czwartek, 29 września 2011

116 - Pierwsza w zeszycie litera, Pierwsze napisane słowo. Przez okno wrzesień spoziera, W sadzie dojrzewa owoc.

Photobucket

Odkąd jesień nastała, a wraz z nią pierwsza klasa podstawówki, tylko słońce powstrzymuje mnie od rzucenia się z mostu. No i jeszcze brak mostu w pobliżu, bo na poszukiwania najbliższego, środkami komunikacji miejskiej, nie mam tyle heroizmu/heroiny/holy herb (niepotrzebne skreślić).

Mogłabym w sumie zamiast tego popełnić rytualne sepuku ołówkiem „idealnie dopasowanym do kształtu rączki dziecka” i we flaki wepchnąć sobie te ogryzki gumek-myszek, których używamy do stosów szlaczków. Żeby symbol był jasny i żeby uprzedzić, co nastąpi: harakiri ekierką, cyrklem, wskaźnikiem do map, tabliczką mnożenia, lekturą „Latarnika”(niepotrzebne skreślić). 

Ku ścisłości: tak zwane szlaczki, to na moje oko szlak krwawy prędzej, a najlepiej szlag. By to trafił. Wiem, teraz mogę sobie pojęczeć, bo przecież sama, mając jeszcze wybór, zapisałam dzieciaka rok wcześniej do szkoły, ale jak na razie nie widzę związku rzeczywistości z założeniem, że w klasie 1 jest program jak w starej 0. Przynajmniej jak chodzi o ilość zadań domowych.  

Dajmy na to wczoraj: 13.20 - odbieram z zajęć dziecko obleczone w paskudny mundurek szkoły 1000-lecia. Mundurek dziewczęcy jest za duży (proszę podać wymiary dziecka tak, by starczył na jakieś 3 lata HAHA!), z tego lejącego materiału, który wywołuje u mnie cofkę meksykańską, gdy me blade dłonie przypadkiem dotkną uszyty z takiego ciuch (najpewniej jakąś podomkę z początku XX wieku) w lumpeksie. Gdybym urodziła się już w latach 90-tych lub później i priorytetem w ocenie ludzi byłby zajebisty look, musiałabym z miejsca, na tym korytarzu przed salą 11, przestać kochać własne dziecko i zrobić sobie ładniejsze.

Ale odbieram. Od razu wkładam łeb do tornistra, w którym pośród rozlewiska z soku z bidonu leżą dwa zeszyty, których się boję. Jeden do korespondencji, drugi do szlaczków. Pędzimy do domu. 
Wszyscy jedzą obiad, ale nie Kalina, musi zrobić chociaż te w zeszycie, bo dodatkowo mamy jeszcze całe ksero A4. Jedynym sposobem zmotywowania jest więc podstawienie jej pod nos talerza z parującym jedzeniem. Mija pół godziny, obiad już nie paruje, ale pierwsza część za nami, mała zjada zimne i chce się pobawić, ale nieee, teraz zadania na kartce. To zajmuje, wśród zawodzeń, utyskiwań i wygibasów przynajmniej 45 minut. W tym czasie Jagoda stoi karnie za prętami barierek ganku jak zwierzątko w klatce, bo bez siostry nie może się oddalić, a ja przecież nadzoruję kaligrafię. 

W zeszycie zadań bojowych stoi, że mamy zrobić dwie laurki na Dzień Chłopaka. Pakujemy blok i kredki do plecaka i idziemy na działkę. Pewnie chciałaby sobie pobiegać, pohuśtać się, pobawić z siostrą, ale nieee. Produkcja laurek: 1 godzina, 20 minut. Warto dodać, że przez całą drogę w plener i w trakcie malowania, głoskujemy, bo o tym też było w zeszycie. Więc teraz daję jej te 20 minut na zabawę… pod warunkiem, że przez ten czas będzie recytowała 3 wierszyki na pasowanie ucznia. 

