałam jeździć w worku po ziemniakach, bo niestety moja gęba wcale nie ochoczo, ale jednak, straszyła z każdej lokalnej gazety i telewizji. Trauma niezapomniana, na szczęście jest takie coś jak program ochrony świadków – czytaj: małżeństwo i zmiana nazwiska, ale o tym później. Teraz na szczęście nikt mnie nie pamięta, niemniej dla pewności utyłam kilka kilo oraz zaczęłam się malować jak klaun z cyrku, a do miasta jeżdżę tylko po odbiory kolejnych dowodów osobistych (z ubiegłego lata np. mam 3 sztuki). Dowiedziałam się z różnych źródeł tylu ciekawych rzeczy o sobie, że starczyłoby na sporą powieść , w sam raz do czytania na klopie. Podobno miałam ambicje polityczne i byłam opłacana przez różne ugrupowania, ale jeśli tak, to z równym zapałem złożyłabym cv do burdelu Aqq na Wrocławskiej, no i darczyńcom powaliły się numery mojego konta, które nadal niestety służy do zaspokajania zakładu gazowego, energetycznego, firm ubezpieczeniowych, mzb oraz dostawców usług telefonicznych. I nawet chuje nie podziękują. 
 

 W całej sprawie chodziło mi jedynie o to, żeby nie ziścił się absurdalny scenariusz, że moje dzieci muszą dwa razy dziennie podróżować skorodowanym Jelczem po 13 km, z byłego miasta wojewódzkiego, do szkoły na wiosce, w której psy szczekają dupami, a jak już cudem dotrzesz na wywiadówkę, pani mówi do 20-tki rodziców, że mam dla państwa tylko 15 minut, bo zaraz mi ucieknie ostatnia nyska do Wałbrzycha. Sorry, taki mamy klimat! To i tak cud, że udało się pokonać pierwsze półrocze, bo przez cały wrzesień dzieci albo znikały po drodze ze szkoły, albo kierowca pks-u o aparycji Lodziarza z horroru, próbował je zgładzić po drodze. Ale o tym też kiedy indziej. 

Następnie w mojej pracy odbyło się bardzo skuteczne polowanie na czarownice i czując oddech inkwizycji na plecach, nie potrafiąc unosić się na wodzie jak kaczka lub matka Terry’ego, postanowiłam się zwolnić. Daremnie więc szukać nowszych wpisów z hasztagiem „taxi”. 




A potem było już tylko gorzej. Matka Halyna, znana tu wszystkim ze swojego czarnego humoru, zrobiła mi najokrutniejszy w życiu, najstraszniejszy, upiorny i zwyczajnie głupi dowcip i po prostu sobie umarła. Ot tak, zostawiając mnie z wielką dziurą w sercu i tym całym bałaganem. Co nie znaczy, że nie będzie więcej wpisów z #Halyna. Np. dziś są Jej urodziny. Gdyby, zamiast tak się wyrywać, trochę poczekała, miałaby właśnie 68 lat. 




To tyle usprawiedliwień i smutów. Czas odkurzyć tego bloga, bo tu więcej pajęczyn niż w mojej antycznej chałupie. Do poczytania! 

Siostrzyca-Reaktywacja 

wtorek, 17 lipca 2012

126 - Bajohajo Rhapsody

Tydzień bez dzieci. Dziewiczy teren. Powinien być chroniony prawnie jak park narodowy. Nikt nie brzęczy, nikt nie żąda, brak wymuszeń rozbójniczych, totalna mañana...


Photobucket


 
Is this the real life?
Is this just fantasy?


Sterty nieposkładanego prania wylewają się z misek, można grzmotnąć się w pościel o 2 w nocy i wstać (albo i nie) przed południem. Kto ma mieć pretensje - pies? Niee, pies włóczył się ze mną cały wieczór. Kąpiele, mleczka, bajeczki, nocniczki, siostrzane odwety? HA! HA! HA!



Photobucket


Mama, ooh, didn't mean to make you cry,
If I'm not back again this time tomorrow,
Carry on, carry on, as if nothing really matters.


Spoko! Poradzę sobie. Jakoś wytrzymam ten stres bycia samemu z książką, w której nie trzeba czytać po 15 razy tego samego zdania, bo akurat ktoś komuś, pomiędzy jednym a drugim (tym samym) zdaniem, wsadził do oka palec i to w dodatku nie swój.



Photobucket


Mama, life has just begun
But now I've gone and thrown it all away.
Mama, ooh, didn't mean to make you cry,
If I'm not back again this time tomorrow,
Carry on, carry on, as if nothing really matters.



Ależ nie spieszcie się, dzieci! Wykorzystacie w tym czasie Kocura i Babcię, True Blood, na miejscu, pośród jezior - zdetronizujecie wszystkie komary. Still a better lovestory than Waldenburg!



Photobucket



Photobucket



Photobucket


 Too late, my time has come
Sends shivers down my spine
Body's aching all the time.
Good bye, everybody, I've got to go
Gotta leave you all behind and face the truth. 


(Kocuru dzwoni - emerdżensy - dzieci biją się o zawartość tlenu w powietrzu na przykład).
Stan harmonii nie potrwa zbyt długo.  Oni niedługo tu wrócą. Oni zawsze wracają...



Photobucket


Scaramouche, scaramouche, will you do the Fandango.
Thunderbolt and Lightning, very very fright'ning me.




Photobucket



Easy come, easy go, will you let me go?
Bis-mil-lah !
No, we will not let you go. (Let him go)
Bis-mil-lah !



Photobucket

No, no, no, no, no, no, no!
Mamma mia, let me go.
Belzebub has a devil put aside for me, for me, for me.
for meeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee............................


czwartek, 9 lutego 2012

125 - Born to be wild!


W obecnej sytuacji ktoś z przypadku, interpretując tytuł posta, stwierdzi w 100%, że jestem tubą Patryka Wilda :)  A miało nie być o szkołach…

OK, więc zanim jeszcze zaczęło zamarzać paliwo, zaczęłam dokarmiać ptaki. Wydałam już na to pół rocznej pensji, ale za to ptaki dosłownie odrobią mi to w polu w sezonie na truskawki, kabaczki, tytoń i marihuanę (teraz się przyczepią, że jestem z Ruchu Palikota!). Pół rocznej pensji w moim przypadku to odpowiednie porównanie, jeśli wziąć pod uwagę, że Lupa liczy mnie hurtowo i za kg słoniny płacę mu 6 zł. Codziennie uparcie pokonuję w śniegu po kolana około 1 km pod górę – nie wiem dokładnie, zawsze byłam cienka w określaniu odległości, np. wiecznie mi za daleko do odkurzacza. 

