sobota, 3 grudnia 2011

121 - telefonare do dziewczyny tak zupełnie bez przyczyny

Photobucket



W tej pracy słyszałam już od ludzi różne rzeczy, ale żeby mi facet przez telefon bitą godzinę nawijał o lewatywie swojej córki, no to już jest gruby nietakt.

A zaczęło się od czopka glicerynowego, który mu nieśmiało poleciłam, gdy się okazało, że to nie numer do apteki, ale pan ma pytanie, bo dziecko strasznie cierpi z powodu zaparcia. I poleciał po bandzie czopkiem opiumowym wprost z „Trainspotting”, przechodząc płynnie od barwnego opisu wychodzących na wolność po tygodniowym kiciu odchodów, przez mówienie mi na „ty” po dywagacje o trudnym dzieciństwie wśród staników, pończoch i koronek sióstr i matki, które ukształtowały jego fetyszyzm na wieki wieków. Oraz, że chyba namówi żonę, aby i jemu zrobiła lewatywę...

Photobucket

Słuchałam tego oniemiała, zamiast się rozłączyć, bo mnie gość wprowadził w takie osłupienie, że gdybyśmy doszli do stałego w takich rozmowach „a co masz w tej chwili na sobie?”, chyba bym nie zdołała wycharczeć swojej ulubionej odpowiedzi „mrrrr... OP1 !”.

Mówię Wam, Mo-BRUK działa i jestem pewna, że co pożar składowiska, to te opary coraz bardziej szkodzą tubylczej ludności, która mutuje na potęgę. Zresztą nie tylko psychicznie.
Bo dla przykładu w dniu otwarcia Decathlonu, może na wyrost, spodziewałam się na obiekcie klienteli nieco odmiennej niż powiedzmy w Biedronce na Świdnickiej, gdy wtem, no kurwa, Planeta Małp, Wyspa Doktora Moreau i Świnie w Kosmosie w jednym. I nic tu nie pomoże przymierzanie bryczesów za 3 stówy.
Aż się baliśmy iść potem do Tesco, ale tam już było spoko, bo jak się trzyma głowę w lodówce z batonami dla psów i kotów, to się przynajmniej człowiek na boki nie rozgląda.

Z innej beczki, to wsadziłam Kocura na niezłą minę i wymyśliłam sobie tapetowanie przedpokoju. 



Photobucket
W trakcie skrobania szmat, które już dawno przestały być tapetami, wyszło na jaw, że – za sprawą oczywiście inwencji Inżyniera – ściany mają warstw co najmniej tyle, co ciasto francuskie. Pod tapetą znaleźliśmy m.in. gips budowlany (styl nakładania inspirowany marzeniami o grubej fali w californijskim raju surferów), z 5 różnych kolorów emulsji, eklektyczne szlaczki szablonu malarskiego Wczesny Bierut oraz roczniki Trybuny Ludu, zresztą chuj wi czy to nie były jeszcze broszury I Międzynarodówki. Przestaliśmy skrobać, gdy się zaczęły ukazywać słynne freski jaskiniowe. A ja się dziwiłam, że przedpokój taki wąski, że będąc w ciąży musiałam wchodzić i wyłazić przez okna.
Kocur wykuł tunele na kable, które dotychczas smętnie wisiały z naddatkiem po 1,5 metra z każdej dziury, chyba w razie gdyby ktoś, przechodząc przez tą norę, zapragnął się nagle powiesić. Odnaleźliśmy też z 15 kołków rozporowych w każdej ścianie, które jak sięgam pamięcią do niczego nigdy nie służyły. Mogę się oczywiście mylić i nie wiedzieć, że tu wisiały wszystkie patenty Inżyniera, które w swej skromności przewiesił do piwnicy. Lub oprawione w ramy złote myśli Halyny, takie jak „zgaś światło”,„zamknij drzwi na dwa razy”,”kto jest w łazience?” oraz „ten pierdolony kot znowu narobił koło pieca (o Mambie)”.

I naturalnie, jak to zawsze z okazji remontów, wszystko zaczęło się walić i utknęło w takim zatwardzeniu, jak u córki pana z początku historyjki. I tą właśnie fekalną elipsą zamykam dzisiejszy wpis i idę się walnąć spać przed szpachlowaniem.
GRY