Wracamy, bo nadlatuje tłusty szerszeń i trzeba uciekać w galopie, a galopując głoskować, albo głoskując galopować, wszystko mi jedno, jestem już do cna odmóżdżona. Po powrocie – mogę iść na plac zabaw? Nieee, najpierw zadanie z angielskiego. Ponoć pan podał numer strony (czy dobrze zapamiętała? nie mógł zaznaczyć kółkiem?), ale nie podał które. Robimy wszystkie, bo nie pamięta. 30 minut. 
Na wyjściu z progu, Kalina przypomina sobie, że na informatyce pani kazała coś pokolorować. Zamiast wybiegu zaczyna się śledztwo, który obrazek (dlaczego, do cholery, nie jest zaznaczone?!) i czy powiedziała, że można, czy że trzeba. Odpuszczam temat, bo już widzę łzy w oczach. 

Jest wieczór, ledwie wyszła, a już pora kąpieli, więc wołam do domu. Ale zamiast namaczania, musi jeszcze w ćwiczeniach do religii zrekonstruować papierowy różaniec. Robi to w kwadrans. Chyba się dziś nie wyrobimy z kąpielą, kolacją i spaniem. Pójdzie do szkoły brudna i zmęczona, ale za to z czystą i lekką duszyczką, podobnie jak matka, która właśnie przypomniała sobie, że dzieci po szkole zeznały, iż na jutro trzeba ZROBIĆ własnoręcznie różaniec w 3D. Kolejne pół godziny Kalina szuka koralików, a ja na wikipedii rozkminiam ich ułożenie, bo jeszcze coś pomylę i dziecko zamiast 50 zdrowaś Maryja, klepnie 49 i dopiero będą jaja. 

Dzieci latają już na golasa po chałupie, bo woda się leje do wanny, a ja napierdalam paciorki. W tym czasie Halyna zostaje oderwana od „Dlaczego ja” i dostaje swoje własne Trudne Sprawy. Musi skonstruować z czegoś krzyżyk do różańca. Dzieci właśnie stygną w wannie, kiedy ja przytwierdzam do sznurka giętkie coś, o nieokreślonym symbolu. Opadłe ramiona krzyża bardziej przypominają celtyckie runy, bo Halyna nie widzi przy sztucznym świetle i na dodatek ongiś parała się wróżbiarstwem.
Pierwszy pęka Inżynier. Lży pod nosem personalnie katechetkę i bezosobowo system oświaty. Halyna oficjalnie przechodzi na ciemną stronę mocy i próby wyprostowania krucyfiksu zamienia w zabawę w smutnego i wesołego Jezuska. Po wyłowieniu z zimnej otchłani, Kalina prosi, by wypisać ją z religii. Szkoda, że dopiero teraz, gdy skapitulowałam i zapisałam ją wobec histerii na wieść, że w tym roku nie będzie już katechezy. Jeśli zawrócenie jednej owieczki na właściwą halę z dala od ciemnogrodu ma mnie kosztować tylko te 26 zł wydanych na materiały szkolne, to jestem całym sercem za! Wystarczy zestawić z kosztami komunii (tymi finansowymi i za straty moralne).
Na marginesie – córka mówi, że różaniec nosi się na głowie i to jest coś zrobione ze zwiędłych róż.

Ja już też zwiędłam doszczętnie. Jeszcze tylko pościelić, zrobić kolację, podać syropy, poczytać bajki każdej z osobna, położyć spać, iść do sklepu, naszykować ubrania i kanapki na jutro, spakować plecak, spakować strój na w-f, spakować torbę do pracy, wyjść z psem, wpuścić koty, umyć się, wypuścić koty, położyć się, wpuścić koty, wejść do łóżka, zapomnieć czegoś naszykować, wstać, naszykować, położyć się, zapomnieć wysikać Jagodę, położyć się…

wypompowana Matka Polka oddaje się godnym emeryta zajęciom na ogródku
...sadzeniem bratków w rękawicach
i w kaloszach
lub imitowaniem poroża z gałęzi
oraz, jakby było mało nudnego posta, wklejaniu monotematycznych zdjęć

środa, 21 września 2011

115 - jeszcze dwa dni lata

Lato się kończy i przemija sezon grillowy, ale może macie ochotę wykonać sobie lampkę ogrodowo-śmieciuchową? Trzeba tylko pozbierać kilka butelek plastikowych, zakrętek, opakowań po jogurtach etc. i zakupić wkłady do zniczy. Lampki dają kolorowe, ciepłe światło, pełny efekt widać w zupełnych ciemnościach, a fotki robione były w półmroku.

