niedziela, 28 listopada 2010

49 - PRL-u czarrr


Rzutnik „Ania” w użyciu i na fali. W myśl idei zapoznania dzieci z zatęchłą myślą techniczną. Łza się w oku kręci, bo przecież Inżynier wyprodukował mnie w '80-tym.

U mnie panują idealne warunki do cofnięcia dzieci w czasie. Pomijam już pozostałości wiana męża w postaci starych kaseciaków i adapterów, jakie porzucił uciekając w popłochu. Wystrój chałupy oscyluje pomiędzy późnym średniowieczem, a kwitnącym PRL-em.
Pionierskie sprzęty RTV-AGD, gustowne gumoleum, meblościanka, swetry Halyny, dywan pamiętający podrygi big-beatu (lata 80-te).
Czarne zwisy pajęczyn, ponury nastrój, półmrok, brudne hordy zwierząt domowych latające po klepisku, a w ciemnym kącie udręczona i umorusona Matka Polka usiłuje oddzielić mak od piasku vide posprzątać bałagan po licznej dziatwie (średniowiecze).

Historia zatacza koła i skrycie liczę na to, że ten szyk niebawem znów będzie głośnym krzykiem mody i że bez skrupułów odłożę plan remontu na zsiadłe. No ale nie będę kryć, że tak żyć się nie da. Z rzeczy zakupionych w ostatniej dekadzie przypominam sobie tylko okna pcv, drzwi wejściowe i 2000 paczek papierosów Mocne z filtrem. Reszta jest przynajmniej tak stara jak ja. Czuję się w tej scenerii jak mastodont, w ogóle zacznę słuchać Urszuli Sipińskiej, pryskać się „Być może” i hodować gerbery.

W porywach frustracji nienawidzę katalogu IKEA i najchętniej podmieniłabym go z papierem w toalecie, albo przynajmniej przetworzyła w konfetti. Żeby uzbroić tą chatę w coś nowoczesnego (i nie chodzi mi tym razem o gejowskie trójkąty lub inteligentną lodówkę z tacz-padem), muszę się zadłużyć na trzy pokolenia wprzód najbliższej wiosny. A więc zimo, trwaj!

48 - papierowy księżyc z nieba spadł


Jak to dobrze, że mam bloga. Zawsze to jakaś forma komunikacji ze światem, skoro Sylwia przegryzła mi wędzidełko w języku.

Nie, nie opublikuje naszych hardkorowych, lesbijskich zdjęć, bo będziemy skończone w szołbiznesie. W ogóle rzecz się ma do urodzin Danieli, które niebawem nadejdą, ale my już je hucznie obeszliśmy. Współczujemy sąsiadom.

Cieszę się, że Jubilatka dożyła w zdrowiu takiego wieku, ale niestety muszę ją dziś jeszcze zabić, ponieważ dysponuje zdjęciami z imprezy. Moją kartę SD zakopałam nad ranem 100m pod ziemią, a nie było łatwo, bo gleba zmrożona, śnieg i te całe agresywne pingwiny. Poza kilkoma zdjęciami, które tutaj wklejam kupa mięci, będzie lepiej jeśli po ludzkości nie zostanie Taki Ślad, bo ufoludy pomyślą, że nieodpowiednio dzierżawiliśmy ten glob.

Pomijam już takie wybryki jak np. taniec z paskiem, tam były gorsze rzeczy. I nie robił ich Skubi, bo tradycyjnie spał już w swoim przedpokoju, gdyż jako organizator napaści na domostwo Szczęśliwie Urodzonej, zasnął 3 razy obmacując Żołądkową na bazie zamiast wpuścić nas do domu na Before Party, a nawet jeśli był chwilkę na imprezie, powóz z Morfeuszem odwiózł go ukradkiem do łóżka, zahaczając najpewniej o oddział leczenia narkolepsji w szpitalu im. Alfreda Sokołowskiego.

Nie to co ja. Ja mam kurna siły, żeby wstać przed 5.00 i zmierzyć się w pracy na łączach z ludnością tubylczą tego wesołego miasta. Ciężko jest nawiązać nić porozumienia per fołn, jeśli mam uszkodzony narząd mowy (i perwersji), ale zawsze mogę poprosić szefa, żeby w razie skarg tłumaczył, że zatrudnili stażystkę z Budapesztu.

Oficjalnie zatruwałam zęba, który mnie napi...ętnował i boli drugą dobę. Setki drażetek z ibuprofenem, nimesil i wódka, wszystko to ku zdrowotności. Nie po to człowiek ma tyle organów, żeby się w kółko przejmować jedną wątrobą, nie?

Szkoda, że Andrzej nie dotarł, ale w związku z II turą wyborów stał właśnie na drabinie i wąchał klej do tapet przyklejając Kruczkowskiemu na plakacie nowe, okazałe wąsy. Miałby uciechę, dobre żarcie i muzykę, krew, pot i łzy. Młodzież z Hrabstwa potrafi się bawić. Niejednemu pękły hemoroidy.