Czasem wlokę za sobą dzieci, ale ostatnio zamarzają na zakrętach. Zachodzę w ostępy leśne mojego rancza i uzupełniam karmniki, dozowniki, gwoździe na kule tłuszczowe, orzeszki wiewiórkom etc. Przy okazji zostawiam co nieco dla etatowej myszy (które to już pokolenie?), z którą żyję w symbiozie w altanie. Mysz cwana jest. Przeprowadziła się z byle dziury w ścianie do szafy na ubrania z linii „późny PRL w Domku Na Prerii” (jeśli jeszcze pamiętacie styl outdoor Halyny). Tam zamieszkała w wyściełanym jakimiś szmatami  bucie Inżyniera, a do drugiego lubi sobie podejść ulżyć. No i tak się przedzieram, wiatr w twarz, śnieg w usta, kij w oko. Ch w D tej zimie.
Podobnie wczoraj, zbliżam się do celu, zdobywam ten biegun, z biegunką, bo bilans rodzinny z ostatniego tygodnia widzę tak:

2 dzieci po zapaleniu oskrzeli
1 dziecko po 1 jelitówce
2 dziecko po 2 jelitówkach
matka po 1 jelitówce
babcia po 1 jelitówce
ojciec - 1 złamany palec u nogi
urlopie - trwaj!

Gdy WTEM! Z krańca działki obok wystają wypatroszone zwłoki zwierzęcia. Chyba zając, nie wiem dokładnie, nie chcę podchodzić, bo jestem z dzieciakami i już widzę tę jazdę (Użyłam słowa „jazda” – to pewnie ja jestem tym rodzicem, który straszył Zdzisława Dobrowolskiego, Jezu! Powiedziałam „Jezu” – to na bank jestem z PIS!). Nastroszona sierść ofiary, resztki jelit, sople krwi… Poczułam się nieswojo.

Więc dziś poszłam już tylko z psem. Mijam miejsce zbrodni, wokół wielka pustka, bo nikt w zimę tam się nie wybiera, poza mną. Ciarki mnie przeszły dramatycznie, ale lezę dalej i nagle mały zawał serca, bo z karmnika coś wielkiego zaczyna się wzbijać w powietrze. Nie pierdol, że pterodaktyl ?! – krzyknęłam zupełnie bez sensu do psa. Pies nie zdążył przekartkować atlasu ptaków, jaki nosimy ze sobą, ale już dostrzegłam – jastrząb! Z moją słoniną w szponach! Za 6 zyli! Już wiem skąd resztki ptaków tu i ówdzie, to nie koty, to nie przeterminowana karma, to on. 14 gatunek ptasi, jaki widziałam tam na własne oczy.

I w tym oto momencie poczułam się jak Timothy Treadwell czyli „Grizzly Man”. Jak ktoś nie wie, odsyłam do filmu Wernera Herzoga. Rozdziobią mnie kruki i wrony, pożrą krwiożercze sikory, dziki, zdziczałe psy… strach karmić ptaszki!




Photobucket




Photobucket








czwartek, 19 stycznia 2012

124 - Ferie - feria furiosa



Musiałam dzisiaj wziąć taksówkę, żeby dowlec się do roboty. Plecak wielki jak na Kilimandżaro, zdolny pomieścić ofiarę mordu razem z owiniętym wokół niej dywanem. W środku maleńkie ciałka, kadłubki lalek na akcję UNICEF. Czas nagli. Trzeba wymalować buzie, przyszyć włosy, ubrać etnicznie i zrobić z każdej paraczłowieka.  Ponadto znaleźć chętnych, najlepiej oddanych fetyszystów Prusa „Lalki”, sprzedać i zebrać fundusze na dzieci w Sierra Leone. 

Chęć pomagania innym ma różne wymiary i warstwy. Poniekąd przyzwyczaiłam się, że to nie idzie w parze ze szczęściem własnym i ościennym, ale czasem zdaje się, że szalona wirówka absurdu mieli moje życie bez pardonu i wypluwa pasztetową, którą strach podsunąć nawet psu.

Mamo, poczytaj bajkę o kotku! – jęczy córka, próbująca umościć się pomiędzy stertami nieposkładanego wiecznie prania. Druga w tym czasie nie znajduje miejsca na oddech, strzelając tytułami książek z półki, bo odkąd nauczyła się czytać i odkryła kod do zaszyfrowanych dotąd informacji, 60 razy na minutę domaga się sprawdzenia, czy dobrze jej idzie. Nie teraz! Szyję Eskimosa! – syczę znad włochatego kaptura, jakby to była jakaś odpowiedź. Zgiń, przepadnij, zła potworo, odejdź wampirze, daj żyć. Chłop w delegacji, pies piszczy pod drzwiami, koty chcą jeść, dzieci chcą wszystko, a ja wiszę na niemilknącym telefonie z igłą w zębach, pośród pędzących przez mieszkanie jak krzaki pustynne kul z kurzu, sierści i farfocli. Mamo, kupę! Mamo, chlebka! Mamo, mamo, mamo!

Dlaczego nie masz dla mnie czasu? – bo szyję lalki, żeby dzieci w Afryce miały co jeść.  – Ale ja też jestem głodna – mówi Jagoda, która zawsze spuentuje celnie każdy wybieg swojej starej. Najgorsze ferie w życiu moich dzieci trwają, bo trwa walka o szkołę, która nie pozwala zająć się niczym innym na poważnie. Nie ma czasu na sanki, na lepienie śnieżnej baby, na spokojne pogadanie o dinozaurach, na wytarcie tyłka bez irytacji. Za to są nasiadówki w „Wilczym Szańcu” u Piotra, narady w szkole, analizy, proktologia danych z dupy, brzęczący telefon, domowa pasmanteria, dredy dla szmacianego Murzynka i wyrzuty sumienia żrące cię w nocy razem z poduszką, bo wiesz, żeś chujową matką.