lampka z zakrętek

lampka z jednorazówek
obcinamy butelki, wkładamy małą w dużą i pomiędzy upychamy kolorowe jednorazówki
wersje z korkami na zewnątrz - nawleczone na mocną nić lub patyczki do szaszłyków
lampka z plastikowych ścinków, zakrętek i pociętych opakowań
można przymocować lampki w ogródku na drzewach
lub zawiesić na altanie
można sobie zrobić przeszkadzajki z zakrętek
ze starych kaloszy można wykonać doniczki
Dużo fajnych rzeczy można zrobić ze śmieci. Inspiracje na stronie http://zycierzeczy.pl/ Polecam!


dzwonki wietrzne dla alkoholików rosną w siłę - dla zrobienia tych na zdjęciu, trzeba było wypić aż 312 piw!

wtorek, 20 września 2011

114 - Miśnia po drugiej stronie miasta



Wiem, że ludzi spotykają gorsze rzeczy, ale ja spędziłam przedwczoraj pół godziny na przystanku przy Placu Tuwima.
Był niedzielny wieczór. Surowy dla wszelkiego nieporządku prezydent naszego miasta musiał mieć wolne, co może tłumaczyć stan ścisłego śródmieścia. Myśląc o jakimkolwiek innym mieście, pewnie napisałabym przez duże „Ś”, ale śródmieście Las Węglas można skojarzyć co najwyżej z jakimś rakiem śródpiersia lub, jak kto woli, strzałem w śródstopie. 
Przemierzając moją ulubioną ulicę Moniuszki, której mieszkańcy, sądząc po stanie upojenia, jeszcze przewalają gaże za role we „Wzgórza mają oczy”, starałam się iść samym środkiem jezdni. Po pierwsze ze względu na możliwie bezpieczną odległość od licznych podwórek i bram prowadzących najpewniej do Hadesu jakiegoś, skąd nie miałabym wyjścia z racji braku przy sobie obola (bo jedyny mój majątek stanowiło 2,50 pożyczone od Ani na autobus).   
Po drugie, idąc środkiem, człowiek ma jako taką przewagę nad gołębiami, które wesoło srają z każdego gzymsu.

Kiedy już docwałowałam na przystanek, moja „5” właśnie machała mi zza zakrętu rurą spalinową na dowidzenia. Pozostało mi więc stać w deszczu, który zapłakał naraz nad mym smutnym losem i omiatać trzeźwym wzrokiem pijaną okolicę. Z budynków i zakamarów zaczęły złazić się poczwary. 

Jak na ironię, ostatnio wspominaliśmy w gronie urodzinowym, niejakiego Kolosa z centrum. Kolos to jest taki gość około 140cm wzrostu, cały w więziennych tatuażach, który chodzi po mieście, śmieszy, tumani, przestrasza, wyglądając jak to brzydkie dziecko w stroju góralskim z „Hydrozagadki”. Kolos stał z dwoma ziomalami o skorodowanych gębach i manierach pierwotniaków. Była też z nimi dziewczyna (?), w wieku nieokreślonym tak jak stężenie alkoholu w jej żyłach, widok okropny. Stali zresztą krótko, bo zaraz walali się po trawie coś bełkocząc i krzycząc w powietrze mamrotliwe wyzwiska. Wszyscy byli brudni i niemiłosiernie zachlani, ale to jeszcze nie koniec. 

Nagle gdzieś z zaplecza omiótł mnie smród przyprawiający o mdłości. Szurając nogami, pod wiatę sunął facet o lasce, niemyty od dawna, przeraźliwie brudny, z „opatrunkiem” na nodze, z którego sączyła się śmierdząca ropa. Chłopiec, który stał z ojcem na przystanku o mało nie krzyknął i ścisnął kurczowo rękę taty. Przybysz poczłapał do nich i wymusił na gościu papierosa. Ten poczęstował go zapewne w nadziei, że sobie szybko pójdzie, ale niestety tamten stał i śmierdział do nas chyba z 10 minut, wydmuchując dym prosto w twarz tego 3-latka…

I tak staliśmy w kilka osób w tym odorze, udając, że jest ok, że nie potrzeba żadnej reakcji - nawet w imię komfortu tego małego chłopca, w imię choćby namiastki normalności w tym do cna obrzydliwym mieście. Kryminaliści turlali się po trawie, laska rzucała się na szyję to jednemu, to drugiemu, facet skończył palić, zaniósł się kaszlem, splunął dziecku pod nogi i poczłapał w dół ulicy. Smród unosił się nadal w dusznym powietrzu, chłopiec stał z szeroko otwartymi ustami.   
A w mojej głowie krzyczała hitem sparafrazowana Maryla Rodowicz – „Niepodmywalni”.  Po czym przyjechał autobus-wybawienie... z hulającym na full ogrzewaniem.