Za to był Dawid, wycieńczony stanem oczekiwania na córkę, którą to jego żona podstępnie zakociuchała w meandrach macicy i pomimo 2 tygodni wczasów w szpitalu położniczym, nie zamierza wydobyć jej na zewnętrzną polubownie.

Co dziwne, w sali VIPów zasiadł też Saszka, przez którego przegrałam zakład, bo powiedziałam, że jak obiecał, że przyjdzie, to na bank nie wpadnie, a on mi tak na złość. Kładę więc na jego wątłe barki (to u nas rodzinne) obowiązek zrzucenia obciążających materiałów audio z praczasów HR z kaset na CD.
Pojawił się również Melon, Prison Break, zażywając takich osiągnięć wolności jednostki jak swing towarzyski, zapiekanki i toaleta w osobnym pomieszczeniu.

Ponieważ muszę Was pożegnać, bo obok leży igła z nitką na fastrygę języka, postrafiam ciule i informuję nieuważnych, że po prawej na dole pojawiła się playlista. Adijos!

Mara Marka w lampce
Ola zza cieczy
Kocuru...
... robił zdjęcia o podobnej tematyce
Artretyzm Sebusia robi z jego ciałem rzeczy niemożliwe
Jubilatka w morzu toastów
gombrowiczowski pojedynek na miny
obowiązkowa gimnastyka dobra na krążenie u seniorów
w oczekiwaniu na dziecko, Dawid ćwiczy się na kocie
kot zdaje się być kontent
pan Sobieski miał 3 pieski: czerwony, zielony, niebieski
na wniosek IPNu wszystkie domówki w HR są szczegółowo udokumentowane
ciężko wśród płynów znaleźć człowieka

piątek, 26 listopada 2010

47 - Nocą przy małym tranzystorze mróz mi pokąsał mózg i dłonie…



Zaniedbałam kroniki Hrabstwa, bo zajmowałam się seksem i przemocą (Sex & Violence).  Ale głównie tym drugim.

W domostwie nadal war. Kalina (nazwijmy ją Koreą Północną) ostrzeliwuje Jagodę (Korea Południowa), ta rewanżuje się natychmiast, trwa wyścig zbrojeń, giną niewinni cywile.   
Wyrywam sobie z bezsilności włosy i staję przed lustrem pokryta czymś na kształt meszku płodowego. Dobra, myślę, przynajmniej zaoszczędzę na farbie Londa, krwawy burgund, mającej pierwotnie zilustrować stan mojego wzburzenia wywołany przeterminowanym macierzyństwem. 

Totalny brak energii, króliczek Enerdżajzer padł wśród pól marchwi. Sypie się wzmacniacz. Od ciągłego wrzasku zwariował mój czujnik audio. Z lewego głośnika huczą basy matki, prawy generuje tylko wysokie soprany dzieci, które piszczą jak bracia Bee Gees. Upiorna kakofonia. Porysowana płyta Matki Polki przeskakuje zacięta na prośbie o spokój.

Reinstalacja kodu  „Nie kłócić się!”  nie powiodła się. Komunikat ERROR – błąd 202 – skoryguj dziecko. 
Klikam Pomoc. „W razie problemów zresetuj dziecko 1 opakowaniem gumy rozpuszczalnej Mamba i załaduj system od nowa”. System przetwarza cukier, żuje, mieli, migają diody, soprany wyją dalej.

Organoleptycznie można dokonać prymitywnej diagnozy uszkodzeń. Dziecko spocone od wrzasku łatwo się przegrzewa. Potencjometry pokazują stan bliski eksplozji, oporniki staja oporem, Matka B. w klapie Wałęsy jeży włosy na głowie, napięcie skacze niebezpiecznie.

Dzwonię do serwisu w Świebodzicach. W końcu to w ich oddziale nabyłam oba egzemplarze dzieci. W każdym razie tam, dwukrotnie, półprzytomnej mnie szeroko uśmiechnięta pani wręczyła z gratulacjami, ubrane w kolorowe kaftaniki (bezpieczeństwa) zawiniątka. Już teraz wiem, że ów uśmiech wynikał z ulgi pozbycia się ich z ramion, a co za tym idzie, podniesienia skuteczności sprzedaży.

Sygnalizuję problem. Pani w słuchawce głośno przełyka ślinę. Widocznie fabryka ma więcej zwrotów, odkąd w 2005 wykupili ją Chińczycy. Milczy chwilę, a potem oznajmia, że po dwóch latach gwarancja mija i muszę monitować w głównym dowództwie koncernu, w prowincji Kuejczou.

W przypływie determinacji udaję się do Chińskiego Sklepu w byłym PDT. Ale tam tylko szybko strzelająca zmiękczeniami, skośnooka pani, wciska mi do koszyka poliestrowe skarpety dziecięce, stringi z kreszu – rozmiar XXXL, żelbetonową łopatkę do jajecznicy i perfumy ze zubożonym uranem. Kasuje mnie za to 16,50 i każe wyjść. 

