sobota, 11 grudnia 2010

53 - niezrównoważona Matka Polka lepi porno-baby

Twarz mnie siem nie udała, ale babi łeb mi spadł na końcu i musiałam lepić drugi...


Śnieżna Baba IV
Baba + mokra Stwórczyni z nożem do rzezania bab
Baba z twarzą nader męską wyziera zza węgła kopcąc szluga...

w rozckrocku

a to ci kozak

Baba w negliżu w mroźnym paraliżu

lepmy baby aby, aby

oł jea!

to Żuk robił foty...

heloł doktor Alban!
z nożem na ptaki.. wyprujmy im oczy i flaki...

baba odległa :)

Ku przypomnieniu - baby poprzednie 








piątek, 10 grudnia 2010

52 - kowbojskie metody walki w krawiectwie ciężkim


Wczorajszy dzień zaczął się niefartem.
Najpierw – to już tradycja – zaspałam do roboty. Zdążyłam wprawdzie, ale wpadłam do biura z wywieszonym jęzorem i bez makijażu więc Michalina omal nie zemdlała (i zemdliła) na ten przykry poranny widok.
Wspomnę, że Kocuru musiał mnie prowadzić do auta, bo nawierzchnia pokryła się podstępnie pod osłoną nocy wieczną zmarzliną, a za winklem grasowały renifery, Eskimosy i łyżwiarze.
Potem okazało się, że dziecko szkolne wstało jako wyjec i miało wielki ból ucha. Na wieść, że nie idzie w związku z tym do szkoły, objawy ustąpiły natychmiast i nakazała się zaprowadzić na tajne komplety.
Po jakimś czasie dostałam radosny telefon od Halyny, która właśnie dostała równie radosny telefon od wychowawczyni potwora, że ów obficie wymiotuje i trza go odseparować do domu. Z braku matki w pobliżu, Daniela bohatersko odebrała zaślinione dziecko wraz z całą siatką rzeczy w pawie wzory.
Sromota tedy padła na mnie, bo ani do znachora ani wglądu w sytuację, skoro właśnie okupuje linie telefoniczne z ludźmi, którzy tego dnia byli okropni, wredni i wymagający ode mnie natychmiastowego usunięcia wszelkich objawów zimy. Przetrwałam umyślnie mówiąc do pań per pan, a do panów na pani jak i poszerzając w myślach i tak obrzydliwie bogaty zasób przekleństw o kolejne kombinacje ku... z chu../odp... pierwiastek ze sp... do kwadratu. Czy jakoś tak.

Ale najgorsze miało czekać w domu. Spóźniona paczka okazała się skrywać w bąblinach koperty bąbelkowej ZA DUŻE spodnie. Szlag mnie trafił na miejscu, w 3 minuty wyprałam, najadłam i pospałam dzieci, zdaje się już ozdrowiałe, po czym wywlekłam pudło z maszyną, której niemiecka instrukcja jest dla mnie równie zrozumiała co program polityczny Platformy Obywatelskiej. Plącząc się w nitkach i ściegach, dramatycznie szukałam programu do zszycia odzienia, które przeto miało mnie uwolnić z zatęchłej i dusznej dupy tekstylnej. A w instrukcji tylko same hendechochy i nichtszisseny. Szyłam więc zapamiętale i intuicyjnie, co nie było dobrym posunięciem, bo moja intuicja kiedyś podpowiadała mi, że będę piękna, zgrabna i bogata, a tymczasem jestem brzydka, biedna i niewymiarowa.

Kiedy dzieło me dobiegło finału, okazało się, że po przymiarce nie mogę uwolnić się z tych cholernych spodni, bo bardzo podstępna podszewka jest zszyta zbyt ciasno i stała się oto więzieniem dla mych odnóży. Mając w pamięci stare westerny i parobków ściągających kowbojom buty, zamknęłam się z matką-Halyną w wc i ja się zapierałam, a ona szarpała. Bezskutecznie. Po pół godziny konwulsji wychlastałam całą podszewkę i cudem umknęłam krwiożerczym galotom, które mnie chciały wchłonąć jak ta anakonda ofiarę.

Ku pokrzepieniu serc miała do mnie wpaść Dudkova na bro, ale Dudek złośliwie urwał sobie koło w samochodzie i musiała pozostać w domu by oddać się czarnej rozpaczy. Jako i ja postąpiłam i piłam w samotności, łypiąc na czarne, wredne nachy.