The End

Trzeba sprawdzić, czy Tarantino, Rodriguez, Argento i Cronenberg nie mają przypadkiem wałbrzyskich korzeni.

EDIT! 
przepraszam wszystkich czytaczy: oczywiście Sztywny Pal Azji śpiewał "Nieprzemakalnych", pokićkało mi się z Maryli "Łatwopalnymi", bo opary alkoholu nad przystankiem mogły wywołać eksplozję na miarę "Eksplozji" Maanamu. Co za wstyd...

środa, 14 września 2011

113 - Don't be a drag – just be a queen

Photobucket

Żeby nie wyjść na całkiem płytką istotę, mogłabym napisać dziś o rozszczepianiu jądra atomowego i, co za tym idzie, emisji neutronów, ale mi się nie chce i będzie znowu o wyglądzie.

Moja ziemska powłoka przechodzi ostatnio burzliwą, dramatyczną przemianę. Wszelkie eksperymenty z włosami przegnały mnie świńskim truchtem po dziejach muzyki rozrywkowej oraz filmach grozy ostatniego 30-lecia. Po epizodycznym byciu Tiną Turner, przeszłam więc etapy Wodeckiego, Wiśniewskiego, a nawet Roda Stewarta – na szczęście krótko, bo jeśli już bym miała jarać się jakimś kurduplem, to wybór padłby na Limahla. 
Ostatecznie, kiedy już siedziałam na fotelu u Gonza-fryzjera, a on wycinał mi boki maszynką do golenia i przez chwilę byłam Demi Moore z G.I. Jane, utapirował mi z pozostałych szczątków coś na wzór B’52 w wydaniu Kate Pierson, tylko bardziej liche.
Zrobiłam w autobusie małe poruszenie wśród moherów, które popieliły mnie wzrokiem, conajmniej jakby mi wyciął samego Adama Darskiego po bokach głowy, a to przecież zwykłe zygzaki.
Problem pojawił się nazajutrz, kiedy przed wyjściem do pracy, spóźniona i zielona w temacie takich mazi rodem z „Egzistenz” czy „Videodrome”, babrałam się w gumie fryzjerskiej i rozpaczliwie czochrałam gniazdo. Bo, co by nie robić, za każdym razem wychodzi mi Gary Oldman z „Draculi” według Coppoli. Nie pokaże Wam, bo jeszcze nie doszłam do konkluzji czy to dobrze, czy fatalnie, chociaż skłaniam się ku drugiemu.

Jednak gdy się ma tak niewyjściową gębę i urok w stylu Nessie, czyli nikt go nie widział, a ci, co twierdzą inaczej to najpewniej heroiniści, albo pijani szkoccy wędkarze, to, kurwa, nic nie pomagają żadne zabiegi stylistyczne. Musiałabym dorwać tych ludzi, co to nawet z Agnieszki Chylińskiej zrobili obłędną lufę, ale nie chcę wiedzieć ile to kosztuje. Plan B podpowiada, że mogę ich porwać i trzymać w piwnicy, a Inżynier swoimi sposobami zmusi ich do mówienia. Zapasowo, w planie C mam zamiar wpuścić do piwnicy Halynę i niech ona po prostu mówi, a pękną prędzej czy później. Jest jeszcze plan D, że jeśli nie pękną, pęknie znowu jakiś wężyk lub rura, zaleje piwnicę i wtedy wszystko elegancko wyśpiewają.
W każdym razie, otwieram fundusz na odsysanie tłuszczu, nowe balony i inszą facjatę, bo nawet przeszczepiona od jakiegoś nieboszczyka po skoku z wieżowca, prezentowałaby się lepiej. Innych sposobów poprawy samooceny nie znam, a jak znam, to są niezdrowe i się zapiję.

