niedziela, 22 marca 2015

147 - Jestem smogiem. Uświadom to sobie-sobie.


Dziś nie obyło się bez zemsty ZDiKUM za ostatnie posty.

Wiadomo, że kocham wstawać w niedzielę o 4 nad ranem, by z uśmiechem pomknąć do roboty, zwłaszcza jak się pół nocy harcowało.
Idąc cmentarną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu... A nie, to nie to. Idąc alejką na autobus po ciemku i we mgle, przypomniałam sobie, że przecież w weekend "piątka" odjeżdża kilka minut wcześniej, niż sobie to jeszcze w domu uroiłam. 
Cóż było robić? Słysząc złowieszczy warkot mojej kapsuły czasu, zwiastujący nieuchronne spóźnienie do pracy, odpaliłam dawno nieużywane w tym celu sprężyste nogi i włączyłam turbodopalanie. Już po kilku metrach wiedziałam, że z maszyną nie mam żadnych szans. Serce biło jak oszalałe, wpadałam w hiperwentylację. Wczoraj oglądałam film "Bogowie" i przez głowę mi przebiegło, że jest dla mnie jakaś nadzieją - docent Religa! Ale potem pojęłam, że on przecież nie żyje, co paradoksalnie wcale nie wykluczało naszego spotkania za chwilę.

Kiedy świszcząc przedśmiertnie wpadłam na przystanek, pocałowałam tylko brudną klamkę gabloty. Konwulsyjnie machałam do kierowcy, który tępo patrzył na mnie w lusterku. Waląc w szklane drzwi, uświadomiłam sobie, że ci w środku również mnie widzą. Jeden i drugi obojętnie obrzucili mnie spojrzeniami. Facet przed 60-tką, który nie może uwierzyć, że ktoś do niego dzwoni, wyciągnął komórkę ze zdziwieniem i zaczął studiować wyświetlacz (a nieee, to sms: - Dzień dobry, tu wróżka Semiramida. Odpowiedz na ten sms, bo inaczej coś przykrego może przytrafić się tobie i twojej pierdolonej rodzinie).
Albo się bali, bo nad ranem wyglądam jeszcze gorzej niż zazwyczaj, albo rzeczywiście jestem niewidzialna i stoimy ze Zbyszkiem Religą i palimy te fajki na chodniku, bo niechybnie biegnąc tutaj kitę odwaliłam.
Autobus beztrosko odjechał, ostrzeliwując mnie strugą spalin. Jestem smogiem. Uświadom to sobie-sobie.
Wróciłam do domu uspokoić drgawki i poczekać na następny kurs za pół godziny, jednocześnie myśląc ciepło o kierowcy, co by go dwa razy po drodze chujem opasało.

Po półgodzinie byłam znów w tym samym miejscu i przestępując z nogi na nogę mordowałam wzrokiem innego kierowcę, który sprzedawał mi bilet przez 5 minut, bo oczy go szczypały od dymu z kopcącego się peta w zębach. Gość był jakiś niezborny ruchowo. Potwierdziło się to w trakcie jazdy, bo miał ewidentny problem z naciskiem na pedał gazu, chyba że to hamowali uczepieni kół spóźnieni jak ja wcześniej desperaci.

No ale czego się tu spodziewać po tak marnie rozpoczętym weekendzie?


W piątek nad ranem, po ostatniej nocce postanowiłam zrealizować choć jeden punkt z pakietu "korzystając z samotności zrób coś dla siebie". Ponieważ w najbliższej okolicy nie znalazłam żadnych ciekawych, półnagich Latynosów, udałam się na długi spacer z psem. Pies skutecznie popsuł mą radość obcowania z naturą, ponieważ złapałam go na tym, że ze smakiem zajada się kupą. Macie orientację, czy są jakieś agencje modelek dla psów?

Drugą opcją planu była godzinna kąpiel z bąbelkami, na której relaksacyjny charakter cień kładło tylko skrobanie do drzwi jednego kota, podczas gdy drugi zrywał mi w kuchni firanki i z hukiem zrzucał na glebę wszystko co napotkał na swojej trajektorii ruchu. 

Dzięki tej chwili dla siebie obudziłam się tak późno, że musiałam dać dzieciom, które akurat wróciły ze szkoły, surowe ziemniaki do kotleta. Zaraz potem, częściowo w piżamie, biegłam z nimi na autobus, żeby zdążyć na zbiórkę harcerską. Oddałam młode w tryby organizacji i z jęzorem na wierzchu zbiegłam łącznikiem z Psiego Pola na Pl. Tuwima do Joli, gdzie w punkcie trzecim planu "hedone", zatrzasnęłam się w trumience i oddałam promieniowaniu uv. O dziwo tym razem nie spaliłam sobie dupy, może dlatego, że nauczona doświadczeniem opalałam się w jeansach. Choć na wszelki wypadek w lodówce i tak miałam beczkę kefiru i ciekły azot.

Ale z Tuwima trzeba było wrócić po dzieci. Łącznikiem Nowowiejska. Kurwa, co za cholerna góra, szłam i szłam, a ona się się chciała skończyć, mięśnie ud chciały mi eksplodować i muszę koniecznie sprawdzić ile to ma nad poziomem morza, bo zdawało mi się, że w krzakach znalazłam ciało Kukuczki.