Jestem zła i podła, bo marzę o tym, aby te wszystkie osoby, które stworzyły problem, zaznały tego samego. Tak, chcę, aby ich dzieci gardziły nimi, aby nie mieli czym skleić codziennych obowiązków do kupy, żeby się palił ich grunt pod nogami, niech ich przegoni życie sraczką jak po xennie extra. Droga karmo! Mam listę osób, o których zapomniałaś! 



sobota, 31 grudnia 2011

123 - godzina zero



Za to właśnie nie cierpię Sylwestra. Że im bliżej do godziny W, tym się robi mniejszy  z nerwów mój żołądek - nie wiem o co mu chodzi, zwija się w kulkę w nieokreślonym lęku. 
Może samo to bezsensowne, podskórne oczekiwanie, że to ma być wyjątkowy wieczór? Głupie parcie na dziką imprezę mają wszyscy wokół i im bardziej człowiek chce tego uniknąć, tym mocniej się wkręca w sylwestrowy stres. Nie rusza mnie magia godziny 0.00, tak jak nie czuję czaczy Pasterki, kiedy ksiądz pije wino, a tłum ma żuć andruta. Tak to widzę i już. W tych momentach pożądam jedynie chałupy w górach na końcu świata, może być ta Słoneczna w Karkonoszach, gdzie z garem grzańca, w grubych skarpetach, mogłabym wywalić się na cały świat i jego cholerne fajerwerki.

Tymczasem do końca dnia dane mi siedzieć w robocie i klepać  setki razy tę samą formułkę, dlaczego nie mogę na raz przyjąć czasówek na taxi na tę samą porę od kilkuset osób. Wszyscy są strasznie na mnie obrażeni, groźby, prośby, lamenty, każdy mnie z miejsca zwalnia z roboty, niewdzięczne zajęcie być zaciętą taśmą. Zdecydowanie i tak wolę siedzieć tu do wieczora niż w sylwestrową noc, bo po doświadczeniach w tej materii, to zupełnie poważnie grozi turnusem w psychiatryku. 
Najlepiej wspominam zmianę sprzed dwóch lat, kiedy poza szałem masowych zleceń,  dostaliśmy w pakiecie totalne oblodzenie ulic i chodników. Na pogotowiu nie nadążali mieszać gipsu, a te wszystkie wystrojone, ładne panie na szpilkach, w brokatowych sukniach, kryzach z pawich piór, z powybijanymi zębami, połamanymi rękami i nogami, krwią zalane…  Ale to był Sylwester! Wałbrzych wyglądał jak plan zdjęciowy jakiejś „Piły” albo inny sen wariata.

No właśnie – sen wariata, w którym siedzimy od ponad tygodnia. Pan Prezydent nie tylko zepsuł święta, ale całą końcówkę roku i początek następnego. Ogromna praca nad obroną szkoły i ciągłe myślenie nad tematem, wielki stres imienia Gustawa Morcinka. Więc jak tu myśleć o imprezowaniu, kiedy nawet whiskey się kojarzy z Łyskiem z pokładu Idy?

Składanie życzeń zawsze mnie przeraża, łamanie się opłatkiem jawi mi się jak łamanie kołem, chociaż jestem z natury pozytywnie nastawiona do ludzi. Więc może bez zbędnej celebry, życzę Wam wszystkim samych pozytywnych sytuacji i ludzi wokół, róbcie co lubicie, przełamujcie bariery, cieszcie się zdrowiem z paczką przyjaciół, miejcie fajne, szczęśliwe dzieci, URATUJCIE SWOJE SZKOŁY i nie dajcie się zwariować!!!

A żeby nie było jakoś kurwa patetycznie, to jednej konkretnej osobie pokazuje z tego miejsca ogromnego fakulca!

Buzi.

Scenka taxi emerdżensi:
Godzina 3 w nocy, dzwoni pijany klient. Wypytuje o zakupy, która apteka ma dyżur, jaki koszt dowozu, bo dziecko potrzebuje lekarstwa. Sprawdzam na pogotowiu, ustalam koszt, a gdy pytam co ma kupić kierowca, facet wypala:
- syrop na wszy.
Kurtyna, oklaski.

czwartek, 22 grudnia 2011

P R O T E S T !!!



Dosyć o banialukach, bo jest palący temat! 
Temat dotyczy bezpośrednio mnie i moich dzieci, wszystkich moich znajomych, przyjaciół, ludzi, których lubię, mojej szkoły, w której toczyło się moje życie od klasy 0 do klasy 8 i nadal się toczy, bo jestem mamą i czuję się przyjacielem tego miejsca. Sprawa dotyczy mojego ukochanego Hrabstwa Rusinowa, fantastycznych nauczycieli, których teraz poznałam jeszcze bardziej w tych wojennych wręcz warunkach i stwierdzam, że są zajebistymi ludźmi, podobnie jak te świetne, zrozpaczone dzieciaki, które walczą jak lwy!

Zresztą, co ja się będę rozpisywać - tu macie wszystkie informacje. Powiem tylko tyle - jeśli odwiedzacie mnie na tej stronie i z jakiegoś powodu czytacie ten blog i jeśli z jakiegoś powodu nie wyobrażacie sobie podobnej sytuacji na swoim gruncie - błagam, poprzyjcie nasz protest!!! Dziękuję serdecznie!
This is SPAAAARTAAAAA!!!

LINK DO PETYCJI:
petycja w sprawie likwidacji szkoły

Oficjalne stanowisko lokalnej społeczności zgromadzonej wokół Publicznej Szkoły Podstawowej nr 31 w Wałbrzychu 

My – członkowie lokalnej społeczności, której centrum od 1964 roku stanowi nasza szkoła: absolwenci, rodzice, uczniowie, młodzi ludzie, którzy zakładamy tutaj rodziny i pragniemy posłać nasze dzieci do tej placówki, nauczyciele, mieszkańcy, zwykli obywatele – nie godzimy się na likwidację PSP 31! 