W domu szukam instrukcji producenta. Jest! Niestety też po chińsku. Rozpacz.
Powietrze wypełniają odgłosy wojny, krzyki, waśnie, piski.  Irytująca ścieżka dźwiękowa kończy się kiedy magnetofon szpulowy wypluwa taśmę, która zawija się na szyi Matki Polki i próbuje ją udusić jak szal Isadory Duncan, wkręcony w nieosłonięte koła Bugatti…

terapia masą solną trwa...

czy skoro w nieformalnym związku z Kotem wychowuję 2 Borówki, to powód, żeby Jogobella się ze mnie nabijała??

środa, 24 listopada 2010

46 - ocieplanie wizerunku

Żeby nie było, żem taka zupełna bezbożnica, bo nadal drżę trochę po przeczytaniu tego:
postanowiłam ocieplić mój wizerunek i przedstawiam moje anielice i inne zawieszki choinkowe

Dla masochistów z nadmiarem wolnego czasu, przepis na masę solną w linku poniżej:


Ha! Daliście się nabić w butelkę ...miodu podrasowanego dziegciem. Że niby nastrój świąteczny mnie chwycił, dobrocią napełnią kolędy moje czarne, zgniłe serce, cierpliwość do dzieci zrzucą mi niebiosa, a (jak) anioła głos wytrąci mi z rąk fiolkę z currarą. Nic z tego.

niedziela, 21 listopada 2010

45 - denshol



 Złamałam dane słowo i niepomna ostatnich doświadczeń, zamiast grać w bingo i brydża w domu spokojnej starości,  pojechałam z Kocuru na festiwal One Love.

Jezus, jednak jestem już starowinka! Ewidentnie, festiwale całonocne są męczliwe. Ogólnie, wstyd się przyznać, ale przespaliśmy przynajmniej 2 godziny w dwóch turach, pod ścianą.  Zastanawiam się, co by się działo z moim organizmem, gdybym pojechała na Łudstok? Wyobrażam sobie jak ucinam sobie 3-dniową drzemkę i pochrapuje z wnętrza kontenera na puszki, podczas gdy inni zajmują się miłością, przyjaźnią i muzyką.  

No ale nie ma się co dziwić. Co tu robić w miejscu, gdzie średnia wieku to jakieś 17 lat i nawet jak chodzą fajne towary, to pomijając już mój zupełny brak warunków, gdybym chciała takiego poderwać, to mogę go co najwyżej usynowić.  Zresztą,  młode laski też wpędzały mnie w kompleksy urodą i jędrnością skóry. 
Nie można było tego doła specjalnie zapić, bo piwo 0,4 litra po 6 złotych.  Nie mogłam rzucić się w związku z depresją na żarcie, bo ceny były jak w Hiltonie. Gofr – 10 zł – I to jeszcze, kurwa, z CUKREM PUDREM! – nie mógł uwierzyć Wojciech.  10 cm kiełbasy, Fi 30, rozmiar godny Japończyka – dycha. Bigos – 10 zł za dużą łyżkę do zupy. I hit imprezy – do 1 paczki fajek, druga gratis. Oczywiście jak już nie miałam kasy.

W ogóle, szatnia 6 zł od twarzy i co ciekawe, najpierw trzeba było stać 3 dni w kolejce po żeton, żeby potem odstać drugie tyle w kolejce do szatni. Wymiękliśmy z tego ogonka, gdzie posuwaliśmy się jakieś 10 cm na godzinę, bez skojarzeń proszę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mieliśmy na grzbietach odzienie, a wiało chłodem jak w stosunkach polsko-rosyjskich. 
Absurdalny system żetonów obowiązywał tez przy jedzeniu i ci biedni ludzie umierali śmiercią głodową w jednej z dwóch obowiązkowych kolejek, pośród zapachu bigosu, kiełbasy, pierogów i makaronu ze szpinakiem. To było bardzo niehumanitarne.
Żetony na szczęście nie były w użyciu przy browarze więc tam się umościliśmy, skupiając się na napiwku dla pani, która na kartce napisała, że zbiera na talon do sex-shopu.

Muzycznie okropna nuda. Za dużo smętnego pierdzenia, dubu i dancehallu. Nikomu też nie polecam Gentlemana na żywo, moja prababcia bardziej dawała czadu. Pobawiliśmy się przy dwóch kapelach, z czego przy Vava Muffin przed 5.00, przebieranie nogami graniczyło z cudem. Na szczęście byliśmy w towarzystwie lekko faszyzujących, wesołych skinheadów, więc impreza się obroniła atmosferą absurdu i ogólnej wesołości.