Najważniejszym punktem planu przyjemnościowego miał być wyczekiwany przyjazd Kocura z tej śmierdzącej Warszawy. Już ja wiem, jak sprawić mu radość (zaczęłam od kupna 6 bochenków chleba rano). Pachnąca i opalona siedziałam więc i minuty dzieliły mnie od tej cudownej chwili. 

Po czym Kocur zjawił się w drzwiach, spakował kimono i ...pojechał na trening...
Chapeau, kurwa, bas! 


Poczułam się tak skonsternowana jak wtedy, gdy wracając z pracy "nyską" płaciłam kierowcy i kiedy się nachylałam, Adaś Wierzba strzelił mnie w tyłek, a ja nie byłam pewna, czy to stało się naprawdę, czy to moja imaginacja bo już ja doskonale wiem, co dzieje się w jego wyobraźni. 
Ten moment gdy nie wiesz, czy możesz dać w mordę, czy nie...

 Scenka:
(Jagoda) - Tato, ja Cie tak strasznie kocham! Kiedy znowu wyjeżdżasz?

piątek, 20 marca 2015

146 - Cycek


Dzień dobry, Moi Mili! Czy czytają mnie również te potwory z autobusów? ;)
Dziś nie będzie kontynuacji moich przygód komunikacyjnych, bo takowe póki co ustały i późniejsze eskapady po metropolii przebiegały wyjątkowo spokojnie. Sądzę, że tamci pochowali się w swoich norach i czekają przyczajeni do ataku, który z całą pewnością niebawem nastąpi, jakem autochton Mordoru.

O próbach uduszenia mnie feromonem oraz przytrzaśnięciu przez olbrzyma przypominała mi dziś tylko Różowa Modliszka, malowniczo rozciągnięta na całej przedniej szybie "piątki", bo w takiej oto dziwacznej pozycji moja ulubiona konduktorka ostatnio podróżuje. Pomyślałam, że jest to kolejna próba wyeksponowania siebie w celu przyciągnięcia jak największej liczby potencjalnych ofiar jej przepastnego libido (mrrrau, kochaniutki! chonotu do mnie, to tylko 2,40...). Gdyż doprawdy, kiedy tak legnie obok kierowcy, nie sposób jej nie zauważyć.


Drugą głupią rzeczą, jaka przyszła mi do głowy w związku z jazdą po mieście było marzenie, żeby lektorem zapowiadającym przystanki był Johnny Radyjko, idealny przecież do tego anturażu. Wyobraźcie sobie to: 
"WYSOCKIEGO-Hej Halina!-Kto cię dyma, jak mnie ni ma!?-STARA KOPALNIA." Albo "PIŁSUDSKIEGO-Halo! Halo! Łączymy się z żołądkiem!-SZPITAL."
Lub "BYSTRZYCKA-Blada twarz! Okres Masz?-OSIEDLE GÓRNICZE."


To by był dopiero miód na moje serce w opresjach podróży, które w tym miejscu są zawsze równie niebezpieczne co np. gra w butelkę z Soplem.
....................................................................................................



Ale ja nie o tym dziś. Ja chciałam Was o coś najzupełniej poważnie poprosić. Chodzi o wsparcie - mentalne, duchowe, czarodziejskie - doprawdy, co kto lubi i w co wierzy, w batalii o cycek.

Właścicielką strategicznego cycka jest moja znajoma - Anuk:
autorka bloga rak to burak oraz jadaczka, które z tego miejsca polecam jak kurwa mać!

Anuk jest nie tylko posiadaczką cycka, a nawet dwóch (i chcemy, aby tak pozostało), ale również totalnie zrytego poczucia humoru i pozytywnego podejścia do świata, czym tłucze raka-buraka, jaki się do niej przypałętał, bo z pewnością nawalił mu gps. 
O - tak go właśnie tłucze!
Jeśli poczytacie Jej bloga, to zobaczycie jak bez zbędnego patosu, za to z ogromnym dystansem i humorem idzie jak burza przez różne nieprzyjemne etapy swojej drogi do wyzdrowienia i komnaty nieprzyjaznego NFZ-u pełne poczwar i dobrych wróżek, wlewów magicznej many i ciuciubabki z Kostuchą. 

I teraz do sedna: 23 marca - w poniedziałek Anuk wchodzi w kolejny level i przejdzie operację. Od tej operacji zależy wiele (głównie jak chodzi o raka-buraka, bo będzie się musiał natychmiast, dziad jeden, wyprowadzić) więc kto może, niech pośle w Jej kierunku najlepszą energię, jaką zdoła wygenerować. 
Technika dowolna: można trzymać kciuki, mamrotać mantry, zarżnąć czarnego kota o północy (jak coś, to mam jednego pożyczyć), pluć przez lewe ramię, urządzić imprezę w intencji wyzdrowienia, palić marzannę, wznieść toast, pomodlić się, ciepło pomyśleć... Tak, aby wszystko się powiodło i - nie ukrywajmy, co by nie zwiała spod sali operacyjnej, bo właśnie napisała, że potwornie boi się narkozy :)

Ania! Ja wiem, o czym Ty myślisz, bo nigdy nie zapomnę sceny rodem z psychiatryka, kiedy pół niemieckiego szpitala ginekologicznego usiłowało schwytać moją siostrę, która na 5 minut przed laparoskopią dowiedziała się, że to jednak pod narkozą. Śmiechu było co niemiara, kiedy tak gnała w kitlu składającym się tylko z przedniej części, skacząc przez szpitalne łóżka jak przez płotki, za nią pielęgniarki i lekarze krzyczący po niemiecku, a za nimi ja z maszynką jednorazową, usiłująca ją "tam" ogolić na sucho... Ach - wspomnień czar!