Efekt jest taki, że teraz muszę nosić pod spodem jakieś kalesony, a miałam być seksi mama. A żeby to obesrało (taka mała dygresja – spodnie z eko-skóry są o tyle ciekawe, że jak kto puści w nie bąka, może się nim nacieszyć nawet jeszcze następnego dnia).
Ale kogo to w ogóle interesuje?

Żegnam ozięble odwiedzających te nikczemne strony.
W następnym poście będzie dla Was epistolograficzna bomba, ale to niebawem, najpierw muszę to to rozesłać w realu. 
Preludium do posta - już dostarczona pocztuffka do Sylwestry (niniejszym starą, dobrą tradycję HR uznaję za odgrzebaną):

z twarzy podobny zupełnie do nikogo
+ bonus w postaci kalendarza:

wtorek, 7 grudnia 2010

51 - wybory, wąsy i dupa tekstylna



6 grudnia. Nad ranem dzieciary spenetrowały pakunki podrzucone przez brodatego dziada. Kalina natychmiast uruchomiła detektor darów, Jagoda zdawała się być zainteresowana jedynie smarowaniem się czekoladą. Stała tak żując i ciumkając cukry, w niebieskiej piżamce i wyglądała jak żarłacz błękitny.
 
Rzuciliśmy się z Kocurem do kompa w celu sprawdzenia kto ostatecznie został prezydentem naszego smrodliwego miasteczka. Chociaż wiadomo, że to Jah jest prezydentem, Jah jest kierownikiem, Jah Jah jest trenerem, a ja jestem jego zawodnikiem.  I już z rana załamka. I od nowa wizja czarnych wąsów wiszących jak to fatum nad czarnym miastem.

Musiałam się więc przewietrzyć i wyszłam z psem. Jednakowoż nie ukoiło to moich nerwów, bo wydeptane tiptopami ścieżki pełne były psich odchodów. Gówna czarne, brązowe, żółte gówna, Kordyliery gówien psich. Gówniana pogoda. Gówniane miasto. Nastrój gówniany. I ten pieprzony Mikołaj, który nawalił z Pocztą Polską i nie zdążył mi przysłać paczki ze spodniami z ekoskóry, w których miałam wyglądać jak wokalista Pantery lub przynajmniej jak Korneliusz Pacuda. 

Ostałam się w czarnej, zatęchłej tekstylnej dupie. I musiałam tak pójść beznamiętnie bezstylowa, zupełnie bez wyrazu do szkoły i obfotografować Mikołajki w zerówce. Horda biegających dzieci nadwyrężyła najszybszy tryb zdjęć seryjnych i plątała się smugą, kiedy ja obiecałam porobić portrety. Zapomniałam uprzednio stężeć dzieci pawulonem, bo jestem prawie pewna, że profesjonalny fotograf, który robi w szkole sesje grupowe za straszne pieniądze, używa tej metody, inaczej chodziłby biedny i głodny. 
W dodatku, jak to zwykle bywa, moje dziecko utkało sobie na głowie takie coś z opaski, że na tle schludnie wyglądających kolegów, wyglądała jak Rambo – Pierwsza Krew po wyjściu z wietnamskiego buszu. 

Jak to dobrze, że Halyna ze Skubim uwili w tym czasie 2 gary gołąbków. Utknęłam w talerzu, w którym jestem już drugi dzień i nie zamierzam go opuszczać. „Cała jesteś w gołąbkach”, jak śpiewali Skaldowie, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką i za jedyne zmartwienie miałam czas emisji kolejnego odcinka Fraglesów zamiast wyborów, szkoły czy w co się ubrać…


niedziela, 5 grudnia 2010

Misznia jest Misznia

Patrycja robiła. Ale z tym rocznikiem, to przesadziłaś... A w ogóle, to od czasu braku "Granata" w krajowej sprzedaży, nie pijam już jabcoków.

sobota, 4 grudnia 2010

rozdz. 50 - zima na końcu świata


Wszystko co organiczne od razu zamarza. Szczególnie piwo.
Miałam okazję przekonać się o tym, kiedy wczoraj jeździłam na łopacie odśnieżając hektary osiedla, podczas gdy Skubi beztrosko robił iglo.