Właśnie siedzę w pracy i tak sobie myślę, odbierając zlecenie na ulicę Żytnią, o ile bardziej to miasto byłoby szczęśliwe, jeśli w zgodzie z naturą jego mieszkańców, pozmieniać nazwy ulic na Żołądkową, Starogardzką czy Wyborową?

Scenka parkowa Jehowa:
Wracamy ze spaceru, na ławce siedzi para staruszków i podejrzanie się uśmiechają. Kiedy ich mijamy, kobieta przechodzi do ofensywy i wyciąga w kierunku Kocura egzemplarz „Przebudźcie się”. 
Jagoda błyskawicznie wskazuje palcem na kubeł i mówi stanowczo:
- Tam jest śmietnik.

Photobucket

włącz dźwięk i KLIKNIJ SE W KONIKA:

czwartek, 8 września 2011

112 - Irena to dziwka

…tak zwykli mawiać ci, co jej nie mieli, a bardzo chcieliby mieć…

Wystarczyło, że poniżej wspomniałam tylko o Irenie, a ta bitch od razu się zemściła.
Mały huragan rozpętał się w moim kiblu, kiedy byłam w pracy, a reszta spała w najlepsze. Pęknięty wężyk od junkersa zrobił w chacie tyle zła, co junkers-bombowiec, wesoło chlustając wodą od sufitu w-c po podłogę piwnicy sąsiada.
Zamiast rzucić się do łóżka po nocce, brodziłam więc w rozlewisku – Dolinie Rospudy kibelka jak ta klempa na bagnach. Klempy podczas brodzenia chyba tyle nie przeklinają, bo inaczej myśliwi mieliby łatwe używanie. Tak na marginesie – to by nie było głupie, o ile przy okazji zlikwidowaliby jakieś 80% społeczeństwa, mierząc celnie do wszystkiego co bluzga na głos i wzywa pod niebiosa wszystkie wszechkurwy macie.

Gdy już z grubsza odessałam morza cieczy, wyrzuciłam rozmokłe kosmetyki i proszki do prania, odklejone regipsy i zalane w trupa papiery toaletowe, Kocuru, przerażony ogromem mokrych ręczników i szmat, włączył pralkę. Po czym spektakularnie jebła zamokła instalacja i na długie godziny zostaliśmy pozbawieni i wody i prądu.
Jakoś się przyzwyczaję do życia jak za króla Ćwieczka, skoro i tak Halyna wiąże drzwi na bandaże, odkrywa penicylinę na serkach w lodówce, a ja nie od parady robiłam klosze na świeczki z zakrętek PCV – pomyślałam, kołysząc do snu gigantyczny wkurw na wytęsknionej poduszce. I zasnęłam z wesołym spostrzeżeniem, że mogę spać do oporu, jeśli teraz będzie ciemno 18h na dobę i nie ma się jak umyć.

Szczęście, że Kocur para się hydrauliką i jeździ w zespole z elektrykiem, bo w czasie gdy śniłam o podstawowych mediach, oni jakoś wskrzesili Frankensteina ze starych kabli i rur.

Co by nie mówić: obraz mojej latryny po tym wszystkim, dopełnia teraz idealnie klimat grozy i 6 stopni na plusie. Można powiedzieć, że mam wręcz niebywałe szczęście, bo np. tacy filmowcy w USA muszą usychać tygodniami na pustyni w Arizonie, czekając na odpowiednie światło i scenerię. A my tu: rach-ciach, jedna nocka z małym grzechotnikiem z Termetu i wnętrze wygląda idealnie jak ten dom z remaku „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”, w którym zamordowano większość bohaterów. Czyli zgodnie z atmosferą kalendarzowo-rodzinną.

P.S. Wszystkie gacie mokre. Irena moczy bieliznę na widok której, zwykłe kobiety ze wstydu się rumienią. Kołysze biodrami w takt tylko sobie znanej melodii, lecz wystarczy na nia spojrzeć, by wiedzieć, że to szlagier…



Scenka religijno-siostrzana:
J.: - o Jezu!
K: - powiedziałaś święte imię, zaraz po ciebie przyjdzie Jezus!
J.: - o Jezu!
K.: - znowu to powiedziałaś, teraz przyjdą tu dwa Jezusy!
(pędzą ciemne chmury, nad Polską przetacza się wołanie świebodzińskiego Jezu, który wzywa na zbiórkę...) 