To jak - pomożecie w poniedziałek????? Możecie zacząć już teraz!

czwartek, 19 marca 2015

145 - Boję się ZDiKUM w Wałbrzychu


Przysięgam, przestanę jeździć do roboty!
Ja wiem, że sądzicie, że ja to sobie wszystko wymyślam i już nawet sama zaczęłam się zastanawiać, że może za dużo Disneya albo coś mi dzieci do żarcia dorzucają?
Czy jednak jest jakaś niewytłumaczalna magia na tej wiosce? Bo znowu mi się to przytrafia!

Mało, że wracając porannym kursem jechałam z opisaną wczoraj testosteronową panią od pana. 
Bo kiedy odbiłam się w chacie od poduszki i znów pognałam na przystanek, to czekając na mój upiorny autobus stoję, patrzę i oczom nie wierzę: moja konduktorka wyrwała jednak jakiegoś gościa i nawet wysiadła się z nim migdalić na chwilę przed pętlą. Może ja ich sobie wszystkich tworzę w głowie, a potem oni się materializują i dlatego to miasto jest takie straszne mentalnie, bo ja mam wyłącznie katastroficzne wizje?

W każdym razie - wszyscy wsiadamy, jedziemy. Myślę: pierdzielę nie siadam w Szklanej Pułapce, dziś wybieram bardziej otwartą przestrzeń, miejsce siedzące za barierką pośrodku autobusu. Dobry punkt obserwacyjny nowej adaptacji "Love Story" w reżyserii Śląskiego Konsorcjum Autobusowego, a i w razie towarzystwa jakiegoś smrodogeneratora, to i łatwiej będzie przez tę barierkę zwymiotować.


Przypatruję się na ten efemeryczny flirt różowej konduktorki-modliszki, która wykłada panu swoje rozterki sercowe. Używa stylu gansta-romantic jak i mnogich "kurw maci" i że by tamtej wtedy "zajebała", podkreśla też często, że ten drugi, o którym opowiada to właściwie "niech się już pierdoli". 
Stoją blisko mnie i blisko siebie i dobrze stoją, bo ona odziana w letni obuw, trzęsie się ni to z emocji, ale raczej bardziej z zimna, bo na dziś wzuła szarą mini i cieniuchne rajstopy z lajkrą, na oko 15 DEN. Jesteśmy tak blisko, to się laska przynajmniej ogrzeje, załatwimy to jak bawoły amerykańskie - w kupie cieplej.
Niestety przechodzą na przód pojazdu, a ona odrywana od sedna, to tu, to tam niecierpliwie sprzedaje bilety. Nie znam teraz rezultatu tej rozmowy więc zaczynam zastanawiać się: czy ta miłość jest równie nieszczęśliwa jak w innych wyciskaczach łez? Że np. on się wkurwia tym jej zawodem na umowę-zlecenie, porywa ten autobus i finalnie na terenie starej zajezdni autobusowej przy ul. Armii Krajowej, już po wszystkim, kiedy pojazd wypełnia wolno opadające confetti z biletów zwykłych i ulgowych, bohaterowie zatruwają się spalinami z rury wydechowej? 

I właśnie wtedy, kiedy wyobrażam sobie ostatni trzask lajkry w rajstopach przed ostatnim tchnieniem, otwierają się drzwi pojazdu na przystanku wywrzeszczanym przez nowego lektora, który potrafi znienacka wysadzić z fotela nawet umarłego - WYSOCKIEGOOO!!! PLAC GRUNWALDZKI!. Jezu nie wiem, kto to czyta tak wyrywnie. Chyba hip-hop jakiś.

No ale właśnie wtedy, po kilku nieudanych próbach wejścia za pomocą twarzy przez ścianę, przez te otwarte drzwi wtacza się chłopisko o prezencji Kucaja Stanisława i takiej też aparycji. Asekuruje go jakiś mniejszy typ. A najlepsze jest to, że Staś II trzyma pod pachą ubranego w płaszczyk z kapturkiem, trzęsącego się pieska rasy shih tzu. Wygląda to równie komicznie, co widok harleyowca z Hells Angels z yorkiem w torebce. Chłop ma ze 2 metry i (musiałabym zapytać Lupy) ale generalnie składa się w 80% z karku.