Polecam ten sport w ramach czynu społecznego – oczywiście odśnieżanie, nie iglo, bo tamto w końcu zawaliło się przysypując Skubiego, wpisując się w kalendarz jego nieszczęść takich jak np. słaba głowa do alkoholu czy sąsiedztwo p.Grażyny, która niechybnie właśnie knuje plan eksterminacji Skubiego po pępkowym Dawida. Odbytym u Danka.
Albowiem stała się rzecz niebywała i Edzia postanowiła jednak nie nosić córki w środku do 18-tki i uroczyście wystrzeliła ją na zewnątrz. Jeszcze raz gratulujemy!
Część sąsiadów nie podzielała naszej radości, a przecież wiadomo, że każdy nowy obywatel Hrabstwa to powód do dumy i głośnej, histerycznej wręcz wesołości z litrami Ballantines'a i tarzaniem się po podłodze oraz wyznań o tym, że wszyscy mają jakieś dzieci, nawet ci, co nie mieli :).

Wcześniej, gdy zima bombardowała mnie znienacka, zazwyczaj stałam bezradnie w środku lodowca jak ta dziewczynka z zapałkami, próbując odpalić Mocnego, którego żar dawał fatamorganę ciepła. Przechodnie niewzruszeni moim losem spieszyli się na kolejny odcinek Tańca Z Gwiazdami, potrącali moje zmarznięte ciałko. W domach trzaskały iskry w piecu, ludzie jedli kolacje, pławili się w cieple, a ja, dajmy na to musiałam sterczeć na zewnątrz wietrząc dzieci albo psa.
Więc odśnieżanie jest zbawcze. Jak człowiek macha łopatą przy -15, to jest mu super ciepło, rozpaliłam się wręcz do temperatury wrzenia, tylko co z tego, skoro Kocuru ma odbite płuco po imprezie u Danieli, cierpi i nie mogłam tego należycie wykorzystać?
Za to pomiędzy kolejnymi tonami białego gówna, chłodziłam się zamarzniętym na kość Okocimiem. Tego akurat w syberyjskiej aurze nie polecam, no chyba że ktoś lubi wrażenie wsypania do gardła potłuczonych żyletek z mega szokiem termicznym w pakiecie.

Każdy ma jakiś sposób na mroźne wieczory. Na przykład dzieci z HR umiłowały sobie pokój i na nim zjeżdżały po tym co ja odśnieżyłam:


Skubi bawił się własnym sutkiem:

A ja zawlekłam sparaliżowanego Kota do Galerii, wciskając mu kity, że stare szamańskie rytuały gwarantują natychmiastowe uzdrowienie, jeśli pojeździ się 5 razy schodami ruchomymi. Oddaliśmy się na miejscu orgii zakupów bez środków finansowych. Ale Kocuru nabył nowe zimowe pantalony, które wreszcie pozwalają wyeksponować jego zniewalające pośladki, które są przecież dobrem narodowym, bo tak mało pięknych rzeczy w tym kraju mamy. I choć nie chciał prezentować towaru na wystawie, bo stwierdził, że ma za małe parcie na szkło, i tak muszę uważać teraz na lachony i walić łopatą na oślep, ale po odśnieżaniu mam mega wprawę. Nabyliśmy też boskie kaszkiety, w których jawimy się jako para skinheadów, którymi nie jesteśmy. Choć przy Kocuru to się waham między Oi!owcem a warszawskim cińkciarzem. Długo jeszcze zastanawiał się jak ma się wykąpać w kaszkiecie.


Czy mi ktoś uwierzy jak napiszę, że Janusz L. tańczył wczoraj w mojej kuchni w moich stringach, które mu komisyjnie podarowałam? Bo jak już jesteśmy przy męskich tyłkach, to uznałam, że jednak on w nich lepiej wygląda niż ja, zważywszy, że nie nawykłam chodzić w procy. Janusz docenił gest i zauważył ekonomicznie pozytywne aspekty noszenia stringów – mniej prania.

Z innowacji, polecam farbę do włosów z Joanny - Soczysta Malyna. Znów mam ostrzegawcze barwy na głowie, co przypomniało mi nazwę ciekawej kapeli - Blonde Redhead, którą Wam prezentuję:



i jeszcze TU

Scenka drastyczna z pracy:
Kierowca: - zwolniłem się niedaleko, mogę podjąć.
Ja: - to proszę, 133, przystanek przy przychodni, pani o kulach.
Kierowca: - no dzięki, może nie ucieknie...
Brawa na mrozie, kule rozjeżdżają się na lodzie...