EDIT:
za chwilę test bojowy pralki. jeśli zobaczycie gdzieś mokrą kobietę w łachmanach, która mruży oczy przy świetle - to będę ja. 

111 - Halinami jesień się zaczyna

Photobucket

Stęsknieni? Nie ma się czego wstydzić! Ja sama tuż po przebudzeniu szybko sprawdzam bloga, tak jestem ciekawa, co też nowego napisałam.

Kto czyta, ten pamięta, że matka-Halyna z sobie tylko znanych względów, wyziera w plener jedynie w sytuacjach absolutnie rzadkich i wiekopomnych. Granice obejścia działają na nią jak okrąg z soli na różnej maści demony. Jej rewir kończy się w progu, gdzie podkłada listwę boazeryjną pod drzwi wejściowe klatki schodowej, żeby wiecznie kręcace się dzieci nie dzwoniły co rusz domofonem. Listwa zapewne została wyrwana kiedyś w szale z przedpokoju, gdy Halyna usiłowała barykadować się przed jakimś nadchodzącym latem czy innym podmuchem świeżego powietrza.
Rodzinna legenda głosi, że ponoć ostatni raz zapędziła się za ganek chałupy, na okoliczność wylewania fundamentów pod Bryłę Doktora Kurmanbajewa i co za tym idzie przylotu UFO, które mierzyło i fotografowało owe dziwo na potrzeby budowy prototypu lotniskowca międzygalaktycznego.

Kto z nią mieszka, ten wie, że m-H. żyje w barwnym świecie fantasy pełnym postaci z „Dlaczego ja?”, „Trudnych Spraw”, a do snu przytula stopkę redakcyjną wyciętą z gazety „Fakt”.

Jest ona również ewenementem na skalę światową jak chodzi o dogłębne przeżywanie warunków pogodowych bez potrzeby wychodzenia z domu. Kiedy mój ojciec, dajmy na to, zasuwa w śniegu po kolana do sklepu, a ja brnę w tym czasie z zamrożonymi w danonki dziećmi na jakimś spacerze i mroźny wiatr chlasta mnie po pysku, po powrocie zawsze okazuje się, że najbardziej zmarzła Halyna. W nagrzanej chacie, w czterech kufajkach, rozpalona jakimś kataklizmem z tvn.
Gdy na zewnątrz upał lasuje mnie i haczkę w truskawkach w jedno ciało, a dzieci na polu właśnie ścięły się w galaretę; kiedy Inżynier nie może powiesić za blokiem prania, bo to wysycha w misce po drodze na sznur, Halyna-matka cierpi największe katusze. W zacienionym, klimatyzowanym przeciągami mieszkaniu, nad szklaneczką zmrożonego piwa.

W sytuacji, kiedy moja wątła psyche kojarzy słowa „jesień” i „skrajna depresja” jako synonim, ciężko się budzić we wrześniu z Halyną na stanie. Ledwie otwierasz oko, a tu złowróżbny krzyk z kuchni:
- Tadziu, 9 stopni! O boże, Tadziu, co to będzie?! O boże! O Jezu! O boże! O Jezu!
Od razu czuję jakbym wpadła ze snu wprost w wyrżnięty przerębel. Już po plecach skrobie mnie pazurem niedźwiedź polarny. A nie, to tylko pies...

Na wszelki wypadek więc, owinięta tym psem, czołgam się do szafek z ubraniami dzieci.
- Ile jest stopni? - pokrzykuje w stronę meteo-medium, Omeny, Kreta i Puszki Pandory w jednym (żeby znowu nie było, że młoda pójdzie do szkoły w piankach i ruskiej uszance).
- 21! - odkrzykuje termomatka, a jej ton brzmi zupełnie jakby właśnie się dowiedziała, iż huragan Irene zmiótł z powierzchni Stany Zjednoczone.
Albo:
- 30 w słońcu! - na modłę „Dobry Jezu, a nasz panie”.

I chcąc – nie chcąc, momentalnie człowiekowi zimno.
Nie przeżyję tej jesieni, muszę się jakoś bronić. Właśnie drukuję na papierze samoprzylepnym skalę termometru zatrzymaną na 36,6. Może tożsama z temperaturą Halyny przejdzie po domu jakoś neutralnie? No chyba, że H. to gad zmiennocieplny, bo wszystko na to wskazuje.
Nie chcę jesieni!