A jeszcze lepsze jest to, co dzieje się później. No bo jakże by inaczej? "Goryl" goryla wskazuje mu miejsce obok mnie i sadza tam jego i pieska. Ja pierdolę, czy ja wiem, co ja ćpię? - myślę w głowie w momencie, gdy kark zwala mi się częściowo na kolana. Bolało. I śmierdziało, bo był kompletnie pijany.
Shih tzu, którego zresztą "Góra" chciał mi dać kilkukrotnie po drodze, wlepia we mnie te swoje wyłupiaste oczka spod blond kiteczki i trzęsie się nie mniej niż nogi konduktorki.

Mijają długie minuty i 2 odległe przystanki, podczas których chcąc-nie chcąc poznaję "szwagra", dowiaduję się, że jestem nawet ładna z profilu i dlatego koniecznie musimy się umówić, że pies pochodzi z nieszczęśliwej rodziny itd. Cały czas trzymam faceta na kolanach. W wyobraźni analizuję narzędzia, jakie mogę mieć przypadkiem w 50 litrowej torebce podręcznej. Coś, czym muszę uciąć sobie nogę, żeby się uwolnić spod ciężaru. Wiem, że mam mało czasu, a zaraz będzie jeszcze gorzej, bo gość opada z sił i opada na mnie całym sobą. Chuchając mi w twarz. Nie potrafię nic wymyślić. Poza tym, że mam w torebce pomidora, ale na chuj mi w tej sytuacji pomidor?!


I wtedy zjawia się ona. Różowa Modliszka. Wciąż nie mogę w to uwierzyć, ale uderza z nimi w końskie zaloty, ooojej - jaki ładny piesek, a jaki ma fikuśne ubranko, a jak się trzęsie, ha ha! prawie jak ja dzisiaj w tych rajstopach, bla bla bla. Facet łypie spod oka to na nią, to na mnie z pytaniem "Ale o so jej chosi?" i gdy zasępia się nad sensem tej paplaniny, ja przeciskam się ku wyjściu, szorując tyłkiem o jego kolana, z czego jest wyraźnie zadowolony, sądząc po mruczeniu...


The End

środa, 18 marca 2015

144 - A jego imię sto czterdzieści i cztery


Od razu dało się odczuć, że dziś Dzień Świętego Patryka. Facet w autobusie zajebiście śmierdział trollem.
Jechałam tak w smrodliwym potrzasku, uwięziona od strony szyby, a wkoło tańcowały w parze odór niemytej dupy i częściowo przetrawionego alkoholu.

W dodatku co chwila gość wyjmował COŚ z ucha. Bałam się odwrócić. Desperacko szukając powietrza obserwowałam w odbiciu szyby. Okazało się, że to aparat słuchowy, który to - gdy już udawało mu się odkleić to od ręki, usilnie przestrajał, sądząc po odgłosach: piskach i ćwierkaniu maszynki. 
Pomyślałam życzeniowo: kurwa, facet, nastaw odpowiednio tak, abyś na jakiejś częstotliwości usłyszał moje myśli i błagam, przesiądź się na drugi koniec solarisa! Lecz niestety. Nie był to "Solaris" Lema, tylko zwykły miejski autobus linii nr 5 i żaden cud się tu nie wydarzył.

Jednak rozglądając się na boki, można było dostrzec pewne styczne. Pasażerowie falowali na zakrętach niczym cytoplazmatyczny ocean. Może tworzyli pewną formę inteligencji, jednak, zupełnie jak u Lema, nie sposób było zrozumieć ich tajemniczej natury i behawioralnego obłędu.
   
Konduktorka, jaką obserwowałam już wiele razy wcześniej, której miękkich, grubych ud nie gładził nikt od dawna, śmieje się rubasznie z charakterystyczną chrypą, flirtując z każdym potencjalnym adoratorem, który jest już na tyle nabity, że może zaryzykuje pytanie o wyskoczenie na jednego, może dwa, kiedy tylko tamta skończy swój ostatni dziś, nużący kurs. Ona ma odwagę i przewagę, ona handluje biletami. Małym pretekstem za dwa czterdzieści. Lub złoty dwadzieścia - za okazaniem legitymacji. To ona przecież podejdzie pierwsza.

Para: dziewczyna ładna, choć wyzywająca. Ma piękne włosy, układają się kaskadą na kurtce. Mówi szybko i agresywnie. On - już dawno oddał jej swój testosteron, bo wszytko inne też przepuścił. Nawet nie udaje, że się przejmuje, kiedy ona wyszczekuje tak, aby wszyscy słyszeli: - I pamiętaj, kurwa, że jak tylko, kurwa, wrócisz, a ja wyczuję od ciebie alkohol, to śpisz, chuju, na korytarzu! Jak chcesz się kurwa napić, to kurwa, napij się w domu! Jak człowiek.

W zasadzie zawsze w środkach publicznej komunikacji miejskiej czuję się jak na stacji badawczej. Jak na zesłaniu na taką stację, uściślając. Jak Kelvin albo Ellen Ripley. Tylko, że ja nie chcę, nie zależy mi na zrozumieniu, na odkodowaniu tych fal. Wolę pozostać na Nostromo, jeśli już naprawdę muszę tu być, w stanie hibernacji. Bo niestety jestem pewna, że każda próba porozumienia ze współpasażerami skończy się tym, że Obcy będą chcieli w najlepszym razie wpierdolić mojego kota. Chcę tylko wysiąść.

