czwartek, 21 kwietnia 2011

środa, 20 kwietnia 2011

87 - depesza z pepeszy


Absta – dzień pierwszy

Dzień przed wyjazdem mężczyzn mojego życia – Kocura i procesora i5, zrobiłam sobie intymny wieczór sam na sam. Z internetem.
Szczytem (szczytowaniem?) romantycznej celebry powinno być dokonanie przelewów na konto Tepsy, Plusa czy EnergiiPro (nie wiem, jeszcze nie losowałam z miski rachunków na ten miesiąc), ale z powodu czarnej dziury na koncie, musiał zadowolić mnie fejsbuk, jutub i ulubione blogi.
Śnił mi się transfer 6 mega, wirtualne byty hulały ze mną w casynach Las Vegas, widziałam celebrytów w gorszących sytuacjach prędzej niż Pudelek, a w kieszeni kurtki znalazłam 5 dych. 
Poranek niestety zrewidował senne majaki. Obudziłam się w wyczyszczonym z całego alkoholu pomieszczeniu, na parapecie mrugał lampkami bezużyteczny, wkurwiający modem, a po Kocie ostała się tylko para wczorajszych skarpetek.

Z braku możliwości wglądu w sondę, nadal nie wiem czym powinnam się zająć. Pojechałabym na Polną na tego Latynosa, ale nie mam na bilet, bo za ostatnie 2,60 kupiłam niepasteryzowanego Kasztelana (takie rzeczy, to tylko w systemie feudalnym).

Absta – dzień drugi

Nędznym porankiem znów rzuciłam się w kolorowe ramiona Walta Disneya. Maziając gąbką tło za hordą uśmiechniętych kreskówek, przed oczami miałam paletę kolorów RGB i marzyłam o funkcji copy-paste, co zaiste, ułatwiłoby sprawę. Dużo mi tego zostało. Ze złości skrzywdziłam na twarzy Alicję z Krainy Czarów.
Popołudniem skanalizowałam energię nosząc z Patti Dudi 50 kg krawężniki na ścieżką działkową i pracując szpadlem u podstaw. Nie muszę chyba dodawać, że teraz wszystko mnie boli i ruszam się płynnie jak R2-D2. Strasznie głupie rzeczy człowiek popełnia bez dostępu do cywilizacji.
I pomyśleć, że to wszystko po to, żeby w hotelu w Zielonej Górze, podle uprowadzony laptop kurzył się w kącie, bo zasięg ma taki, że zanim otworzy wp.pl, aktualności są co najmniej przeterminowane, a redtube to już w ogóle w sferze marzeń.

Dzień trzeci

Dopadłam neta. Z całego świata sypią się wyrazy współczucia i zaproszenia na darmowy alkohol. Zaczyna mi pasować ta sytuacja :) Podobno Kupicha, Mroczki i Mandaryna chcą nagrać charytatywny song w mojej intencji. Jesteście wspaniali – dziękuję!

Scenka z palemką:
Lekcja w klasie „0”:
- A kto, dzieci, był w niedzielę w kościele święcić palemkę?
Długa cisza. Nagle w górę wędruje jedna rączka.
- Ksiądz był...

Scenka z kamizelką:
Jagoda jeszcze z rzadka myli niektóre wyrazy. Wchodzimy na plac zabaw, moje apodyktyczne dziecię z wielkim niezadowoleniem sunie w stronę zajętej karuzeli i wymachując palcem krzyczy:
- Odejdź, dziewczynko, zejdź stąd natychmiast, to jest moja KAMIZELA!
Muszę dać jej wreszcie ban na czytanie Bolesława Prusa.

No to do kiedyś!

niedziela, 17 kwietnia 2011

86 - anty cleaning rock opera z elementami techniki


W tak bezbożnym domu, w którym tylko córka gotowa zaprzeć się w progu szkoły, bo zamiast wolnego po lekcjach woli katechezę w drugiej grupie, nie pielęgnujemy tradycji wielkanocnych. W tym tradycji sprzątania przed. Przede wszystkim. W sumie co za różnica, czy jaja walają się po czystym, czy po brudnym stole, tym bardziej, że i tak będę wtedy w robocie i mój związek ze świętami ograniczę do szczerego nienawidzenia tych wszystkich ludzi z koszyczkami, którzy naraz do mnie zadzwonią. Wolałabym to przespać (przeczekać, przeczekać trzeba miii) gdzieś w zamknięciu, a chuj, może być i tabernakulum. Akurat będzie wolne, bo wyciągną figurę Jezusa, żeby go wierni mogli wycałować w stopy (nigdy nie zrozumiem tych dziwacznych trików katolików).