Apelujemy do Prezydenta Miasta Romana Szełemeja oraz do Radnych Rady Miejskiej o cofnięcie decyzji o likwidacji placówki. Apelujemy do polityków, ludzi mediów, do zwykłych osób, takich jak my, aby przyjrzeli się bliżej sprawie i poparli nasze protesty. Protesty, które nie ustaną, ponieważ nie możemy dopuścić do tej krzywdzącej nasze dzieci, ale też uderzającej w nas wszystkich, sytuacji.

Dnia 20 grudnia 2011r. Pan Prezydent Roman Szełemej wydał decyzję o zamknięciu kilku szkół, w tym naszej. Dostaliśmy niejasne argumenty mające świadczyć o słuszności tej decyzji:

1. niż demograficzny/ liczebność uczniów w klasach.
Odpowiadamy: na tym rozległym terenie, w którego skład wchodzą Osiedle Górnicze, Kozice, Rusinowa, Osiedle Parkowe, Osiedle Słoneczne, Dziećmorowice, Stary i Nowy Julianów w ostatnich latach dokonuje się widoczna wymiana pokoleniowa. Rozbudowywane nowe osiedla, są chętnie zasiedlane przez rodziny z małymi dziećmi lub osoby zakładające rodziny, również z powodu bezpiecznej okolicy i bliskości placówki oświatowej. Dzięki warunkom panującym w klasach liczących po dwudziestu kilku - trzydziestu uczniów, dzieci te mają szanse na spokojną, owocną naukę, rozwój, opiekę i bezpieczeństwo.

2. wyniki uczniów/ szkoły.
Odpowiadamy: jak wyżej – nasza szkoła osiąga od lat bardzo wysokie winiki dydaktyczne, a tendencja jest zwyżkowa. Średnia wyników sprawdzianu szóstoklasistów plasuje PSP 31 na poziomie powyżej średniej wałbrzyskiej i dolnośląskiej. Nasi uczniowie biorą udział w licznych projektach i konkursach, gdzie zdobywają mnóstwo nagród i wyróżnień, również od samego Prezydenta Miasta. Jak mamy teraz wytłumaczyć naszym dzieciom, którym wpajamy, że nauka i ciężka praca procentują w życiu, jeśli za ich starania dostaną „nagrodę” w postaci likwidacji ich ukochanej szkoły, rozbiciu klas i przeniesienia w obce miejsca, gdzie, obawiamy się, będą jedynie numerami w dziennikach.

3. warunki społeczne/ lokalne.
Odpowiadamy: mieszkańcy tej okolicy należą do grupy średnio zamożnej, wiele rodzin jest po prostu biednych. Nie stać nas na dowożenie dzieci do oddalonych placówek, potrzebna jest nam świetlica działająca przy szkole oraz współpraca z pedagogami, którzy zwracają uwagę na problemy dzieci i je rozwiązują. Pan Prezydent zaproponował, by budynek po likwidacji szkoły sprzedać, przeznaczyć na stworzenie mieszkań socjalnych lub komunalnych (prosimy w tym celu zagospodarować niszczejący od 10 lat gmach po byłej SP nr 16 na ulicy Głuszyckiej!) lub przekształcić w Centrum Lokalnej Społeczności. Otóż – nasza szkoła jest już takim centrum i z powodzeniem spełnia tę rolę.

4. czynniki ekonomiczne.
Odpowiadamy: nie możemy budować miasta rujnując jego podwaliny. Rozumiemy sytuację Wałbrzycha, ale nie rozumiemy metod, jakimi posłużył się Pan Prezydent w tym wypadku. Czy naprawdę ścieżki rowerowe są warte poświęcenia tak potrzebnej placówki? Nasze dzieci nie mają poglądów politycznych, prosimy nie używać ich w tej rozgrywce. W tej okolicy zlikwidowano już dwie podstawówki, ta jest ostatnia. Prosimy – nie zabierajcie nam naszej szkoły!

Jesteśmy zrozpaczeni i zdeterminowani. Czujemy się oszukani przez Pana Prezydenta, który w naszym mniemaniu wykorzystał budynek szkoły na użytek swoich przedwyborczych wieców, gdzie na jednym z nich obiecał nam wszystkim, że PSP 31 nie zostanie zlikwidowana. Panie Prezydencie – będziemy egzekwować od Pana dotrzymywanie obietnic. Prosimy wszystkich radnych oraz media o zapoznanie się z dokumentami, wynikami szkoły, z naszym dramatem i poparcie nas!

                                                                    Z poważaniem
                                                     Członkowie lokalnej społeczności:
                                                           rodzice, dzieci, mieszkańcy,
                                                                pracownicy szkoły


Zaczęło się od imprezy mikołajkowej, w czasie trwania której dostaliśmy nagłą, szokującą informację o zamknięciu naszej szkoły: obejrzyj: Wigilia bez "happy endu" , od razu przeszliśmy do działania obejrzyj: Walka o SP 31 - relacja i do działania obejrzyj: Protest przeciwko likwidacji szkół - relacja... i do działania rodzice w obronie szkoły! i prezydent musiał wiać:



Mamy argumenty, które ośmieszają decyzję Prezydenta: gdzie teraz zwiejesz, Szełemeju?
Mamy zwartą grupę, która nie odpuści - wszelkie info na naszej stronie na f-b:

Mamy wspólnotę, nadzieję, power, jesteśmy zdeterminowani, przygotowani oraz niemożebnie wkurwieni!

Prosimy o wszelkie wsparcie - podpisy, obecność na protestach, informowanie mediów lokalnych i ogólnopolskich, polityków, znanych osobistości, zwykłych obywateli!
NIE PODDAMY SIĘ!!!



adresaci:
PREZYDENT MIASTA WAŁBRZYCHA
RADNI RADY MIEJSKIEJ MIASTA WAŁBRZYCHA

OŚWIADCZENIE

My, obywatele tego miasta, mieszkańcy dzielnicy Rusinowa i okolicznych miejscowości, wiosek i osiedli, rodzice, dziadkowie, absolwenci szkoły nr 31, uczniowie oraz całe środowisko związane ze szkołą, wyrażamy stanowczy protest wobec likwidacji Publicznej Szkoły Podstawowej nr 31 im. Gustawa Morcinka w Wałbrzychu położonej na Osiedlu Górniczym 19a.