Wałbrzych nocą 17.03.2015.



(18 lat temu, wersja soft)

zawsze w tygrysie poranki 
o nas rozmyślam przez szybę
znów miejsca oblepią wariatki
namolne spojrzenia fałszywe
panie w namalowanych paznokciach
panowie co seksualnie niesprawni
sprawdzają witalność w łokciach
trącając tych co nieładni
reagują zapachy zmieszane
a zwierzęta uśmiechają swe pyski
macaniem dziewczęta rozgrzane
autobus rozluźnia uściski

Wałbrzych świtem 1997



(18 lat temu, wersja hard. dla miłośników grafomanii)


wtorek, 17 marca 2015

143 - Pani Pasztetowa


W drugim tygodniu odżywiania się sałatą, serkiem wiejskim i (śladem Stachursky'ego [tzn. za Stachursky'm, bo co prawda jem mało, ale śladem Stachursky'ego raczej bym się nie najadła]) kosmiczną praną , Kocur zapytał: - Jadę na Petro, chcesz hot-doga?

Kuuurwa mać! Ósmy rok związku, a on dalej myśli, że w takich przypadkach "NIE" naprawdę oznacza "NIE"?! To zupełnie jakby przyjął na serio, gdybym w sali porodowej wrzeszczała "Dziękuję, kochanie, zawsze o czymś takim marzyłam!!!".

Nieuwagę Kocura można po części wytłumaczyć przemocą, jakiej ostatnio doświadcza. Zwłaszcza we wtorki i piątki, a ostatnio również w soboty. Gęba oklepana, siniaki na plecach, wybite palce u rąk i u nóg. Gdybym wiedziała, że lubi takie rzeczy, to bym go biła w domu za zupełną darmochę, a tak płaci za treningi karate. I jeszcze nie ma go w chacie, bo się daje obcym oklepywać. 

Co gorsza, kiedy już jest, stale szlifuje swoje kwalifikacje przez YouTube i sobie teraz wyobraźcie, że np. myjecie gary, a w tle słyszycie stałą ścieżkę audio jak z oddziału geriatryczno-pulmonologicznego. Duszenie, rzężenie, bulgotanie i dźwiękowa biografia Lorda Vadera: https://soundcloud.com/siostrzyca/glos

No i tak się zastanawiam nad tą jego drugą naturą i co w nim jeszcze siedzi, jakiś przerażający szczegół, jakiś Wampir z Zagłębia na ten przykład. Może on tylko udaje, że wychodzi do roboty, a tak naprawdę po trzaśnięciu drzwiami zamienia się w Zdzisława Marchwickiego? Lub drwaloseksualną kobietę? I myślę, czemu, o czemu do jasnej dupy, w ciągu tylko jednego miesiąca 3 tygodnie spędza w delegacji? I że to może nie Warszawa wcale, bo jakiś taki opalony wrócił ostatnio, a tam przecież tylko jedna palma rośnie. I skąd ta droga torebka? I mi się to wszystko układa... do kupy. 

Bo może te wszystkie modelki z afery w Dubaju też wciskały rodzinie, że pracują w serwisie i że muszą jechać, bo gdzieś w Emiratach się spieprzyła klimatyzacja? A ten szejk srający kryształkami Swarovskiego to tylko duszna fatamorgana na pustyni... I kurde, dlaczego Kocur przed laty nazwał nasze wi-fi "Sheyk", a na dodatek w szkole średniej mówili na niego "Abdul"? I teraz jasna dla mnie się stała ta zagadkowa pomyłka Wojtka, gdy ostatnio powiedziałam: - wybierz te brązowe, śmierdzące w kociej kuwecie - a on mi na to, że nigdy nie był w żadnym Kuwejcie i żebym przestała go śledzić... I tylko czemu ręce ma białe?! Chciałam zapytać, zapomniałam.

A jak kto lubi takie tematy, to polecam kompletnie posrany felieton Witkowskiego, jak zawsze w sedno :) O tu (klik).

Tak więc Kocur zabawia się na wyjeździe, a ja znów jak ta Penelopa. Żeby chociaż Cruz, ale niestety nie. Mogę być co najwyżej Tomem Cruise. Złośliwym kurduplem w morzu dużych obowiązków. Żeby ta cholerna zima wreszcie się skończyła, to nie musiałabym już pracować na 3 zmiany i w związku z nockami w zestawieniu z amputacją Kota z domu, oddawać dzieci na noce do Dziadków, aby codzienny galop był wykonalny. 

Teraz wieczorami zostaję w domu kompletnie sama i gadam z psem, a ponieważ jest mi w tej chacie zupełnie łyso, nawet jeśli w tle dla niepoznaki włączę sobie kreskówki, to nie da się siebie oszukać, że w domu są dzieci. Nikt nie robi takiego burdelu i hałasu jak one. A tu cisza, spokój, higiena, gdzieniegdzie kot się zesra, albo coś potłucze. Zatem postanowiłam ograniczyć swoją egzystencję do spania przez cały dzień z małą przerwą na przypalenie dzieciom obiadu i spakowaniu szkolnych plecaków.