Następna impreza z moim udziałem to dopiero dożynki w Studziankach Pancernych więc czas się udać na spoczynek i ładowanie baterii.
Uderzam na barszczyk Winiary. Pa.

zaskakujące, ilu kandydatów może się zmieścić w wózku dziecięcym na korytarzu...

Rozdział kolejny, a imię jego Czterdzieści i Cztery


Nie wspominałam chyba, że na wywiadówce, na której ciało rodzicielskie z tej brzydszej strony reprezentował ex miąższ, wrobił był mnie w malowanie figurek z masy solnej na masową skalę. Na tzw. „ochotnika”.  Zemsta byłego ma różne oblicza!
W piątek odebrałam zamówienie (na które składaliśmy się po 1 kg soli i mąki, co nie omieszkam wrzucić Armii w odszkodowanie za straty moralne).  W szkole pytam ile tego jest, dziewczyna mówi, że ot – pudełko po butach. No to luzik, myślę naiwnie.  Lecz  w Sali nr 10 okazuje się, że właścicielka pudła, prawdopodobnie  nosi jakieś ultra wysokie, latexowe kozaki od samej ziemi do samej duppy… Zataszczyłam to do domu z trudem, ryzykując wielokrotne wypadki  drogowe z udziałem moich dzieci, gdyż moje ręce zajęte były właśnie rozpaczliwym odpieraniem prób wciśnięcia mnie pomiędzy płyty tektoniczne. A dzieciary biegały po asfalcie w samopas.
I tak ostałam się z kilkudziesięcioma słonymi bałwanami i aniołami, a to dopiero pierwszy rzut. Po 15-tym odpadłam i jak to ostatnio bywa, jebło mi w plecach.



Więc  ciąg dalszy histerii religijnej, znowu mnie zaświaty zaczepiają, tym razem endżele.  Niby spoko, pozornie nieinwazyjnie, kolorowe farbki, brokaty, złote skrzydełka, ale mi i tak tu podśmierduje podstępem. Może pani od religii zaraz poprosi o wymalowanie  płaskorzeźby Dziwisza?
Na wszelki wypadek, uprzedzając fakty, wyposażyłam się w broń. Wtopię się w ich konklawe enklawę i zastosuje metodę „ogień zwalczaj ogniem”.  Matka Polka feat Matka Boska vs. Matka Boska.
And then along comes Mary:


czwartek, 18 listopada 2010

rozdziau 43 - Matka Polka od sportu

Nie piszę, bo piszę. Cały czas kompulsywnie uzupełniam podstrony, dodaję opisy, wklejam stare, zapleśniałe archiwa foto, odgrzebane przez znajomych dowody burzliwej młodości, którą teraz pamięta chyba tylko moja czarna dziura w miejscu wątroby...


Nie polecam oglądania sportu z rodziną.
Już lepiej było jak Halyna oglądała pasjami szkołę przetrwania. Wysyłała tym samym sygnały, że boi się wnucząt. Usiłowała przetrwać.

Ale nie wiem, co chciała zasygnalizować wczoraj, siadając z nami do meczu Polska – Wybrzeże Kości Słoniowej i bez chwili wytchnienia komentując i wyrywając pałeczkę Dariusza Szpakowskiego. 

Jasne, dla mnie piłka nożna jest wielką enigmą, mam w tej materii wiedzę taką jak o bobslejach na Jamajce, więc poza kilkoma plugawymi przekleństwami pod nosem, nie miotałam fachowych opinii. 
Już mi wystarczy, że ostatnio z szefostwem musiałam obejrzeć 2 mecze siatkarek i do tej pory śnią mi się brzydkie, zwaliste Chinki. Ogromna, kwadratowa Wang i druga, której nazwisko czytali jako „ZŁO”. Sprawiały wrażenie, że jest im najzupełniej obojętne, czy grają piłką do siatki, czy lekarską, bo miały takie pierdolnięcie, że biada ich facetom. Wydobyły ze mnie na nowo, skrywany od dzieciństwa strach i odrazę w stosunku do kobiet powyżej 170cm.

Lecz Halyna, jak zapewne większość krajanów, jest samozwańczym ekspertem od skoków narciarskich, formuły 1, siatki i futbolu. Gadała i gadała, co chwila zmieniając stanowisko i pouczając Smudę, że źle zrobił powołując jakichś młodzieniaszków, którzy nawet nie są celebrytami, zamiast utrzymywać skłonny do alkoholu i zabaw oddział geriatrii.
Jeszcze chwila, a bym ją zakneblowała parą skarpet ojca, która na wszelki, spodziewany wypadek, leżała na ławie zwinięta w kulkę.

Inżynier dla równowagi milczący, palił fajkę za fajką, stwarzając w naszym salonie telewizyjnym takie zadymienie, że smog znad Mexico City przeprosił i wyszedł zawstydzony. Przez te kłęby i tak ledwie widziałam akcje na boisku. Acz wpadło mi w oko, że piłkarze strasznie plują i harkają na murawę. Obrzydliwe. Kamery, miliony ludzi oglądają, a oni nie mogą przełknąć jak człowiek. Przecież nie takie rzeczy połykali, gdy próbowali dostać się do kadry...

