czwartek, 9 lutego 2012

125 - Born to be wild!


W obecnej sytuacji ktoś z przypadku, interpretując tytuł posta, stwierdzi w 100%, że jestem tubą Patryka Wilda :)  A miało nie być o szkołach…

OK, więc zanim jeszcze zaczęło zamarzać paliwo, zaczęłam dokarmiać ptaki. Wydałam już na to pół rocznej pensji, ale za to ptaki dosłownie odrobią mi to w polu w sezonie na truskawki, kabaczki, tytoń i marihuanę (teraz się przyczepią, że jestem z Ruchu Palikota!). Pół rocznej pensji w moim przypadku to odpowiednie porównanie, jeśli wziąć pod uwagę, że Lupa liczy mnie hurtowo i za kg słoniny płacę mu 6 zł. Codziennie uparcie pokonuję w śniegu po kolana około 1 km pod górę – nie wiem dokładnie, zawsze byłam cienka w określaniu odległości, np. wiecznie mi za daleko do odkurzacza. 

Czasem wlokę za sobą dzieci, ale ostatnio zamarzają na zakrętach. Zachodzę w ostępy leśne mojego rancza i uzupełniam karmniki, dozowniki, gwoździe na kule tłuszczowe, orzeszki wiewiórkom etc. Przy okazji zostawiam co nieco dla etatowej myszy (które to już pokolenie?), z którą żyję w symbiozie w altanie. Mysz cwana jest. Przeprowadziła się z byle dziury w ścianie do szafy na ubrania z linii „późny PRL w Domku Na Prerii” (jeśli jeszcze pamiętacie styl outdoor Halyny). Tam zamieszkała w wyściełanym jakimiś szmatami  bucie Inżyniera, a do drugiego lubi sobie podejść ulżyć. No i tak się przedzieram, wiatr w twarz, śnieg w usta, kij w oko. Ch w D tej zimie.
Podobnie wczoraj, zbliżam się do celu, zdobywam ten biegun, z biegunką, bo bilans rodzinny z ostatniego tygodnia widzę tak:

2 dzieci po zapaleniu oskrzeli
1 dziecko po 1 jelitówce
2 dziecko po 2 jelitówkach
matka po 1 jelitówce
babcia po 1 jelitówce
ojciec - 1 złamany palec u nogi
urlopie - trwaj!

Gdy WTEM! Z krańca działki obok wystają wypatroszone zwłoki zwierzęcia. Chyba zając, nie wiem dokładnie, nie chcę podchodzić, bo jestem z dzieciakami i już widzę tę jazdę (Użyłam słowa „jazda” – to pewnie ja jestem tym rodzicem, który straszył Zdzisława Dobrowolskiego, Jezu! Powiedziałam „Jezu” – to na bank jestem z PIS!). Nastroszona sierść ofiary, resztki jelit, sople krwi… Poczułam się nieswojo.

Więc dziś poszłam już tylko z psem. Mijam miejsce zbrodni, wokół wielka pustka, bo nikt w zimę tam się nie wybiera, poza mną. Ciarki mnie przeszły dramatycznie, ale lezę dalej i nagle mały zawał serca, bo z karmnika coś wielkiego zaczyna się wzbijać w powietrze. Nie pierdol, że pterodaktyl ?! – krzyknęłam zupełnie bez sensu do psa. Pies nie zdążył przekartkować atlasu ptaków, jaki nosimy ze sobą, ale już dostrzegłam – jastrząb! Z moją słoniną w szponach! Za 6 zyli! Już wiem skąd resztki ptaków tu i ówdzie, to nie koty, to nie przeterminowana karma, to on. 14 gatunek ptasi, jaki widziałam tam na własne oczy.

I w tym oto momencie poczułam się jak Timothy Treadwell czyli „Grizzly Man”. Jak ktoś nie wie, odsyłam do filmu Wernera Herzoga. Rozdziobią mnie kruki i wrony, pożrą krwiożercze sikory, dziki, zdziczałe psy… strach karmić ptaszki!




Photobucket




Photobucket








GRY