Bo w końcu widzimy się przez chwilę pomiędzy szkołą a wygnaniem.
I tak to właśnie jest z marzeniami o spokoju i chwili dla siebie. Człowiek sobie wyobraża jak to nadrobi zaległości w autoadoracji, filmy poogląda, pójdzie sobie całkiem sam na wycieczkę, polata po sklepach, w wannie poleży do wystygnięcia, tymczasem nie masz siły nawet zeskrobać się z wyra, albo przynajmniej odwalić psa na bok, bo już ci nogi ścierpły. I z tych snów o potędze zostaje ci dokładnie tyle werwy, żeby zmotywować się do pionizacji, bo trzeba wynieść skarpety do pralki. 
Te z wczoraj. 
Męża zresztą, bo tyle ci po nim zostało. 
I choć pamiątka sentymentalna, to jednakowoż zbytnio paruje.

Ta samotność jest nie przymierzając prawie jak lizanie metalowej poręczy na mrozie, kiedy jesteś sześcioletnim gówniarzem. Wyobrażasz sobie jak to będzie zajebiście, a tymczasem twój jęzor zostaje na balustradzie, a ty biegniesz do mamy zalany krwią, bełkocząc...


Scenka kąpielowa:
- Jagoda, wyszoruj sobie paznokcie u nóg. 
Bierze szczotę i cedzi do swoich stóp zupełnie zmienionym głosem: 
- A teraz, moje maleńkie, pokażę wam co to prawdziwy rock and roll!!!
- Masz ciekawe poczucie humoru. - Patrzę na nią zdumiona i przed oczyma staje mi scena z filmu "Inni", kiedy Nicole Kidman wchodzi do pokoju córki, a tamta obraca się przemieniona w staruchę. Moje dziecko też powoli odwraca głowę w moim kierunku i mówi:
- Widzisz mamo, takie fajne dziecko popsuliście...
Kurtyna, światła na sali zapalają się, gdzieniegdzie trzeszczy deptany popcorn.

No to nara, idę się wcisnąć w nocne tryby kopro korpo:

niedziela, 8 marca 2015

142 - Miesiączkuje woźna, będzie zima mroźna.


Ponieważ po ostatnim poście dostałam od Was wiele telefonów i sms-ów (głównie z pogróżkami), to piszę.
Zresztą i tak nie mam nic innego do roboty, bo jestem jak zwykle w pracy:

Ponadto będąc osobą niezwykle przywiązaną do tradycyjnych wartości, muszę dzień święty święcić i się bardzo oszczędzać, wszak dziś 8 marca.

Pamiętacie jeszcze tekstylną sromotę i krwiożercze galoty? O TUTAJ (klik).
Otóż ostatnio zadebiutowałam po długiej przerwie w kupowaniu ciuchów na Allegro. Pauza wynikała z tego, że wszystkie moje ciuchy wyglądają dokładnie tak samo i przez to w pracy myślą, że się nigdy nie przebieram, a w domu wiecznie stoję przy zlewie i nawet Modest Amaro nie jest mnie w stanie zmusić, żebym oddała fartucha. Ostatnio śmiałyśmy się z Olą, że możemy na spokojnie zgrywać przed swoimi facetami takie oszczędne panie domu, co to kasy na pierdoły nie wydają, bo jak już coś sobie kupimy, to jest to identyczne z tym, co kupiłyśmy ostatnio i mężczyzna w tym swoim upośledzeniu płciowym i tak nie zauważy różnicy.



No ale wracając: najpierw trafiłam na jakiegoś totalnego amatora z 57 punktami za transakcje. Nie pamiętam już co tak przykuło moją uwagę, ale musiało być zajebiste, skoro zdurniałam do reszty decydując się na kupno u allegrowicza-nowicjusza z (dajmy na to) Kiełbaskowa. Zapłaciłam przez PayU, ale pan rozpłakał się w mailu, że nie wie co to jest i kasa mu na konto nie doszła więc on paczki mi też nie wyśle. Przez dwa tygodnie serwowałam facetowi kurs w odcinkach jak kursorem myszki wejść na swoje Allegro i kliknąć "zleć wypłatę". Gość był jednakże odporny na sugestie i dopiero po serii pytań w stylu: - czy jeśli wysłałby pan komuś pieniądze, a w tym czasie komornik zajął tej osobie konto, to uzna pan, że nie było wpłaty? Mon Dieu!

Potem spodobała mi się bluza, która była wizualnie ucieleśnieniem mody z "Gry o Tron" i "Wikingów". Już siebie widziałam w tym ogromnym kapturze, ze zwiewnym trenem z tyłu, że tylko dokupić łuk na militaria.pl i jestem w niebie i zawsze o krok bliżej do renty psychiatrycznej jak chodzi o gromadzenie kartoteki. Ale potem doczytałam cenę. Chyba wcześniej nie założyłam należycie okularów. No przegięli! I co z tego, że była uszyta z jakiejś futurystycznej pianki? Ostatecznie sama sobie taką skroję, jak dopadnę obszerny kostium płetwonurka. Zadowoliłam się substytutem z bawełny i czekam i wiem, że przy moim szczęściu przyślą mi jakiś chujowy abażur...