Scenka rodzajowa, rasistowska:
- Tato, a dlaczego Murzyni nie mają nazwisk na koszulkach?
- Nie wiem. Może się wstydzą?...
Tłum gwiżdże, uśmiechnięty złośliwie Tadeusz zakłada biały kaptur i podpala pochodnie...

niedziela, 14 listopada 2010

rozdział 42 - Taniec Lenina na szkle


Wczoraj koncert jakiejś Dupy Zbitej i czegoś tam jeszcze. Nie wiem, bo w sumie spędziłam lwią część wieczoru w męskiej toalecie, gdzie toczyła się równoległa impreza pod wezwaniem e-papierosa Geruli i przeglądu uzębienia Papy przez Brzychę (mającą też niezdrowy pociąg do moich rajstop) oraz skamleniu mężczyzn, by ich dopuścić do pisuaru.

Oczywiście główny wodzirej i organizator wyjazdu, czyli Skubi, ta wstrętna pijaczyna, zamiast zebrać watahę, tulił się do czwartego promila we własnym łóżku już przed 18-tą.
Żuk, prawdopodobnie zdzielony pantoflem Danieli, również się wyłamał i złożył broń do trumienki, chociaż cały tydzień obmyślał chytry plan słodkiego nawalenia się, pogowania, powrotu w bagażniku i reszty zestawu gorączki sobotniej nocy. Wybrał jednak gastro-raut u Eli i wieczorne przeglądanie motyli w klaserze. Norma.
No nie powiem, ja też miałam nie jechać, bo dzieciary mi się na złość zasmarkały i w mojej głowie kiełkowała jak ziarnko zaczarowanej fasoli obawa, że w nocy będą pobudki i duszenie glutem.
Lecz mimo bycia stroskana mateńką, uznałam za wyczerpany tegoroczny deputat czasu poświęcony wypasowi mikroba na hali Os.Górnicze 14/666. Porzuciłam cierpiące dziatki, nie utulając ich nawet w żalu, olałam zestaw cierpiętniczych min Halyny pt. „droga krzyżowa, stacja 9, matka-Halyna rozpacza nad byciem babcią, ciśnieniomierz nie nadąża pompować” i pohasałam się ubydlić.

W międzyczasie Kuszy urodziło się dziecko, czego wyraźnym zwiastunem było stoisko z darmowym alkoholem przy Fanatykach.
Tylko Dudki nie zawiodły oraz Podrabiany Żuku i tą wesołą gromadką filtrowaliśmy pianę w kuluarach The Rock.
Podczas ponad godzinnego poślizgu kapel, zdarzyło się kilka cudów. Azaliż Skubi zmartwychwstał i przybył triumfalnie pośród skandującego „Damian! Damian!” tłumu i wokalisty. Co prawda, przerywał audiencję kilkoma drzemkami na krześle, ale w tym wieku nie jest to już wcale ekscentryczne. Jan Paweł II też tak miał.

Ostatecznie Hrabstwo zalało knajpę też w osobie Oli i Rolka, a nawet Sosziego z Rakiem, którzy na marginesie zachowywali się jak para gejów. Chociaż Soszi zrzucił z siebie ów wizerunek, gdy ku zdziwieniu wszystkich puścił się w pogo pierwszy raz od Jarocina '94! Wesołe to były chwile, czego dowodem ogromna dziura w kroku, jaką wyszarpał mu w tańcu Skubi, a którą ja cerowałam cały poranek, jak tylko przestało mi się dwoić w oczach i trząść w rękach.

Należy nadmienić, że pogo rozkręcił Podrabiany Żuku, który na parkiecie zachowywał się jak Brad Pitt na ringu w „Snatch”, choć on sam woli porównanie do Nicolasa Cage w scenie bójki ulicznej w „Dzikości Serca”. Wygłosił też z estrady orędzie do narodu, chwytające za serce jak przemówienia Jarosława. Enyłej, Bastek u Pavlović dostał 10, Tyszkiewicz wypadła proteza, a Edzia się poryczała. Patrzysz na gościa, myślisz – słuchał hip-hopu, chodził na balety, a jednak skażony przez Hrabstwo, obciążony genetycznie pankrokiem, na to już pijawki nie pomogą, łoj nie.

Jako że na drodze powrotnej do domu, skądkolwiek Hrabszczanin by nie wracał, zawsze leży Petro, wpadliśmy tam sprawdzić co słychać i objuczeni zgrabnym aluminium jęliśmy kontynuować tak miło rozpoczęty iwning. Na osi znaleźliśmy brodatego dziada z Głogowa, który jako abstynent musiał oglądać nasze piwne harce na okupowanych do późnych godzin ławkach oraz metalowych barierkach, przez które przeciskał się i wił Wuj z Kocurem ćwicząc na wypadek, gdyby nas aresztowali i wpakowali za kratki.