Enyłej, muszę kończyć, bo pisanie utrudnia mi kot skaczący z łóżka piętrowego na moją głowę :) Do poczytania!

Photobucket

niedziela, 28 listopada 2010

49 - PRL-u czarrr


Rzutnik „Ania” w użyciu i na fali. W myśl idei zapoznania dzieci z zatęchłą myślą techniczną. Łza się w oku kręci, bo przecież Inżynier wyprodukował mnie w '80-tym.

U mnie panują idealne warunki do cofnięcia dzieci w czasie. Pomijam już pozostałości wiana męża w postaci starych kaseciaków i adapterów, jakie porzucił uciekając w popłochu. Wystrój chałupy oscyluje pomiędzy późnym średniowieczem, a kwitnącym PRL-em.
Pionierskie sprzęty RTV-AGD, gustowne gumoleum, meblościanka, swetry Halyny, dywan pamiętający podrygi big-beatu (lata 80-te).
Czarne zwisy pajęczyn, ponury nastrój, półmrok, brudne hordy zwierząt domowych latające po klepisku, a w ciemnym kącie udręczona i umorusona Matka Polka usiłuje oddzielić mak od piasku vide posprzątać bałagan po licznej dziatwie (średniowiecze).

Historia zatacza koła i skrycie liczę na to, że ten szyk niebawem znów będzie głośnym krzykiem mody i że bez skrupułów odłożę plan remontu na zsiadłe. No ale nie będę kryć, że tak żyć się nie da. Z rzeczy zakupionych w ostatniej dekadzie przypominam sobie tylko okna pcv, drzwi wejściowe i 2000 paczek papierosów Mocne z filtrem. Reszta jest przynajmniej tak stara jak ja. Czuję się w tej scenerii jak mastodont, w ogóle zacznę słuchać Urszuli Sipińskiej, pryskać się „Być może” i hodować gerbery.

W porywach frustracji nienawidzę katalogu IKEA i najchętniej podmieniłabym go z papierem w toalecie, albo przynajmniej przetworzyła w konfetti. Żeby uzbroić tą chatę w coś nowoczesnego (i nie chodzi mi tym razem o gejowskie trójkąty lub inteligentną lodówkę z tacz-padem), muszę się zadłużyć na trzy pokolenia wprzód najbliższej wiosny. A więc zimo, trwaj!

48 - papierowy księżyc z nieba spadł


Jak to dobrze, że mam bloga. Zawsze to jakaś forma komunikacji ze światem, skoro Sylwia przegryzła mi wędzidełko w języku.

Nie, nie opublikuje naszych hardkorowych, lesbijskich zdjęć, bo będziemy skończone w szołbiznesie. W ogóle rzecz się ma do urodzin Danieli, które niebawem nadejdą, ale my już je hucznie obeszliśmy. Współczujemy sąsiadom.

Cieszę się, że Jubilatka dożyła w zdrowiu takiego wieku, ale niestety muszę ją dziś jeszcze zabić, ponieważ dysponuje zdjęciami z imprezy. Moją kartę SD zakopałam nad ranem 100m pod ziemią, a nie było łatwo, bo gleba zmrożona, śnieg i te całe agresywne pingwiny. Poza kilkoma zdjęciami, które tutaj wklejam kupa mięci, będzie lepiej jeśli po ludzkości nie zostanie Taki Ślad, bo ufoludy pomyślą, że nieodpowiednio dzierżawiliśmy ten glob.

Pomijam już takie wybryki jak np. taniec z paskiem, tam były gorsze rzeczy. I nie robił ich Skubi, bo tradycyjnie spał już w swoim przedpokoju, gdyż jako organizator napaści na domostwo Szczęśliwie Urodzonej, zasnął 3 razy obmacując Żołądkową na bazie zamiast wpuścić nas do domu na Before Party, a nawet jeśli był chwilkę na imprezie, powóz z Morfeuszem odwiózł go ukradkiem do łóżka, zahaczając najpewniej o oddział leczenia narkolepsji w szpitalu im. Alfreda Sokołowskiego.