No to nie sprzątam.
Poza tym to ja lubię malowniczo zwisające ze ścian farfocle i pająki. Żyję w symbiozie. A że mam duszę artysty, lubię klękać w takiej scenerii w nocnej koszulinie, okraszona jeno snopem światła z ulubionego programu Halyny „Dlaczego ja?!” i śpiewać partie z „Halki” Moniuszki Stanisława.

(Kiedyś to były rock-opery! Ale to jeszcze w zamierzchłych czasach. Edyta Górniak chodziła wtedy w białych golfach i miała organiczną twarz.)

Wiem, że wszystko, co dziś piszę nie trzyma się kupy. Rozpaczliwie kicam po internecie i chcę zostawić Wam zapas moich niesamowitych mądrości, bo Kocur znów wyjeżdża w tygodniową delegację i zabiera ze sobą komputer. O czym informuje pogrążona w bólu i rozpaczy Matka Polka.

Straszny czas przede mną. Najpewniej zacznę chodzić po domach znajomych i żądać internetu. Albo zrobię nagły zwrot ku naturze i zwariuję gdzieś w lesie bez tego kompa? Marząc o takich luksusach jak bezsensowne, uzależniające walenie kursorem w te wektory, które po prawej stronie mojego słitaśnego blogaska służą jako gra wstępna do stanu zen.
Kurwa, niedobrze. Zbliżam się chyba do etapu, na jakim był Raku, mówiąc kiedyś do Wuja Sosziego w trakcie wiosennego spaceru pośród cudnego świergotu ptasząt:
- Czuj, odgłosy jak w dzwonku Nokii...

I pomaluję przed śmiercią wszystkie drzewa w tym lesie bo już mi się na działce wyczerpały powierzchnie na dendro-arty...








Adijos Pomidores!

czwartek, 7 kwietnia 2011

po prostu 85



Wkuwam z Kaliną materiał na konkurs o pierwszej pomocy, zasadach BeHaPpy, ekologii, bezpieczeństwie, szlakach rowerowych. 25 stron, ponad 30 zagadnień, w każdym po 6 podpunktów. Ku mojemu zaskoczeniu, dzieciak wie więcej ode mnie, strzela jak z kałacha o krwotokach, oparzeniach, gaszeniu sprzętu elektrycznego, ataku psa, chustach trójkątnych, kocach termicznych, porywaczach, pedofilach. Lecimy jak burza po złamaniach otwartych, odkrztuszaniu zakrztuszonych, prujemy przez flaki, przejścia dla pieszych i recykling.

Ona chyba jest genialna, prawdopodobnie zamienili dzieci w szpitalu! I nagle dochodzimy do szlaków turystycznych. Pytam, co należy ubrać idąc w góry?
- Trzeba by mieć taki zielony kapelusik z piórkiem, na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę jodłować…

Kwiczę. W końcu tłumaczę, że niekoniecznie, bo najważniejsze to mieć wygodne, odpowiednie buty i być ubranym „na cebulkę”.

- Może być. Już sobie wyobrażam, jak to ładnie musi wyglądać: wszyscy w kształcie cebuli, myślę, że by mieli do tego takie krótkie, niebieskie spodenki i gołe nóżki, a zamiast włosów szczypiorek!

No i teraz sobie wyobraźcie taką, dajmy na to karawanę himalaistów, wszyscy w zielonych kapelutkach, idą, jodłują. Szerpowie przebrani za cebule, muły to samo. Cała Czomolungma usłana szczypiorkiem, w całym Nepalu zajebiście szczypie w oczy. Nikt w TVN nie zbliża się do Martyny Wojciechowskiej, bo niedawno zdobyła Mount Everest i jeszcze wyciska z ludzi łzy…

Scenka sadystyczna z kategorii wynalazki Inżyniera Misińskiego:
Po nocce w pracy byłam na wpół martwa więc tylko wypakowałam na parapet kuchenny jakieś pierdoły zakupione wieczór wcześniej w Biedronce i poszłam spać.
W tym czasie, padre Inżynier napoił mi dziecko młodsze szamponem i płynem do mycia ciała Pinio Słodka Oranżadka…
 (na szczęście Jagoda więcej pyskuje i się sprzeciwia niż stosuje do poleceń dorosłych więc opluła i zbeształa dziadka. Ale są też pozytywy – zamiast namydlać w kąpieli, każę jej chlapnąć trochę wody z wanny, naciskam na brzuszek i wtedy nosem idą takie faaajne bąbelki)

 Tak więc – miłego łikenda, moi drodzy! Motto na nadchodzące dni:


GRY