No nie wiem, która była, kiedym legła w gruzy, ale moją czarną zjawę ponoć ujrzał w przedpokoju Inżynier około 4 nad ranem.

Teraz cierpię i jestem energetycznie wyrypana jak ten rosyjski reżyser Wyrypajew. Mam zakwasy od densfloru i obiecuję sobie już tylko grać w bingo zamiast uprawiać młodzieńcze rozrywki, które przeca nie przystoją starszej pani.

Resztką sił jeszcze zawlekliśmy Wuja na działkę, gdzie skwierczeliśmy w ostatnim tegorocznym słońcu patrząc jak pies gania kota, który w plenerze pobierał nauki sikania na drzewa zamiast na salony u Matki Polki. Gdyż szczy, sukinkot nadal i na domiar złego z Lucka zmienia się w Polucka i tylko patrzeć jak zacznie znaczyć śmierdzącym hormonem, dorastając. Świnia nie kot.

Z powodu braku dokumentacji koncertowej, wrzucam kilka nie związanych z wątkiem fociszczy.
I przecinam wstęgę otwierając po prawej stronie stronki sektor z nienormalnym video :)

Tymczasem.

Prezent od taty :) zza Lenina wyziera Halyna

kapitalistom zrzednie mina jak ujrzą korek do wina w kształcie Stalina
czarny krasnoludek z rudą owcą
bo nie potrafię...
...wybrać jednego portretu

czwartek, 11 listopada 2010

Brodka mnie swędzi

Ktoś zna jakąś odtrutkę na nową płytę Brodki? Próbuje przedawkować licząc, że mnie odrzuci, ale nie ma sposobu. Wytnę chirurgicznie z głowy razem z szyszynką... Trza mi detoksu od Peszek i Nosowskiej, a tu jeszcze taka płyta... Tortura, polecam!




wtorek, 9 listopada 2010

41 - Matka Polka vs. robotyka domowa


Jesień, słota, syf. Dzieciary mają mało wybiegu i detonują energię w chałupie, tocząc wyrafinowaną wojnę pomiędzy sobą, choćby o to, która pierwsza puściła bąka.

Podejrzewałam już od dłuższego czasu, że kiedy zamawialiśmy Jagodę, to Kocuru wrzucając monetę do automatu, musiał przypadkiem nacisnąć guzik „UPIERDLIWA” zamiast „Z CUKREM”.

A przecież specjalnie sercem wybrałam serwisanta, żeby dziecko było możliwie nieawaryjne i miało szybką, kompleksową obsługę ewentualnych usterek na gwarancji. Lecz niestety, doświadczenie uczy, że żadne zapobiegawcze kroki nie wyeliminują wad fabrycznych i tego, że małe gnomy maja już wgrany CHARAKTER. Najczęściej władczy, kapryśny i niekompatybilny z podzespołami matki, co powoduje ciąg sprzężeń, spięć i wyładowań elektrycznych (chyba niebawem podążę za polską tradycją i zacznę się wyładowywać na kablu od żelazka). Ja jestem z epoki Atari, a to dziecko ma spore wymagania sprzętowe i niestety nie chodzi przez to gra pt. „Spokojny, chichy żywot stadny”. Interfejs jest krwawy, dominuje czerwień i czerń, włączają się głośne reklamy przemocy domowej, w ogóle do dupy.

Najmroczniejsze jest to, że zapadła jesień średniowiecza i przez bryzgającą deszczem i błotem aurę, musimy spędzać więcej czasu w domostwie, przy piecu. Trudny to czas dla kondycji psyche. Obraz szaleństwa dopełnia towarzystwo trzech zdziwaczałych kotów, ekscentrycznego psa i rozhisteryzowanej Halyny – sztuk (na szczęście) jeden. W ogóle Halynie omyłkowo na recepcie wpisali Wiśniewska i teraz z Kocurem podejrzewamy, że przyczyną jej rozwodu z Michałem było to, że kazała wszystkim żywym istotom w domu leżeć w kącie i się nie ruszać oraz nie wydawać odgłosów.

Tak więc gramy. Niech mi spróbują fani Quake powiedzieć, że co ja wiem o zabijaniu! Znam może ze 2 osoby, które w takiej jak moja grze doszły do ostatniego poziomu i nie zabiły w międzyczasie głównego bohatera, który na ostatek zwycięsko wyrósł jeszcze na normalnego, dorosłego człowieka...

Scenka:
M:
- Jak będziesz w Empiku, to kup mi proszę mały notes kieszonkowy.
K:
- Jasne. Jakieś życzenia, co ma być na okładce?
M:
- Tak. Nagi Artur Barciś.

40 - Du ju biliw in gołst?