A potem kupiłam sobie spodnie. Które niestety nie dały się naciągnąć nawet przy użyciu palety masła z makro. Więc postanowiłam zmienić niniejszym moje nawyki żywieniowe i np. dziś do roboty wzięłam sobie tylko jakieś 2 łyżki sałatki, zjadłam to już dwie godziny temu i zaraz tutaj oszaleję... Ale jak schudnę, to wiecie: będę musiała wyrzucić wszystkie moje ciuchy i zacząć kupować mniejsze i tą myślą się pożywię. Zamiast chleba i ziemniaków.

Odczekałam trochę. Nie działa. Strasznie chce mi się jeść.

Muszę sobie zająć czymś głowę więc nawiązując do poprzedniej notki, przypomniała mi się scenka, jaką dawniej opowiadała moja mama. Kiedy byłam na tyle mała, że dopiero uczyłam się mówić, pojechaliśmy na Mazury odwiedzić rodzinę. Po dojechaniu pociągiem, rodzice złapali taksówkę. Jedziemy w taxi i w pewnym momencie mijamy jezioro, na co ponoć wykrzyknęłam z wielkim podziwem:
- Ale wieeelka WÓDA! 

Jak chodzi o różnego rodzaju faile, to odkąd zatrudniłam się w obecnej firmie, zdarza mi się wracać "okazją" już dosłownie wszystkim: kontenerowcem, śmieciarką, zamiatarką, piaskarką. Ale ostatnio weszłam na nowy level: auto firmy zajmującej się dezynfekcją, dezynsekcją i deratyzacją :)


P.S. JEŚĆ!!!

Idę pogrzebać w odpadkach więc bye!
A na koniec krótki komix o Lucjanie:

czwartek, 5 marca 2015

141 - Garść scenek Matki Polki (zawsze psychicznej)

No dobra, padlinożercy - przybywam!


Jako, że ostatni post datowany jest bodaj na lipiec 1779 roku, czas tu wrzucić garść głupot, bo mi inaczej bloga admin skasuje i nic zupełnie mi już nie pozostanie, zwłaszcza, że niedawno ogłosiłam upadłość za sprawą częstych wizyt Wróżki Zębuszki.

W razie gdyby Zuckerberg też chciał mnie zbanować, to wrzucam niniejszym skupisko gaf i scenek z mojego walla. Strasznie czerstwe suchary, ale zawsze coś na początek. + bonusy choć równie słabe. Ja pierdolę - zaraz mi stuknie 35 lecie, a tu nic lepiej... To ja sobie teraz posłucham Izy Trojanowskiej (widzicie, jak mnie biedzi?), a Wy sobie poczytajcie.

1. Scenka kulinarno-historyczna:
Pamiętam, że przed laty w wałbrzyskim antykwariacie (tym od zabójstwa antykwariusza) nabyłam za 1zł kultową książkę prl-u "W mojej kuchni nic się nie zmarnuje". Pełną osobliwych przepisów jak ze spleśniałych obierek zrobić powidła dla całej rodziny i innych srogich rad. Dziś, po prawie 20 latach od tej lektury, ze zgrozą złapałam się na tym, że z uznaniem sama nad sobą kiwam głową, bo rozpaliłam w piecu 3-dniowym naleśnikiem...
 2. Scenka włochata:
- To dla Ciebie, Mamo - rzekła Gucia wręczając mi dwie papierowe chmurki z   namalowanym bohomazem.
- Dziękuję, a co tu namalowałaś dla mnie?
- KŁAKI.
- O, to ładnie z twojej strony, ale po co mamusi te... KŁAKI?
- Jak to po co? POD PACHY! 

 3. Scenka fekalna:
- Mamusiu, ależ coś śmierdzi z kuwetki!
- Pewnie kocica się z.... -urwałam, by nieco złagodzić i dodać "zbombała".
- Z E S R A Ł A ! - krzyknęła radośnie Jagoda, po czym spopielona spojrzeniem Pani matki zrobiła najgłupszą, zszokowana swoją śmiałością minę i sprostowała:
- Kupę strzeliła... Znaczy: WYDALIŁA, tak mamo, zdecydowanie WYDALIŁA...

4. Scenka relaksacyjna:
Wróciwszy z popołudniówki otworzyłam piwo, postawiłam na szafce i wzięłam się za chowanie umytych garów. Otwieram szafkę, w której trzymam m.in przyprawy, na co wypada szklany pojemnik z chili, przewraca mi piwo siejąc totalne spustoszenie itd.
Czyli to jest kurde ten CHILL OUT?!!


 5. Scenka ortograficzno-genetyczna:
Słyszę taki szaleńczy chichot Kaliny z pokoju. Przybiega zapłakana ze śmiechu i mówi, że czatowała z pewną dziewczynką i wywiązał się taki dialog:
(Dziewuszka) - Ale rzal...
(Kalina) - Żal piszemy przez "ż".
(Dziewczynka) - Wiem ale to nie warzne
(Kalina) - "Nieważne" piszemy w ten sposób...