Biały miś,
spierdolił majstra z dachu!
(by Kocuru)


Photobucket

piątek, 2 września 2011

110 - call of beauty


Dziś będzie o samozadowalaniu się zabiegami upiększającymi.
Niestety – nie mogłam tak po prostu przejrzeć się w szybie osiedlowego zakładu fryzjerskiego, bo usłyszałam, że ta pani bierze 7 dych za farbowanie i się wystraszyłam, że za uporczywe stanie przed wystawą, może mnie skasować 35 zł. Musiałam więc po raz kolejny zaufać rozjaśniaczowi Joanna, farbie Garnier i rękom sąsiadki Elżbiety. Czarno-szare odrosty na moim rudym runie zaczęły mnie bowiem niebezpiecznie upodabniać do siwiejącego tygrysa, którego jara minimalizm, bo ma tylko jeden pasek.
W trakcie wielogodzinnego procesu, jaki turkusową, , dymiącą papką z perhydrolu, zamieniał mnie właśnie w rudą bestię w wieku średnim, odkryłam w sobie inkarnację Tiny Turner z czasów „Mad Maxa”:


W ogóle poprawianie natury sposobami chałupniczymi bywa bardzo odkrywcze.
Np. mogę Wam zdradzić domowy przepis na całun turyński: 
1. późnym wieczorem wysmaruj się samoopalaczem 
2. połóż się spać szczelnie owinięty pościelą.
Używam tutaj formy męskiej, bo na Pudlu wyczytałam, że Maciej Dowbor pożycza puder od swojej żony – Joanny i jestem teraz bardzo ciekawa: czy Madonna pożycza ręce od swojego trenera, a Sarah Jessica Parker twarz od ulubionej kasztanki? Czy to kasztanka marszałka Piłsudskiego?
Podobnie, nie rozwiązałam jeszcze zagadki, kto ode mnie pożyczył względnie grzeczne dzieci i je zamienił na dwie zdziczałe małpiatki? Dlaczego pożyczyłam buty od Dody, skoro je zakładam tylko na pracowe nocki i uczę się w nich chodzić, rozjeżdżając się na kafelkach w wc? Z kolei od kogo Doda pożyczyła członka, do którego dokleiła swoją głowę na okładce swojej najnowszej p(ł)yty? I wreszcie – czy męski tors na niej widniejący został podmieniony z moją klatką piersiową, kto ją pożyczył i czemu nigdy nie oddał, bo choć mam chwilową przerwę w szołbiznesie, wszystko na to wskazuje.


Futrzanych bamboszy też sobie nie zrobię, bo jakimś cudem rozsiałam wszystkie małe koty po Polsce i państwach ościennych. Ostatni właśnie pojechał do Jaworzyny. Dwa zgodnie z obietnicą zabrała do Niemiec siorka i kiedy tak jechali z powrotem, robiąc łącznie 1400 km, zabili na drodze bogu ducha winnego lisa. I tak się właśnie bez sensu kręci w tej szalonej naturze.

Natura matka nie jest naturalnie tak szalona jak matka-Halyna, która właśnie zastanawia się nad pancernymi haczykami i zamkami gerda do drzwi kuchennych. Wszystko po to, by ukrócić zapędy Czarnej Szmaty, która po krótkim okresie macierzyństwa czyli remisji szaleńczych zachowań, powróciła do ulubionych zajęć takich jak włamywanie się do różnych pomieszczeń, gdyż posiada talent otwierania drzwi klamką, oraz srania z wysokości. Nie jest łatwo upilnować kota w mieszkaniu, gdzie zamiast prostych rozwiązań moi rodzice zainstalowali system stołków i zapadni do nikąd, bo mają swoje własne, tajemnicze wizje. Zapewne niebanalne dla ich planu znaczenie mają takie drobiazgi jak ten, że na suszarce do naczyń nadal suszy się pojemnik na ziarno dla koszatniczki Sticha, który nie żyje już z piąty rok. No, ale ja się nie wtrącam.

już miałam wpaść w zły humor, gdy wtem! przekąska na działce uśmiechnęła się rozbrajająco...

GRY