Nie to co ja. Ja mam kurna siły, żeby wstać przed 5.00 i zmierzyć się w pracy na łączach z ludnością tubylczą tego wesołego miasta. Ciężko jest nawiązać nić porozumienia per fołn, jeśli mam uszkodzony narząd mowy (i perwersji), ale zawsze mogę poprosić szefa, żeby w razie skarg tłumaczył, że zatrudnili stażystkę z Budapesztu.

Oficjalnie zatruwałam zęba, który mnie napi...ętnował i boli drugą dobę. Setki drażetek z ibuprofenem, nimesil i wódka, wszystko to ku zdrowotności. Nie po to człowiek ma tyle organów, żeby się w kółko przejmować jedną wątrobą, nie?

Szkoda, że Andrzej nie dotarł, ale w związku z II turą wyborów stał właśnie na drabinie i wąchał klej do tapet przyklejając Kruczkowskiemu na plakacie nowe, okazałe wąsy. Miałby uciechę, dobre żarcie i muzykę, krew, pot i łzy. Młodzież z Hrabstwa potrafi się bawić. Niejednemu pękły hemoroidy.


Za to był Dawid, wycieńczony stanem oczekiwania na córkę, którą to jego żona podstępnie zakociuchała w meandrach macicy i pomimo 2 tygodni wczasów w szpitalu położniczym, nie zamierza wydobyć jej na zewnętrzną polubownie.

Co dziwne, w sali VIPów zasiadł też Saszka, przez którego przegrałam zakład, bo powiedziałam, że jak obiecał, że przyjdzie, to na bank nie wpadnie, a on mi tak na złość. Kładę więc na jego wątłe barki (to u nas rodzinne) obowiązek zrzucenia obciążających materiałów audio z praczasów HR z kaset na CD.
Pojawił się również Melon, Prison Break, zażywając takich osiągnięć wolności jednostki jak swing towarzyski, zapiekanki i toaleta w osobnym pomieszczeniu.

Ponieważ muszę Was pożegnać, bo obok leży igła z nitką na fastrygę języka, postrafiam ciule i informuję nieuważnych, że po prawej na dole pojawiła się playlista. Adijos!

Mara Marka w lampce
Ola zza cieczy
Kocuru...
... robił zdjęcia o podobnej tematyce
Artretyzm Sebusia robi z jego ciałem rzeczy niemożliwe
Jubilatka w morzu toastów
gombrowiczowski pojedynek na miny
obowiązkowa gimnastyka dobra na krążenie u seniorów
w oczekiwaniu na dziecko, Dawid ćwiczy się na kocie
kot zdaje się być kontent
pan Sobieski miał 3 pieski: czerwony, zielony, niebieski
na wniosek IPNu wszystkie domówki w HR są szczegółowo udokumentowane
ciężko wśród płynów znaleźć człowieka

piątek, 26 listopada 2010

47 - Nocą przy małym tranzystorze mróz mi pokąsał mózg i dłonie…



Zaniedbałam kroniki Hrabstwa, bo zajmowałam się seksem i przemocą (Sex & Violence).  Ale głównie tym drugim.

W domostwie nadal war. Kalina (nazwijmy ją Koreą Północną) ostrzeliwuje Jagodę (Korea Południowa), ta rewanżuje się natychmiast, trwa wyścig zbrojeń, giną niewinni cywile.   
Wyrywam sobie z bezsilności włosy i staję przed lustrem pokryta czymś na kształt meszku płodowego. Dobra, myślę, przynajmniej zaoszczędzę na farbie Londa, krwawy burgund, mającej pierwotnie zilustrować stan mojego wzburzenia wywołany przeterminowanym macierzyństwem. 

Totalny brak energii, króliczek Enerdżajzer padł wśród pól marchwi. Sypie się wzmacniacz. Od ciągłego wrzasku zwariował mój czujnik audio. Z lewego głośnika huczą basy matki, prawy generuje tylko wysokie soprany dzieci, które piszczą jak bracia Bee Gees. Upiorna kakofonia. Porysowana płyta Matki Polki przeskakuje zacięta na prośbie o spokój.

Reinstalacja kodu  „Nie kłócić się!”  nie powiodła się. Komunikat ERROR – błąd 202 – skoryguj dziecko. 
Klikam Pomoc. „W razie problemów zresetuj dziecko 1 opakowaniem gumy rozpuszczalnej Mamba i załaduj system od nowa”. System przetwarza cukier, żuje, mieli, migają diody, soprany wyją dalej.