Wyżej wymieniona szkoła jest jedyną szkołą podstawową na rozległym terenie: Osiedle Górnicze, Kozice, Rusinowa, Osiedle Parkowe, Osiedle Słoneczne, Dziećmorowice, Stary i Nowy Julianów.
Nie zgadzamy się na to, aby nasze dzieci musiały dojeżdżać do szkoły jeszcze bardziej oddalonej od miejsca zamieszkania. Należy pamiętać, że zgodnie z reformą oświaty do szkoły będą uczęszczać coraz młodsze dzieci, a to skutkuje zagrożeniem bezpieczeństwa młodego pokolenia.
Nie wyobrażamy sobie, aby nasi uczniowie, w tym dzieci 5-letnie, zostały wcielone do przepełnionych szkół, w których spadną ich szanse i możliwości rozwoju, nauki i bezpieczeństwa.

Planowane przez Prezydenta Wałbrzycha zmiany w sieci szkół prowadzą do degradacji naszych dzielnic do wątpliwej rangi slumsów. pozbawione placówek o charakterze oświatowo- kulturalnych przestają być wspólnotą a zaczynają funkcjonować jako zbiorowisko obcych sobie ludzi. Nie zamierzamy funkcjonować w taki sposób, nie taką przyszłość budujemy dla naszych dzieci.

Nasza szkoła od wielu lat osiąga bardzo wysokie wyniki dydaktyczne, czego dowodem są wyniki sprawdzianu szóstoklasistów. Średnia punktów plasuje naszą szkołę zawsze powyżej średniej wałbrzyskiej i dolnośląskiej.

Likwidując placówkę, Pan Prezydent pozbawia pracy wielokrotnie przez siebie nagradzaną, wysoko wykwalifikowaną kadrę, która ma ogromny potencjał.
Chętni do nauki w szkole bez przemocy uczniowie z 31 zdobywają liczne nagrody w konkursach międzyszkolnych i rejonowych. Wraz z nauczycielami zajmują się realizacją wielu programów zewnętrznych np.: „Kapitał Ludzki” (wyposażenie sali komputerowej), „Szkoły dla Ekorozwoju” (dwa projekty i dwukrotne zdobycie tytułu Lokalnego Centrum Aktywności Ekologicznej), „Szkoła Bez Przemocy” (6 edycji), „Zachowaj Trzeźwy Umysł” (5 edycji), „Szklanka Mleka”, „Owoce w Szkole”, „Trzymaj Formę”, „Nie pal przy mnie, proszę”.

Nawiązaliśmy współpracę z UNICEF – realizujemy program pomocy dzieciom w Sierra Leone. Szkoła działa wolontariacko: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, Dzień Dawcy Szpiku, Góra Grosza, pomoc dla mieszkańców Kresów, Pomoc dla Schroniska dla Zwierząt, zbiórka nakrętek.

W ramach programu „31” sposobów na równość” – „Program Operacyjny Kapitał Ludzki”, realizowane były zajęcia rozwijające i wyrównujące szanse edukacyjne i społeczne uczniów i rodziców. Wykorzystano środki unijne w wysokości 345 tys. zł bez wkładu własnego gminy oraz przekazano gminie 49 210 zł za wynajem pomieszczeń. W ramach w/w projektu w roku szkolnym 2010/2011 zakupiono pomoce dydaktycznych na kwotę 66 tys. zł.

W bieżącym roku dokonano kolejnego audytu energetycznego i zakwalifikowano szkołę do termomodernizacji (wymiana okien i dostosowanie kotłowni.
W każdym roku szkolnym trwają systematyczne prace remontowe i modernizacyjne wewnątrz budynku: wymiana okien, malowanie sal, pokoju nauczycielskiego, sekretariatu, korytarzy, remonty toalet, utworzenie pomieszczenia socjalnego dla pracowników, utworzenie sali korekcyjnej, zakup mebli, stolików, krzeseł, tablic. Został też w całości naprawiony dach (wydano 47 325 zł), oraz instalacja odgromowa.

Szkoła nasza to nie tylko placówka dydaktyczna, ale przede wszystkim centrum i serce naszej Wspólnoty. Szkoła stale współpracuje z mieszkańcami dzielnic Rusinowa, Kozice i wiosek: Dziećmorowice, Nowy i Stary Julianów. Organizuje czas wolny dla dzieci i rodziców: Soboty w Szkole, weekendowe wycieczki turystyczne, festyny, spotkania integracyjne, obchody rozmaitych świąt – Dzień Babci i Dziadka, Dzień Górnika, Dzień Matki etc.

Bardzo aktywnie pracuje Rada Rodziców współorganizując imprezy środowiskowe (razem z MOPS Wałbrzych i MOPS Walim, parafią rzymsko-katolicką w Dziećmorowicach, ARKĄ w Boguszowie-Gorcach, Polskim Stowarzyszeniem Na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym, Fundacją Światy na Tak, Żoliborskim Stowarzyszeniem „Dom Rodzina Człowiek” z Warszawy i innymi.

Nasza szkoła tętni życiem! Nasze dzieci są tu szczęśliwe, bezpieczne, zadbane i uczone na najwyższym poziomie. Ich rodzice są w stałym kontakcie z pedagogami i są na bieżąco z postępami oraz ewentualnymi problemami swoich dzieci i właśnie dzięki temu mogą te problemy wspólnie rozwiązywać.

Nie bez znaczenia jest fakt, że w naszej dzielnicy powstają nowe osiedla, a co za tym idzie dzieci będzie przybywać. Na uwagę zasługuje również zmiana pokoleń na Osiedlu Górniczym, w Kozicach i Rusinowej. Osiedla się tu coraz więcej młodych małżeństw, które zapewne będą chciały mieć dzieci i wychowywać je w najbliższym środowisku.

To jest szkoła pokoleniowa, szkoła klimatyczna, nierozerwalnie związana z naszą społecznością, która jest w tej chwili bardzo zdeterminowana i nie dopuści do tak fatalnego błędu, jakim byłaby likwidacja tej placówki.

Wobec powyższych faktów prosimy o cofnięcie decyzji o likwidacji Publicznej Szkoły Podstawowej nr 31 w Wałbrzychu.