Pamiętacie jeszcze tragiczne okoliczności zejścia Wuja Sosziego?
Z rozpaczy nie byłam wtedy w stanie zrobić zdjęcia drugiego końca dendro-kata, gdzie jak to w Hrabstwie kikut drzewa już obgryzała piła spalinowa spragnionego opału, wyziębionego tubylca. Taki wiecie naturalizm rodem ze Stefana Żeromskiego.
Płakałam długo po Wuju i chlipałam nad wspomnieniami jego Brucem Lee fascynacji stosowanej na Matce Polce, którą ubijał murawę przed namiotem w '93, nad pierwszym zapalonym szlugiem z Wujem w krzakach, nad jego nieśmiertelną tapeta w samoloty...

Aż nagle nadszedł mail z zaświatów:

„Drogą channellingu uzyskane dalsze wieści o Wuju Soszim,

Malowniczo rozpłaszczony na alejce przez jedyne w całym parku powalone
wichurą drzewo w wigilię Wszystkich Świętych,
powraca jako upiór by nawiedzać lokalnych dendrologów i pilnować
orzeszków wiewiórkom. Materializuje się niekiedy (trudno dziś o dobrą
ektoplazmę) w okolicach Fanatyków. Podejrzewa się, że katalizatorem
procesu jest osiągnięcie masy krytycznej wina produkcji krajowej Max.
W chwilach wolnych od straszenia pracowników firmy Wys-Eko snuje się
po pewnym poddaszu pewnej kamienicy w pewnym mieście na "P" w
Wielkopolsce.. „

tu następuje zdjęcie:


W amoku próbowałam utrzymać kontakt z bytem ulotnym:
„Odpaliłam foto i osrałam sobie zbroję :)
Czy mogę wykorzystać ów historię i jej jpg oprawę na blo? Z prawem autorskim of oxykort? Obawiam się, że jest to bardzo ważkie dla całości dziejów Hrabstwa, na które holistycznie składają się perypetie każdego z nas, szczególnie poległego w tak tragicznych, dendrologicznych okolicznościach Wuja...
Ściskam w ektoplazmowym pasie!
Buzi z Mordoru!
Matka Polka”

Odpowiedź nadeszła zza mgły:
„Wuj nie widzi przeciwwskazań. Tym bardziej, że nie żyje.
Medium Marta, autorka tego sensacyjnego zdjęcia, również uważa, że należy to opublikować. „

„- Za pośrednictwem tabliczki ołija-łija, pragnę Wam, o Byty podziękować i w szczególności pozdrowić Medium Martę, którą mam nadzieję niebawem poznać, byle by nie wyskakiwała zza węgła na mnie po ciemaku, bom bojaźliwa.
A kysz! „
- zagaiłam jeszcze Poltergeista, a ten rozpłynął się w czasie i miejscu nieokreślonym.

Hu!Ha!

niedziela, 7 listopada 2010

39 - Skrót wiadomości by Matkie Polkie


Z powodu braku ruchu na centrali (centrala się nie rusza – niedobrze), z nudów musiałam przelecieć się po serwisach informacyjnych. Brew mi się podnosi ze zdziwienia coraz wyżej i jak mi tak zostanie, na linii włosów, na luzie będę mogła zastąpić w razie czego kierowniczkę sklepu Społem na Osi (Dolly Parton).

Dobrze wiedzieć, że mamy w Polsce coś największego na świecie, poza bezrobociem. Monstrualny, 440-tonowy Chrystus króluje nam nad krajem i narodem. Kamień z serca, że scementowali do kupy wszystkie członki żelbetonowego Zbawiciela, bo trochę szkoda tego robotnika, na którego przy budowie runął nieszczęśliwie palec boży i go złamał wpół. To się nazywa ciężar wiary!

Projekt zajął jakieś 10 lat, ale w końcu już znów jesteśmy w przaśnej epoce kamienia łupanego, nawet jeśli w koronie i z rozpostartymi ramionami. Jakby się nie dziwować, mogą z tego być przynajmniej dwie atrakcje:
1 – można zrobić fajną wieżę widokową , wywiercić w oczach, uszach czy gdzie tam otwory, wpuszczać tłumne wycieczki wiernych za odpowiednią opłatą, machać do innych, poczuć, że nie tylko Bóg jest w człowieku, ale i człowiek może wleźć do środka Boga A potem widokówki, foty, lunapark, zjazd po brodzie Jezusa, bungee z palca, no pełno możliwości pogodzenia duchowości z materią pieniężną. No i ta pewność, że nikt bałwochwalczego posążka nie zwędzi nocą do kościoła, kaplicy, kancelarii, żadni harcerze go nie zajebią, bo za ciężki zwyczajnie, a i złomiarze się nie pokuszą, chyba, że jakiś szalony kamieniarz.
2 – można w Świebodzinie kręcić Jezus versus Godzilla w scenograficznym naturalu, bez kiczowatych efektów specjalnych!
Czekam niecierpliwie na kolejne pomniki innowierców. Wyobrażacie sobie takie Budda vs Predator, Allah kontra King Kong, Kryszna feat Destruktor?