Organoleptycznie można dokonać prymitywnej diagnozy uszkodzeń. Dziecko spocone od wrzasku łatwo się przegrzewa. Potencjometry pokazują stan bliski eksplozji, oporniki staja oporem, Matka B. w klapie Wałęsy jeży włosy na głowie, napięcie skacze niebezpiecznie.

Dzwonię do serwisu w Świebodzicach. W końcu to w ich oddziale nabyłam oba egzemplarze dzieci. W każdym razie tam, dwukrotnie, półprzytomnej mnie szeroko uśmiechnięta pani wręczyła z gratulacjami, ubrane w kolorowe kaftaniki (bezpieczeństwa) zawiniątka. Już teraz wiem, że ów uśmiech wynikał z ulgi pozbycia się ich z ramion, a co za tym idzie, podniesienia skuteczności sprzedaży.

Sygnalizuję problem. Pani w słuchawce głośno przełyka ślinę. Widocznie fabryka ma więcej zwrotów, odkąd w 2005 wykupili ją Chińczycy. Milczy chwilę, a potem oznajmia, że po dwóch latach gwarancja mija i muszę monitować w głównym dowództwie koncernu, w prowincji Kuejczou.

W przypływie determinacji udaję się do Chińskiego Sklepu w byłym PDT. Ale tam tylko szybko strzelająca zmiękczeniami, skośnooka pani, wciska mi do koszyka poliestrowe skarpety dziecięce, stringi z kreszu – rozmiar XXXL, żelbetonową łopatkę do jajecznicy i perfumy ze zubożonym uranem. Kasuje mnie za to 16,50 i każe wyjść. 

W domu szukam instrukcji producenta. Jest! Niestety też po chińsku. Rozpacz.
Powietrze wypełniają odgłosy wojny, krzyki, waśnie, piski.  Irytująca ścieżka dźwiękowa kończy się kiedy magnetofon szpulowy wypluwa taśmę, która zawija się na szyi Matki Polki i próbuje ją udusić jak szal Isadory Duncan, wkręcony w nieosłonięte koła Bugatti…

terapia masą solną trwa...

czy skoro w nieformalnym związku z Kotem wychowuję 2 Borówki, to powód, żeby Jogobella się ze mnie nabijała??

środa, 24 listopada 2010

46 - ocieplanie wizerunku

Żeby nie było, żem taka zupełna bezbożnica, bo nadal drżę trochę po przeczytaniu tego:
postanowiłam ocieplić mój wizerunek i przedstawiam moje anielice i inne zawieszki choinkowe

Dla masochistów z nadmiarem wolnego czasu, przepis na masę solną w linku poniżej:


Ha! Daliście się nabić w butelkę ...miodu podrasowanego dziegciem. Że niby nastrój świąteczny mnie chwycił, dobrocią napełnią kolędy moje czarne, zgniłe serce, cierpliwość do dzieci zrzucą mi niebiosa, a (jak) anioła głos wytrąci mi z rąk fiolkę z currarą. Nic z tego.

niedziela, 21 listopada 2010

45 - denshol



 Złamałam dane słowo i niepomna ostatnich doświadczeń, zamiast grać w bingo i brydża w domu spokojnej starości,  pojechałam z Kocuru na festiwal One Love.

Jezus, jednak jestem już starowinka! Ewidentnie, festiwale całonocne są męczliwe. Ogólnie, wstyd się przyznać, ale przespaliśmy przynajmniej 2 godziny w dwóch turach, pod ścianą.  Zastanawiam się, co by się działo z moim organizmem, gdybym pojechała na Łudstok? Wyobrażam sobie jak ucinam sobie 3-dniową drzemkę i pochrapuje z wnętrza kontenera na puszki, podczas gdy inni zajmują się miłością, przyjaźnią i muzyką.  