To uczucie, gdy zaczynasz wierzyć we wspólne DNA...
6. Scenka dantejska:
Po trzech dobach telapawki z gorączką, w ten piękny, parawiosenny dzień mówię:
- Idę na działkę się wyciszyć, nakarmić ptaki, wybiegać psa i kota. Normalnie zen...

Kalina wyraziła chęć towarzyszenia mateńce. Poradziłam więc, żeby spakowała sobie książkę albo coś.
No i kurwa niestety. Kiedy już siedziałam wtopiona w leśną ciszę przerywaną świergotem otumanionych paszą sikor, sparaliżował mnie TEN DŹWIĘK.
-WTF?!
- Wzięłam flet, mamo!
...
czar prysł
ptaki spyliły
kurtyna.

7. Scenka-biedronka:
Czy Wy też (o ile pracujecie na nockach) po zejściu ze zmiany czujecie się jak na zwolnieniu warunkowym?
Otóż leżę zezwłokiem pod kocem pomiędzy zmianą a zmianą. Pomiędzy tyrką w domu a tyrką w domu. Kocur właśnie 2 tydzień w delegacji wyciera futro na warszawskich salonach (pozostaje wierzyć jedynie, iż wycieha tylko swoje futho).


Patrzę na wprost. W tym całym sajgonie od kilku dni wkurza mnie przyklejona na podstawkę na laptop mała naklejka z logo Biedronki. Doprowadza mnie do wścieku, bo jest metaforą całego bałaganiarstwa moich dziewczyn i mieszkania w tym niefunkcjonalnym kurniku. Oczywiście w natłoku obowiązków jakoś nigdy nie zdążyłam jej zutylizować.
Tym bardziej raduje się moje serce, kiedy w tej malignie spod koca łypię okiem niewyspanym i widzę rozczulającą scenę: Kalina pieczołowicie, co chwila patrząc na mnie z taką bezbrzeżną czułością, zdrapuje tę pierdoloną naklejkę, metaforę moich traum. Usypiam na chwilę przed nocką, w snach biegnę z córką boso przez łąkę pełną kwiecia... nie mamy żadnych zmartwień, nawet kleszcze zdechły, idealna harmonia, piękny świat...


Po czym budzę się i wychodzę do roboty. Wdziewając lewy but, mimochodem spoglądam na klamkę od wc-tu, na której malowniczo odstaje przyklejona na nowo naklejka z Biedronki...

8. Scenka psychodeliczna:
Wchodzę do pokoju, a tu na podłodze przy łóżku dziewczyn siedzi jakiś facet. Tężeję w progu i żołądek podlatuje mi do gardła. Ale po dłuższym przyjrzeniu się, widzę stary plecak turystyczny ubrany w ciuchy Kocura.
- Spokojnie, mamo. TO TYLKO MARCIN - wyjaśnia Kalina...

9. Scenka matematyczna:
Beaking news: Zapisujemy nasze dzieci na wszelkiego rodzaju kółka, żeby nie wystawały na kwadratach, a w przyszłości nie wchodziły w trójkąty.
Geometria życia by Miśnia & Kocur


10. Scenka paranormalna:
Pytanie do rodziców: czy w Waszych domach również mieszka niewidzialna dla dorosłych lecz doskonale widoczna dla dzieci istota o tajemniczym imieniu "Nieja"?
- Kto zrobił ten bałagan?
- Kto grzebał w moich rzeczach?
- Kto puścił bąka? etc.
Na co dzieci zawsze odpowiadają chórem:
- NIE JA!!!

 11. Scenka poetycka:
Kalina zaczęła pisać wiersze. Ten jest pierwszy. Widzę tu inspiracje nurtem naturalizmu, widzę Prusa, Reymonta, Zapolską, wreszcie widzę tego gościa z DPS-u, który przed chwilą moczył zad w kałuży, zresztą często to robi (zupełnie pijany). Moje dziecko ma rację w tej tęsknocie za szkołą...
12. Scenka topograficzna:
Małe, zaciszne osiedle w Hrabstwie Rusinowa.Przechodzę z psem i widzę "obcego". Akurat trafił na moją głupawkę.
- Przepraszam, gdzie jest Ha... ekhm, gdzie jest HA...? - zacina się człowiek.
- Han Solo? - zgaduję
- Ha..HAaae?
- Hans Kloss?
- Ggdzie HAa...?!
- Hannah Montana?!
- H h hh? - charczy facet.
- Honey Boo Boo? - dociekam zrezygnowana.
- HA-Dom-Ha-Opieki hh.
- Acha - prosto i na lewo.


 A teraz proszę Państwa zbiór głupich fotek, aby zakończyć ten żenujący wpis:

Z serii Wielkie dzieła flamandzkich malarzy: "Dziewczyna z perłą":
Z serii: kinematografia - Piraci z Karaibów: "Klątwa Czarnej Perły":
Z serii dokument: "Szlakiem pierwszych Piastów":
Z serii reality show: "Rolnik szuka żony':
 Z serii święta i okazje: Walę tynki:

oraz okaz specjalny:
Z serii bajki: "Kot w butach"


 Tak więc - do poczytania! :)


GRY