Super Express donosi tłustym, dramatycznym drukiem: „Łódź – Zabiłam Mariusza bo nocami smażył wątróbki.” A ludzie w LO się dziwili, że w czwartki nie mogłam chodzić do szkoły, bo cała śmierdziała smażoną wątróbką z kuchni. To nie były wagary – ja ocaliłam dziesiątki istnień ludzkich!

A potem jeszcze info, że w izraelskiej edycji Tańca z Gwizdami gwiazda – zdeklarowana lesbijka postawiła warunek, że będzie tańczyć tylko z kobietą. No i dali jej babkę do pary. Homoseksualiści mi nie przeszkadzają, ale poprawność polityczna, tak karykaturalna, absurdalna, niedorzeczna i chyba szkodliwa dla nich samych, już tak. Rozwalił mnie komentarz internauty pod artykułem: „Niedługo zoofile będą tańczyli ze zwierzętami”.

Jedyny świetlik z jasnym odwłoczkiem w tym całym szicie i głupocie medialnej, to powtórka kultowego koncertu Queen z Wembley '86. Genialne live. Stara miłość nie rdzewieje, nadal kocham Queen i jako dziecko skrycie i otwarcie kochałam się w szczurzej mordzie Freddiego Mercury. Pomimo że był gejem. No widzicie – kocham gejów :)

Hu łooooooonts tu lif foreweeeeeeeer?

w bonusie: za radą Jacykowa, Jagoda nawet sypia w oksach

wtorek, 2 listopada 2010

38 - Zaduszki w łóżku


Jeżeli rzeczywiście niebawem ma się ziścić koniec świata, to u mnie skumulowały się wszystkie tego zjawiska objawy i zapowiedzi. Jeśli oczywiście przyjąć, że tak podniosłe wydarzenie ma zapoczątkować m.in. dzika sraczka.
Albo Bóg się wreszcie skroił, że za nim nie przepadam i teraz serwuje mi próbkę swojego dziwnego poczucia humoru.
A może to jakiś quiz z 6 obejrzanych sezonów House'a?

Wiem, że pisanie w kółko o chorobach jest błahe i nużące. Ale jakoś nic innego się ostatnio mnie nie ima. Wszystkie cholery się uwzięły i lgną do mnie, przy czym teraz nie mam na myśli moich dzieci.

W każdym razie, kiedy poprzednio pisałam o domysłach na kogo wypadnie i na kogo bęc, to po Kalinie, Kocuru i Jagodzie bęcło na mnie i miskę przejęłam osobiście, by spędzić w jej fioletowym wnętrzu 1,5 doby. Przeczołgałam ścieżkę pomiędzy łóżkiem a owalem szaletu wielokrotnie, by w końcu popaść w drgawkach i siódmych potach w niebyt. 

Przynajmniej miałam nieskazitelny wizerunek na Halloween i gdybym tylko była w stanie wyswobodzić się z mokrej kołdry i krokiem zombiaka pokuśtykać pod drzwi sąsiadów by wycharczeć „stoperan, albo psikus”, to byłby hit!

Tak marzyłam sobie w malignie, czy bardziej wystrzałowo wyglądam jako werewolf, czy el chupacabra, kiedy nastąpił nieoczekiwany zwrot ze zwracaniem, bo Jagoda postanowiła przeżyć to jeszcze raz.
Więc przebiła wszystkich i ma zaliczone już 2 nocki z haftem, jak również rozwiązała się zagadka, komu wystawić największy rachunek za pranie pościeli, piżam i okolic.

Jeśli myślicie, że to koniec tej smutnej opowieści – pamiętajcie, że na ławce rezerwowych mamy jeszcze Halynę i Inżyniera. Albo powtórkę z rozrywki u uprzednio zainfekowanych. A wspominałam, że w trakcie dopadł mnie taki mega katar, który na wieczną pamiątkę wpisał się w pamiętniczek mojego nosa krwawą skorupą?

Teraz czekam na 7 obrzydliwie tłustych lat w oparach szczęścia, zdrowia i rozkoszy.

EDIT: po dwóch dniach tańczącą z pawiami zastałam Halynę. Na boisku został już tylko padre Tadeo, który zapobiegawczo łyka stoperan. Oby nie implodował jak wielkie szambo...

Pomiędzy grypą Hiszpanką a grypą Hong-Kong, odbyła się wycieczka do Jawora i mamy teraz nowy nabytek, którym mam nadzieję nacieszyć się niebawem, jak tylko porzucę zgłębianie perystaltyki jelit własnych i rodzinnych.
Lola II:

Drevni kocur - Lucjusz wykonał taniec wojenny...
...i nawet podwoił objętość włosia...
...okazywał wyższość...
...ale w końcu musiał zejść z drzewa i się bawić :)
GRY