Zapraszamy wszystkich Radnych Rady Miejskiej Wałbrzycha na spotkanie mieszkańców, nauczycieli, rodziców z Panem Prezydentem Wałbrzycha Romanem Szełemejem oraz przedstawicielami zespołu do spraw opracowania sieci szkolnej na lata 2012-2015.
Spotkanie odbędzie się w dniu 02.01.2012 o godz. 16.00 na Sali gimnastycznej PSP 31, Osiedle Górnicze 19 a.
cytat z forum na naszej stronie:"Kurde, ludziska, nie po to dumnie na fali emigracji mojego pokolenia zostałem w tym cholernym mieście, żeby chucpa wycierała sobie mną tyłek!!!" i tyle tytułem komentarza.
http://www.tygodnik.walbrzyski.pl/newsy/580-miasto-chce-likwidacji-szk%C3%B3%C5%82

http://walbrzych.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1210877,demonstracja-w-obronie-likwidowanych-szkol-na-wigilii,id,t.html#9774f2facd53bc16,1,3,6






niedziela, 18 grudnia 2011

122 - z kalendarzyka Matki Polki: grudzień



Pamiętacie dzwonki wietrzne dla alkoholików? Szlag je trafił na ranczo przez te wichury. Postanowiłam zatem zrealizować coś po linii, w miejscu bardziej stabilnym, w domu targanym co najwyżej wichrami namiętności i wyziewami alkoholowymi. Soł, jeśli ktoś pija w plenerze i robi to często oraz używa do tego kubeczków plastikowych, to płyną z tego dwa wnioski:

  1. na bank mieszka w Hrabstwie Rusinowa
  2. może zrobić sobie taki oto wiktoriański żyrandol:


OK, nie jest to lampa od Tiffany'ego, ale za to zajebiście kurz zbiera. No i w razie grubszej biby na ławce, po prostu wpadasz do domu, zrywasz ustrojstwo z sufitu i wtedy już do szczęścia zostaje tylko rozwiązanie spornej kwestii: kto leci na stację.

Jak już jesteśmy przy temacie, to jutro napocznę wreszcie flaszkę wódki, która przeleżała w lodówce równo rok (!). Ponieważ ci, co mnie znają, nie uwierzą w te 12 miesięcy, dodam, że to lodówka w robocie. Prawdą jest, że Wyborowa, która leżakuje od jednej do drugiej Wigilii pracowej nie jest tak szlachetna jak 10-letnia szkocka łycha, ale tylko ściany tej centrali wiedzą, ile razy miałam ochotę po nią sięgnąć w rozpaczy, choćby po to, by się tym oblać i podpalić. M.in. wczoraj, podczas tajfunu z deszczem, śniegiem i masą ludzi, którzy akurat w taką aurę, postanowili zrobić świąteczne zakupy i polatać po mieście. Ludzie z ławami, dywanami, ludzie z wadami wymowy („Pjosie na Świentej Bajbaji 9”, „Pszesz Pole 2”), ludzie pijani, zmoczeni, zmarznięci i wkurwieni. A po drugiej stronie łącza zdycha centrala z telepawką (gorączka), wadą wymowy (katar Niagara Falls), zmarznięta i wkurwiona, z nietykalną Wyborową 2m po prawej.
 
Photobucket


Lecz inni mają gorzej – taka pani świetliczanka na osiedlu w tym samym czasie zamknęła się od środka i zostawiła klucz w zamku, po czym poszła siusiu i urwała klamkę od klopa. Mam nadzieję, że nie oglądała nigdy przedtem „American Horror Story”, bo jednocześnie rozładował jej się telefon, a w całym Hrabstwie wysiadł prąd. Musiało jej nie być do śmiechu, kiedy ja już po horrorze w taxi, w romantycznie oświetlonym zniczami ABC kupowałam Zbójnickiego Grzańca, a ona przeżywała wc horror chłepcąc wodę z muszli i zagryzając mydłem.

Z drugiej jednak strony, ją uwolniono po kilku godzinach, a mi grzaniec nie pomógł i dalej trzęsę się w pracy, tym razem na nocce.
Może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego wirus, który wpada do chałupy, po przejściu przez dzieci dla dorosłych jest już 3 razy wredniejszy? Mam tylko niejasny trop, odkąd Jagoda stanęła przede mną i zupełnie poważnie obwieściła, patrząc mi stanowczo w oczy:
„ Mamo, ja nie jestem z tej rodziny, co ty i babcia. JA NALEŻĘ DO INNEGO GATUNKU.”
O tak, dziecko, bez wątpienia.
Photobucket



P.S.
w wolnych od użalania się chwilach szyję torby z winyli
robię bombki z żarówek

oraz powiększam populację wielorybów-piórników


sobota, 3 grudnia 2011

121 - telefonare do dziewczyny tak zupełnie bez przyczyny

Photobucket



W tej pracy słyszałam już od ludzi różne rzeczy, ale żeby mi facet przez telefon bitą godzinę nawijał o lewatywie swojej córki, no to już jest gruby nietakt.

A zaczęło się od czopka glicerynowego, który mu nieśmiało poleciłam, gdy się okazało, że to nie numer do apteki, ale pan ma pytanie, bo dziecko strasznie cierpi z powodu zaparcia. I poleciał po bandzie czopkiem opiumowym wprost z „Trainspotting”, przechodząc płynnie od barwnego opisu wychodzących na wolność po tygodniowym kiciu odchodów, przez mówienie mi na „ty” po dywagacje o trudnym dzieciństwie wśród staników, pończoch i koronek sióstr i matki, które ukształtowały jego fetyszyzm na wieki wieków. Oraz, że chyba namówi żonę, aby i jemu zrobiła lewatywę...

Photobucket

Słuchałam tego oniemiała, zamiast się rozłączyć, bo mnie gość wprowadził w takie osłupienie, że gdybyśmy doszli do stałego w takich rozmowach „a co masz w tej chwili na sobie?”, chyba bym nie zdołała wycharczeć swojej ulubionej odpowiedzi „mrrrr... OP1 !”.