No ale nie ma się co dziwić. Co tu robić w miejscu, gdzie średnia wieku to jakieś 17 lat i nawet jak chodzą fajne towary, to pomijając już mój zupełny brak warunków, gdybym chciała takiego poderwać, to mogę go co najwyżej usynowić.  Zresztą,  młode laski też wpędzały mnie w kompleksy urodą i jędrnością skóry. 
Nie można było tego doła specjalnie zapić, bo piwo 0,4 litra po 6 złotych.  Nie mogłam rzucić się w związku z depresją na żarcie, bo ceny były jak w Hiltonie. Gofr – 10 zł – I to jeszcze, kurwa, z CUKREM PUDREM! – nie mógł uwierzyć Wojciech.  10 cm kiełbasy, Fi 30, rozmiar godny Japończyka – dycha. Bigos – 10 zł za dużą łyżkę do zupy. I hit imprezy – do 1 paczki fajek, druga gratis. Oczywiście jak już nie miałam kasy.

W ogóle, szatnia 6 zł od twarzy i co ciekawe, najpierw trzeba było stać 3 dni w kolejce po żeton, żeby potem odstać drugie tyle w kolejce do szatni. Wymiękliśmy z tego ogonka, gdzie posuwaliśmy się jakieś 10 cm na godzinę, bez skojarzeń proszę. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mieliśmy na grzbietach odzienie, a wiało chłodem jak w stosunkach polsko-rosyjskich. 
Absurdalny system żetonów obowiązywał tez przy jedzeniu i ci biedni ludzie umierali śmiercią głodową w jednej z dwóch obowiązkowych kolejek, pośród zapachu bigosu, kiełbasy, pierogów i makaronu ze szpinakiem. To było bardzo niehumanitarne.
Żetony na szczęście nie były w użyciu przy browarze więc tam się umościliśmy, skupiając się na napiwku dla pani, która na kartce napisała, że zbiera na talon do sex-shopu.

Muzycznie okropna nuda. Za dużo smętnego pierdzenia, dubu i dancehallu. Nikomu też nie polecam Gentlemana na żywo, moja prababcia bardziej dawała czadu. Pobawiliśmy się przy dwóch kapelach, z czego przy Vava Muffin przed 5.00, przebieranie nogami graniczyło z cudem. Na szczęście byliśmy w towarzystwie lekko faszyzujących, wesołych skinheadów, więc impreza się obroniła atmosferą absurdu i ogólnej wesołości.

Następna impreza z moim udziałem to dopiero dożynki w Studziankach Pancernych więc czas się udać na spoczynek i ładowanie baterii.
Uderzam na barszczyk Winiary. Pa.

zaskakujące, ilu kandydatów może się zmieścić w wózku dziecięcym na korytarzu...

Rozdział kolejny, a imię jego Czterdzieści i Cztery


Nie wspominałam chyba, że na wywiadówce, na której ciało rodzicielskie z tej brzydszej strony reprezentował ex miąższ, wrobił był mnie w malowanie figurek z masy solnej na masową skalę. Na tzw. „ochotnika”.  Zemsta byłego ma różne oblicza!
W piątek odebrałam zamówienie (na które składaliśmy się po 1 kg soli i mąki, co nie omieszkam wrzucić Armii w odszkodowanie za straty moralne).  W szkole pytam ile tego jest, dziewczyna mówi, że ot – pudełko po butach. No to luzik, myślę naiwnie.  Lecz  w Sali nr 10 okazuje się, że właścicielka pudła, prawdopodobnie  nosi jakieś ultra wysokie, latexowe kozaki od samej ziemi do samej duppy… Zataszczyłam to do domu z trudem, ryzykując wielokrotne wypadki  drogowe z udziałem moich dzieci, gdyż moje ręce zajęte były właśnie rozpaczliwym odpieraniem prób wciśnięcia mnie pomiędzy płyty tektoniczne. A dzieciary biegały po asfalcie w samopas.
I tak ostałam się z kilkudziesięcioma słonymi bałwanami i aniołami, a to dopiero pierwszy rzut. Po 15-tym odpadłam i jak to ostatnio bywa, jebło mi w plecach.



Więc  ciąg dalszy histerii religijnej, znowu mnie zaświaty zaczepiają, tym razem endżele.  Niby spoko, pozornie nieinwazyjnie, kolorowe farbki, brokaty, złote skrzydełka, ale mi i tak tu podśmierduje podstępem. Może pani od religii zaraz poprosi o wymalowanie  płaskorzeźby Dziwisza?
Na wszelki wypadek, uprzedzając fakty, wyposażyłam się w broń. Wtopię się w ich konklawe enklawę i zastosuje metodę „ogień zwalczaj ogniem”.  Matka Polka feat Matka Boska vs. Matka Boska.
And then along comes Mary:


GRY