Mówię Wam, Mo-BRUK działa i jestem pewna, że co pożar składowiska, to te opary coraz bardziej szkodzą tubylczej ludności, która mutuje na potęgę. Zresztą nie tylko psychicznie.
Bo dla przykładu w dniu otwarcia Decathlonu, może na wyrost, spodziewałam się na obiekcie klienteli nieco odmiennej niż powiedzmy w Biedronce na Świdnickiej, gdy wtem, no kurwa, Planeta Małp, Wyspa Doktora Moreau i Świnie w Kosmosie w jednym. I nic tu nie pomoże przymierzanie bryczesów za 3 stówy.
Aż się baliśmy iść potem do Tesco, ale tam już było spoko, bo jak się trzyma głowę w lodówce z batonami dla psów i kotów, to się przynajmniej człowiek na boki nie rozgląda.

Z innej beczki, to wsadziłam Kocura na niezłą minę i wymyśliłam sobie tapetowanie przedpokoju. 



Photobucket
W trakcie skrobania szmat, które już dawno przestały być tapetami, wyszło na jaw, że – za sprawą oczywiście inwencji Inżyniera – ściany mają warstw co najmniej tyle, co ciasto francuskie. Pod tapetą znaleźliśmy m.in. gips budowlany (styl nakładania inspirowany marzeniami o grubej fali w californijskim raju surferów), z 5 różnych kolorów emulsji, eklektyczne szlaczki szablonu malarskiego Wczesny Bierut oraz roczniki Trybuny Ludu, zresztą chuj wi czy to nie były jeszcze broszury I Międzynarodówki. Przestaliśmy skrobać, gdy się zaczęły ukazywać słynne freski jaskiniowe. A ja się dziwiłam, że przedpokój taki wąski, że będąc w ciąży musiałam wchodzić i wyłazić przez okna.
Kocur wykuł tunele na kable, które dotychczas smętnie wisiały z naddatkiem po 1,5 metra z każdej dziury, chyba w razie gdyby ktoś, przechodząc przez tą norę, zapragnął się nagle powiesić. Odnaleźliśmy też z 15 kołków rozporowych w każdej ścianie, które jak sięgam pamięcią do niczego nigdy nie służyły. Mogę się oczywiście mylić i nie wiedzieć, że tu wisiały wszystkie patenty Inżyniera, które w swej skromności przewiesił do piwnicy. Lub oprawione w ramy złote myśli Halyny, takie jak „zgaś światło”,„zamknij drzwi na dwa razy”,”kto jest w łazience?” oraz „ten pierdolony kot znowu narobił koło pieca (o Mambie)”.

I naturalnie, jak to zawsze z okazji remontów, wszystko zaczęło się walić i utknęło w takim zatwardzeniu, jak u córki pana z początku historyjki. I tą właśnie fekalną elipsą zamykam dzisiejszy wpis i idę się walnąć spać przed szpachlowaniem.

sobota, 26 listopada 2011

120 - pracuj, kupuj, żryj, umieraj


Miesiąc przerwy spowodował, że teraz nieco wstydam się majestatu. Wszyscy zorientowani na marnowanie czasu nudząc się w internecie, którzy gdzieś na jego końcu znaleźli tę stronę, oczekują teraz pewnie niechudego pierdolnięcia na miarę katastrofy tunguskiej lub drugiej autorskiej książki Kasi Cichopek. A tu znowu lipa.

No i co ja mam Wam powiedzieć? Że jestem tak leniwa, że nawet nie chce mi się iść do kuchni po łyżeczkę i jem jogurt palcem? Potwierdzam. Że nie chce mi się preparować dziecku wieczornej butelki z mleczkiem i dlatego najpierw daję jej kleik z kaszki błyskawicznej, a potem każę zagryzać mlekiem w proszku? Nie zaprzeczam. Że negocjowałam kontrakt z Queen? Menadżer nakazał milczeć. Więc gdzie tu power na bloga?
A na dokładkę jestem przecież wyposażona w unikalną kombinację genów po starych pt. nic mnie to nie obchodzi, którą naukowcy wyodrębnili już w zachowanych szczątkach członków pradawnych cywilizacji, które same doprowadziły się do zagłady. To zarazem tłumaczy, dlaczego zawsze, gdy próbuję zrobić się na bóstwo, wychodzi mi akurat to bóstwo, któremu ze strachu Majowie składali krwawe ofiary.


Photobucket


No, ale nie należy się poddawać i właśnie dlatego doświadczam nieustannej serii porażek.

Za pierwszą można uznać początkowo obiecujący zakup kreacji sylwestrowej za łączny koszt 27 zł. Sukienka-bombka z tak dużą ilością tkaniny w okolicy brzucha, że po raz pierwszy od dawna nic mi się nie wylewa i nie wyglądam w czymś jak namydlona świnia. Minus – Sylwester się nie odbędzie. Tzn., bez paniki, Wy go macie normalnie, tylko ja nigdzie nie idę. Zresztą na Andrzejki jakby też, chyba, że bym poszła z pokoju do kuchni wystrojona w te ciuchy i skonsumowała sobie jakąś kanapkę z sosem monopolowym.


Drugi niewypał, to złamanie zasady „won z Avonem”. Znów się dałam nabrać kupując sobie brokatową kredkę do oczu diamond bitch, która się miała świecić niczym lampy od Ursusa, ale chyba zapomnieli zapakować akumulator. Za to przy zmywaniu prędzej człowiek sobie wydrapie oczy niż się tego pozbędzie i dlatego nad ranem wygląda jakby płakał całą noc.



A potem jeszcze byłam na nocy wyprzedaży. Tej nocy chyba wszystkim wałbrzyszanom solidarnie odjebało. Poruszanie się po parkingu, który na tę okazję został poszerzony od galerii do Pl.Grunwaldzkiego, było jak tańczenie fokstrota na polu minowym. Co by tłumaczyło nazwę „taneczna noc wyprzedaży”.


Photobucket


Widząc poziom determinacji w przedsionku Babilonu już wyobrażałam sobie jak te wszystkie baby duszą się nawzajem apaszkami za jedyne 20 zł 99 groszy. W środku panowało takie stłoczenie i galop, jakby dopiero co ogłoszono, że Bronisław został prezydentem i dano szanse ludziom na bezpieczne opuszczenie kraju. Spędziłam w tym bajzlu chyba ze 2 godziny i poza ogólnym ocieractwem z musu, moje żądze nie zostały zaspokojone. Chyba, żeby liczyć rękawiczki z polaru za 15 zł, bo tylko przy tym stoisku nikt nie stał oraz 2 dychy wydane na pierogi, dobre, chociaż jak Kocur po nich w nocy zasunął bąka, to chciałam się zgłosić na obdukcję.


Kupiłam też wyprzedażowe pisaki w Smyku. Żeby wreszcie zatkać usta starszej córce. Ciężko tego dokonać, biorąc pod uwagę, że ona artykuuje absolutnie każdą myśl, jaka przetoczy się jej po głowie. Jak również powtarza ją przynajmniej kilkukrotnie dla zwiększenia efektu psychozy matki, która stale słyszy głosy. Ale i to mi nie wyszło, bo kiedy dziecko z paczką flamastrów oddalało się właśnie w ulotną krainę ciszy, to wyszło, że tamte są całkiem wypisane.



Kierując się brakiem pamięci krótkotrwałej, zawędrowałam więc wczoraj na noc wyprzedaży do Tesco. Zwiedziona głupią myślą, że tylko ja odpuszczę piątkowe chlanie ze znajomymi na korzyść upustu 50% na zabawki, wylądowałam w centrum piekła pełnego rodziców skłonnych zabić pod pretekstem udawania Mikołaja. Wiem, że mój zad się w kółko poszerza, ale nie sądziłam, że już wygląda jak parking dla marketowych wózków. W wąskich uliczkach, szczelnie wypełnionych matkami i ojcami uwieszonymi u półek, grasowały baby z wózkami-taranami. W kolejkach można było przeczytać jednym tchem „Nad Niemnem” lub, jak kto woli 1518-stronicowy manifest Andersa Brejvika. Ja miałam ochotę na to drugie.

I dlatego będę się trzymać już tylko promocji Lecha butelkowego w ABC za 2,50 bez konieczności strzelania do ludzi, co najwyżej z zagrożeniem jakąś lajtową salmonellą.



A w Realu dają 30% na zabawki...

I na koniec jeden głupi żarcik:
Gdyby Matka-Halina miała biografię na Filmwebie, to by grała w samych dramatach.

wtorek, 1 listopada 2011

zamiast posta


Z braku czasu i nadmiaru zakwasów jeszcze nic tu nie napiszę o balu, ale zapraszam na fotorelację po prawej, na kolejnej podstronie. Trochę potrwa zanim zdobędę i wrzucę wszystkie kompromitujące foty i filmiki. Tymczasem deserek --------------------->
Wasza Matka Mercury


sobota, 29 października 2011

119 - zróbmy więc prywatkę, jakiej nie przeżył nikt



Niech żyje bal!
Wielki dzień dla wszystkich dziwolągów z Hrabstwa zbliżył się w podskokach i szpagatach! I właśnie za jakieś 14 godzin, w pewnej ni to szopie-ni oborze będzie można ujrzeć niecodzienny widok porozrzucanych ciał wyrwanych z filmu, baśni, literatury, muzyki i szeroko pojętej rozrywki. 

Rozrywka jest o tyle szeroka, że rano szłam wąskim korytarzem do zbunkrowanego od wieków na (a jakże!) Moniuszki, sex-shopu po różne granty i takie tam codzienne sprawunki. No, dupy mi nie urwało. Sądząc po asortymencie, wałbrzyszanie gust i fantazję mają proste do bólu – choć to niefortunne określenie błędnie sugeruje jakąś finezję. No chyba, że każdy ma konto na Allegro, ale ci, co ich mijałam, to raczej mieli ewentualnie otwarte konto w zeszycie pobliskiego monopolowego, lub też leżeli już w jakimś kącie i nie sprawiali wrażenia, jakby ich tak pozamiatało oszalałe libido. 

Ale się pośmialiśmy z ekspedientką, nawet chciała nam na odchodne sprzedać taką gumową nakładkę z wypustkami, ale raz, że Kocuru w pośpiechu i nie miał czasu przymierzyć, a dwa, że to wyglądało jak opona od Jelcza, tylko rozszarpana przez mojego psa, to ja sobie sama zrobię w domu, tak więc w sumie nie kupiliśmy. Poza tym, romantyczny nastrój handlowy mi zmieszał podejrzany zapach najtańszej chińskiej gumy rodem z mojego ulubionego sklepu w PDT. Więc, po głębszym zastanowieniu i penetracji wniosków o jakości tychże gadżetów, stwierdziłam, że nie po to hodowałam pole kabaczków, żeby mi teraz gniły w piwnicy. 

W ogóle jak jest taka impreza na rzeczy, to opary absurdu gęstnieją na długo przed. Niby wiem o tym, ale nadal nie mogę uwierzyć, że klepię tu teraz pomalowanymi 3-warstwowo paznokciami w kolorze tak bardzo pink, że nawet wrzucone do malaksera flaki Hanny Montany, Justina Biebera i My Little Pony razem z dzieckiem Cichopków, nie byłyby tak słodkie i różowe. 

Mam też lekkie obawy, bo jeszcze nigdy nie bawiłam się z odkrytym tyłkiem w tak licznym gronie. Jednak, ze strzępów kusych jak te moje majty wiem, że inni też będą mieli nieliche problemy z komfortem w swoim przebraniu, np. serdecznie współczuję Danieli, zwłaszcza przy sikaniu :)  
Pierwsze chyba jednak padną kobiety, bo za dużo wysokich obcasów, a my nieprzyzwyczajone – wszak chadzamy tylko do ABC, to się nie będziemy wygłupiać, przecież jeszcze trzeba jakoś wrócić. Jeśli więc padnę pierwsza, to jestem podwójnie usprawiedliwiona, bo na szpilkach i po nocce w robocie.
Jednak nim -mnie zabraknie i ziemia rozstąpi się, w nicości trwam, gdy kiedyś odejdę i nas już nie będzie i siebie nie znajdziesz też i zatańcz ze mną jeszcze raz itd.- obiecuję porobić jakieś zdjęcia dla potomnych i je wrzucić na kolejną podstronę mojego uroczego, słodkiego blogaska.

Tymczasem, nie zawracam gitary, wkleję tylko gotowe dyplomy – jak kogoś nie będzie, to może sobie poudawać i powiesić na ścianie. Idę się zaraz zdrzemnąć i oblec w powłokę mojej starej, nieśmiertelnej miłości :) 
P.S. Kim będę?






takie tam - do kibelka
zabierz babci dowód...

GRY